Rzecz o Afrykańskich Dzieciach

Czemu dzieci?

Jak wielu podróżników i turystów, których teraz oprowadzam na co dzień w podróży – ja również zachwycam się dziećmi. Gdziekolwiek nie pojadę, czy to Wietnam, czy Kuba, Maroko, Kenia, Tanzania.. Małe dzieciaki są po prostu rozkoszne. Są śliczne, zabawne w swojej niewinności i ciekawości nas turystów – obcych z innych krajów. Czysta fascynacja nowo spotkaną osobą, zjawiskiem dla nich tak niecodziennym – jak my biali. Z naszymi białymi skórami, blond czy rudymi, bujnymi włosami jasnymi (najbardziej lubianymi -niebieskimi) oczami.  Będąc w Kenii jesteśmy dla nich atrakcją – my -„Mzungu”.

Uważam ten temat za niezwykle skomplikowany zważywszy na zróżnicowanie ludzkich temperamentów, warunki życia oraz kulturę w jakiej zostało się wychowanym
i wiele innych czynników, które mają wpływ na to jak zachowują się ludzie więc i oczywiście dzieci. Jest tego za dużo, bym potrafiła ująć to w całość w jednym artykule. Myślę też, że wiele rzeczy jakich nie opowiem i nie przedstawię tutaj – dopowiem w kolejnych publikacjach przy okazji innych tematów. Część z publikowanych tu zdjęć, robiona była telefonem, dlatego z góry przepraszam za jakość poszczególnych fotografii.

Przytoczę wam historię tego jak zaczynałam pilotaż w Kenii i jakie były moje odczucia względem ubogich dzieci na początku mojej pracy, w kompletnie nowych dla mnie warunkach – na nowym kontynencie – i jak ewaluowały w trakcie kolejnych miesięcy i lat. Opiszę wam sytuacje jakie przydarzały mi się w trakcie pracy jako pilot wycieczek w Kenii i Tanzanii oraz te, które przydarzyły się moim kolegom z pracy. Co wyjdzie z tego artykułu na koniec? Zobaczymy. Chyba nie ma na ten temat właściwej odpowiedzi i jedynej dobrej teorii. Jednak myślę, że są aspekty, które trzeba wyjaśnić, omówić by brać je potem pod uwagę, gdy jedzie się do kraju,
w  którym ludzie żyją biedniej – niekoniecznie tylko w Kenii. Mądrość i opinie przychodzą wraz z doświadczeniem –  niestety nie od razu.

Intensywne w doznania początki

Na początku byłam jak turystka. Moje pierwsze zdjęcie z Czarnego Lądu jakie wrzuciłam na Instagrama i Facebooka było „Takie Tam z Masajami”. Selfie z chłopakami
z wioski, do której pojechałam z turystami – podobnie jak oni – pierwszy raz w życiu. (Dla zdziwionych: Tak – każdy pilot wycieczek był też gdzieś „pierwszy raz” 😛 ) Uzbierałam pod zdjęciem chyba z 250 lajków. To było takie egzotyczne – TAKIE COŚ udało mi się w końcu osiągnąć! Jestem w Kenii! U Masajów i robię sobie z nimi selfie! Ekscytowało mnie dosłownie wszystko co „afrykańskie”. Jak i 99% turystów, z którymi pracuję. Każdy, kto był tego dnia ze mną w wiosce zrobił sobie takie samo zdjęcie. Starałam sobie dawkować zdjęcia skupiając się na pracy i było to dość ciężkie, bo nowych bodźców było tak dużo!  Ale potem pojawiły się one. Małe „watoto”.


Masajskie dzieci, które zbiegły się w porze lunchu z okolicznych szkół i wiosek do tej właśnie odwiedzanej przez Mzungu,
by ich zobaczyć i dostać cukierka.

Jak tylko przyjechaliśmy do wioski z okolicy zbiegły się dzieci w mundurkach szkolnych. Część z tych dzieci nie mieszkała nawet w wiosce, którą odwiedziliśmy.
Niektóre trzymały plastikowe talerzyki z ziarnami kukurydzy, co jak się dowiedziałam później od kierowców, stanowiło ich obiad/lunch. Mnożące się z sekundy
na sekundę rączki machały do przybyszów i wyciągały dłonie po „sweet”. Masajowie przywitali nas w swojej wiosce. Wcześniej dużo uczyłam się o ich kulturze
i obyczajach by móc wiedzieć co tłumaczę i przekazać klientom rzetelne informacje. Wszystko było dla mnie nowe i egzotyczne. Najbardziej jednak moją uwagę przykuły dzieci. Dzieci wszędzie i od samego początku, aż do końca wizyty.

Dzieciaki wyglądały na strasznie zaniedbane. Chodziły w starych, brudnych, zapylonych kurzem ubraniach, często za dużych lub porwanych czy miejscami postrzępionych. Niektóre dziewczynki miały na sobie podniszczone lub za duże sukienki księżniczek Disneya, takie na bal przebierańców. Były tez takie 1-3 latki,
które biegały tylko w samej koszulce bez majteczek i oczywiście pieluszek. Niektóre starsze dziewczynki nie miały bielizny pod spódniczkami – podobnie jak chłopcy których okolice intymne widać było poprzez porwane spodenki.  Każde dziecko było brudne. Całe utytłane kurzem i pyłem, który unosił się wszędzie dookoła.
Do zasmarkanych buzi przyklejał się brud. Kąciki ust, dziurki w nosie wraz z zasmarkaną górną wargą oraz kąciki oczu tych dzieci oblepiały muchy.
Muchy były absolutnie wszędzie. Dziesiątkami na każdej pięknej dziecięcej buzi, które były aż czarne od owadów.  I widać było, że tym dzieciom to nie przeszkadza.
Czasami machnęły ręką lub roztarły już zabrudzony nosek, ale jakby nie zwracały na to uwagi. Dzieci nie miały włosów. Prawdopodobnie niektóre plemiona mieszkające w tej części Afryki nie mają bujnego owłosienia czy zarostu (wynika to najpewniej z gorącego klimatu w którym żyją. Jest tak gorąco, że włosy, brody itd. po prostu
nie rosną im tak gęste i długie jak nam „Mzungu”). Dzieciaczki były chudziutkie. Miały patykowate nogi i ręce. Niektóre maluchy miały wielkie brzuszki. Starsze dzieciaki, również chude jak patyki, lecz wyglądały na zdrowe i sprawne. I dosłownie wszystkie starsze zajmowały się młodszym rodzeństwem czy kuzynostwem.
Już siedmiolatki nosiły na plecach i rękach najmniejsze dzieci bo ich matki były zajęte pracą. Zajmowały się nimi z niezwykłą troską i dojrzałością. Gdy miałam osiem lat urodził się mój kuzyn lecz nigdy nie pozwolono mi zajmować się nim w sposób w jaki te dzieci z wioski zajmowały się innymi maluszkami (ja miałam lalkę
i musiała mi wystarczyć :P).

W trakcie wizyty zwracałam klientom uwagę na wszystkie te detale, bo jednocześnie sama przeżywałam to wszystko tak bardzo jak oni. Jestem dość ekspresyjną osobą więc moje reakcje były dużo bardziej „widoczne i słyszalne” 😊 Miałam taki odruch by te dzieci przytulić, pobawić się z nimi. Nie odrywałam od nich wzroku,
ale jednocześnie poza tą chęcią integracji i opieki – wstyd mi to powiedzieć – miałam takie momenty kiedy odczuwałam duży dyskomfort, gdy łapały moją dłoń lub coś ode mnie brały.  Nie widziałam nigdy tak brudnych dzieci. Odczuwałam bardzo sprzeczne emocje. Potem w trakcie dalszego oprowadzania po wiosce moja głowa zaczęła produkować tysiąc pomysłów jak im pomóc, co przywieźć, co dać itp. Po zakończeniu wizyty, po obejrzeniu pierwszych masajskich skoków, domów, biżuterii – tego wszystkiego
co zawsze pragnęłam zobaczyć w otoczeniu Akacji Parasolowatych na tle majestatycznego Kilimanjaro – wyjechałam z wioski bardzo przejęta, podekscytowana
i z misją naprawiania świata.

Dzieci w szkole. Meru

Podzieliłam się tymi odczuciami z Paulem, moim kenijskim kierowcą (obecnie moim chłopakiem), który nie podzielał mojego entuzjazmu, ale też nie wyprowadzał mnie z mojego – jak teraz uważam – błędnego przeświadczenia, że pomoc w postaci zabawek, słodyczy, ołówków, butów, kosmetyków – prezentów – to konieczność
i mój obowiązek jako Mzungu, osobie której się lepiej powodzi. Z czasem co tydzień, kiedy pracowaliśmy razem na safari, jeździliśmy do wiosek Masajów,
a potem wiosek innych plemion, nabierałam nowych doświadczeń i wyrabiałam sobie opinie na temat tego co widzę. Paul zadawał mi tylko pytania,
takie które podważały moje teorie i misję ratowania afrykańskich dzieci. Wkurzałam się na niego za to, jaki jest nieczuły na takie sprawy! Jestem mu teraz
za to wdzięczna bo bardzo otworzył mi oczy na „rzeczywistość”, w której on sam żyje (muszę też oddać zasługę wpływu na moje pojmowanie tej sytuacji mieszkającym tam i pracującym Polakom, z którymi temat dzieci i wiosek przewija się  tam nadzwyczaj często).

Pierwsze „ale” i „dlaczego”

W trakcie jednego z pierwszych safari kiedy w dalszym ciągu byłam nakręcona na dawanie tym dzieciom wszystkiego, by im tylko nieba uchylić zdarzyła się nieprzyjemna sytuacja. Paul zasugerował bym poprosiła klientów by nie dawali wszystkich giftów jakie mieli dać dzieciom w wiosce masajskiej, ale zostawili część
dla tych, które spotkamy po drodze, na co klienci chętnie się zgodzili. Następnego dnia Paul zatrzymał samochód w jakiejś wiosce przy drodze, która składała się
z lepianek i mizernie wyglądających chatek. Już jak zwalnialiśmy zbiegły się chyba wszystkie okoliczne dzieci. Ubrane tak samo niedbale, ale nie aż tak brudne
na buziach jak te masajskie. Były to dzieci Kamba, z plemienia Paula (co nie znaczy, że była to dosłownie wioska Paula. Plemię Kamba jest jednym z najliczniejszych
w Kenii). Moi klienci wyszli z samochodu. Paul ustawił dzieci „w kolejce”. Wszystko wyglądało uroczo. Do czasu gdy jedna z pań otworzyła torebkę z cukierkami
i jak na sygnał – na dźwięk rozdzieranego plastiku – dzieci rzuciły się na moją klientkę chcąc złapać cokolwiek i jak najwięcej. Wywróciły panią, pozabierały wszystkie cukierki i uciekły w cztery strony świata bez „dziękuję” ani „do widzenia”. Moja klientka wstała w lekkim szoku lecz uśmiechnięta, otrzepała ubrania z kurzu.
Już w samochodzie uśmiech szybko zgasł z jej twarzy. Myślę, że odczuwała konsternację. Lecz nie wiem czy większą od mojej. Na początku obie obróciłyśmy to w żart, że te dzieci takie żywotne, że nic nie mają… Ale pojawiło się ogromne rozczarowanie. Ta kobieta chciała dać tym dzieciom słodycze, a została osaczona przez małe, zachłanne rączki i można powiedzieć – okradziona z tego co i tak chciała im podarować. Pani spodziewała się wdzięcznych uśmiechów, podziękowań, radości
na buziach dzieci z podarowanego prezentu, a otrzymała coś kompletnie odwrotnego. Potem jadąc już dalej spojrzałam zszokowana na Paula, a ten uniósł brwi i wysłał mi znaczące spojrzenie. Odniosłam wrażenie, że jemu też było głupio. Teraz wiem, że jemu i wielu kierowcom leży na sercu dobro dzieciaków ale fakt tego,
że są miejscowymi sprawia, że wiedzą iż tą drogą „dawania” niewiele się zmieni. Zaś Paul chciał bym zobaczyła jak to wygląda poza wioską Masajów w innych ubogich miejscach, ale na „turystycznych trasach”.


Kierowcy zwołują dzieci z okolicy, które i tak już pędzą ile sił w nogach ponieważ zobaczyły nadjeżdżający samochód z turystami w środku

Paul odbiera resztki worka po cukierkach od klientki i przejmuje kontrolę nad sytuacją. Ustawia dzieci w kolejce.

Jednak nie poprzestałam wtedy na zatrzymywaniu się przy dzieciach po drodze. Po prostu nie wysiadaliśmy z samochodu. Watoto jest ich tam TAK strasznie DUŻO!
W każdej niewielkiej wiosce, przysiółku na trasie naszego przejazdu jest szkoła. Dzieci są wszędzie. Cały czas usilnie wierzyłam w to, że te dzieci potrzebują pomocy. Kierowcom coraz mniej podobało się zatrzymywanie po trasie. To komplikowało długi, trudny przejazd po wertepach, w upale i w kurzu, który i tak już zajmował nam
za dużo czasu w stosunku do ilości kilometrów jakie mieliśmy pokonać by zdążyć na koniec obiadu w następnej lodgy, lecz mi i moim turystom wciąż „dobro dzieci” leżało na sercu i to by im sprawić przyjemność – by „pomóc”.

Dopiero po naprawdę długim czasie zaczęłam rozumieć pretensje kierowców. Rozdawanie prezentów przy drodze podbiegającym dzieciom czy rzucanie im cukierków przez okno powodowało, iż te dzieciaki stawały się coraz bardziej śmiałe, odważne, bezmyślne i żądne prezentów. Albo już przejawiały takie zachowania wcześniej
tylko ja tego nie dostrzegałam jedynie pobłażliwie śmiałam się z biegnących do aut i machających wyciągniętymi po prezent rękami małolatów. Niestety grupy dzieci wypasających kozy czy krowy potrafiły wpędzać stada zwierząt na drogę prosto pod pędzące samochody z turystami by je zwolnić, przyblokować i podejść pod okna
dostać słodycz lub jakiś gadżet lub same wbiegały pod koła naszych pędzących samochodów co skończyć się mogło tragicznie.


Chłopiec, który wpędza krowy pod samochód chcąc dostać cukierka

Zaczęło być to niebezpieczne i dla nas i dla dzieci. Moja koleżanka pilotka miała zderzenie samochodu z krową, która została wpędzona pod auto przez dziewięciolatka. Dziecko nie dostało nic i samo na szczęście uniknęło potrącenia. Jednak wywiązała się awantura między kierowcą a ojcem chłopaka, właścicielem krowy, która w Kenii ma ogromną wartość. Krowa jest pieniądzem samym w sobie. Daje darmowe jedzenie – mleko. Za krowę kupuje się żonę dla syna i krowa rodzi kolejne krowy.
Dużo krów to „bogactwo” i prestiż w niektórych plemionach. Awantura niepotrzebna i na oczach klientów. Kierowca o bezpieczeństwie klientów, dziecka i zniszczonym samochodzie, a ojciec o krowie. Gorzej być nie mogło.

Kolejne wycieczki, kolejne safari, kolejne wioski. Nowe obrazki po drodze pobudzające moje poczucie troski o watoto. Dzieci chodzące z 10 litrowymi baniakami wody
na głowach, z kilogramami drewna na opał na plecach. Nastolatki pracujące w polu w pełnym słońcu, 5-latki wypasające kozy w buszu, 2-latki biegające przy drodze
lub chodzące po wiosce same bez opieki nawet 2 km od domu (czy wy wyobrażacie sobie, że wypuszczacie swojego dwulatka samego z mieszkania chociażby
na klatkę schodową?). Dzieci myjące się w błotnej kałuży w Mombasie albo takie, które podnoszą papierek po cukierku z ziemi i palcem ściągają resztkę czekolady
i oblizują. Widzę też nastolatków lat 15, żebrzących i zaczepiających na równi mzungu jak i bogatszych Kenijczyków, pokazujących na usta „Mama – something to eat, please” pod centrum handlowym w Mombasie. Chłopcy, którzy najpewniej nie chodzą do szkoły. Tacy którzy mogliby już teoretycznie pracować zamiast żebrać.
I tu pojawia się kolejne pytanie bez odpowiedzi. Czy są nauczeni dostawania czegoś za darmo czy faktycznie jest im tak ciężko i muszą to robić by przetrwać.
Dalej widzę dzieciaki bawiące się samochodzikami zrobionymi z plastikowych butelek i zakrętek. Widzę małych chłopców, którzy płaczą na widok jedynego samochodzika, który przywiozła klientka do wioski bo tak pragną go mieć, a jest tylko jeden do podziału. Wszędzie w każdej wiosce widzę też dzieci bawiące się oponami (o! – opony – to jest ciekawy temat, o tym za chwilę). I cały czas myślę, „Boże jakie one bidulki biedne, nie mają nic. Jak tu im nie dawać słodyczy?!”

Moje odczucia potęgował widok od czasu do czasu dzieci zadbanych, z bogatszych rodzin. Piękne czekoladowe buzie o bielutkich jak śnieg uśmiechach, migdałowych oczach, w warkoczykach w różowym lub żółtym kolorze. Widok dzieci w nowiusieńkich modnych ubrankach w The Hub – nowoczesnym centrum handlowym z parkiem rozrywki w środku – bawiących się na karuzeli. Ten widok uderzał zwłaszcza, kiedy przyjeżdżałam tam z klientami na obiad po tygodniu spędzonym w buszu i mając
za oknami głównie lepianki i blaszane barako-domy.


Chłopiec przed swoim domem w wiosce w Samburu

A może w inny sposób..? A może w szkołach?

Mijały tygodnie i miesiące, a ja dalej nie potrafiłam ich tak po prostu sobie odpuścić i znieczulić siebie samą na obrazy jakie migały mi przed oczami.
Klienci też od nas tego oczekiwali – większość z nich miała coś dla dzieciaczków. Zdecydowaliśmy z kierowcami, że lepiej będzie zatrzymywać się w szkołach.

Szkoły państwowe są w zatrważającej większości strasznie biedne. Często drewniane czy blaszane z wyciętymi otworami okiennymi i drzwiami. Co lepsza placówka jest murowana, ale szyb w oknach  brak. W środku materiały dydaktyczne w postaci szmat zawieszonych na ścianach na dwa gwoździe z namalowanym farbami alfabetem, powiewają na wietrze i w pyle. Nie wszystkie dzieci chodzą do szkoły mimo, iż od ładnych kilku lat jest już w Kenii obowiązek edukacji. Okazuje się,
że nie wszystkie rodziny mogą sobie na to pozwolić. Niektóre dzieci zostają w domu by zajmować się młodszym rodzeństwem bo mama idzie do pracy w polu.
Inne dzieci same pracują razem z rodzicami by mieć na obiad dla młodszych na dany dzień. Są takie co wypasają krowy bo tata złapał jakąś robotę. Największym problemem
są jednak pieniądze. Niektórych rodzin zwyczajnie nie stać by wysłać całą liczną gromadkę swoich pociech do szkoły bo nie mogą zakupić wymaganych rzeczy
jak mundurek, buty, wyprawka, lunch czy na „łapówkę”, którą czasami trzeba płacić by dziecko zmieściło się w przeludnionej klasie (o edukacji w Kenii rozpiszę się jeszcze obszernie przy okazji kolejnego artykułu).

Dzieci w małej blaszanej szkółce w okolicach jeziora Elementaita

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się w przydrożnych szkołach bo cukierków i ołówków było już tyle, że dzieci z wioski masajskiej przestawały się interesować powtarzającymi się podarkami. Chętnie przyjmowały prezenty, ale miały preferencje i chętniej sięgały do słodyczy niż do tych mniej interesujących, acz bardziej przydatnych rzeczy, o które zaraz po otrzymaniu przestawały dbać. Zeszyty i ołówki jak najbardziej się przydają. Więc dawaliśmy je dorosłym i nauczycielom,
którzy sugerowali, że tak będzie lepiej – by te podarki trafiły do szkoły i były użyte zgodnie z przeznaczeniem. Moje smutne przypuszczenie było takie, że Masajowie zasugerowali takie rozwiązanie między innymi po to, by turyści nie widzieli sytuacji kiedy dzieci rzucają się na wręczających albo gdy widząc cukierka w innej dłoni odwiedzającego nie porzuciły właśnie otrzymanego ołówka na ziemię w pogoni za słodyczem u sąsiada. Brutalne?

W każdej ze szkół ja i moi klienci nie dowierzaliśmy i zwracaliśmy uwagę na kolosalne różnice w zaopatrzeniu szkoły i standardzie pomieszczeń.
Staraliśmy się z kierowcami jeździć do różnych szkół. Nauczyciele zbierali dzieci, które w podziękowaniu śpiewały nam piosenki. A my je nagrywaliśmy. Często dzieci były brane na ręce. Klienci z czułością i sympatią bawili się z maluchami i żartowali ze starszymi dzieciakami. Nauczyciele czy dorośli pozwalali robić
im i z nimi zdjęcia– tym biednym dzieciom z Afryki. Dzieci chyba nie rozumiały za bardzo o co chodzi – zwłaszcza te najmłodsze. Większość turystów
w tym i ja na początku chciała takie zdjęcia mieć. Nie piszę tego z sarkazmem, chociaż miałam przypadki zachowania turystów gdzie stawiająca do pionu
i przyzwoitości uwaga byłaby jak najbardziej na miejscu. Uważam jednak, że dla kogoś nieświadomego, a o dobrym sercu i chęci pomocy takie spotkanie z maluchami czy nawet to zdjęcie z nimi jest przeżyciem ważnym i silnym. Z czasem jednak mając już swoje zdjęcia zaczęłam poświęcać ten czas „prezentów” w szkołach,
na obserwację najmłodszych zainteresowanych. Zobaczyłam, że niektóre dzieci były wesołe, zafascynowane turystami ale zdarzały się tez takie, które nie wiedziały
co się dzieje i gdy ktoś nagle brał je na ręce to zaczynały płakać. Sama w końcu sugerowałam dawanie prezentów nauczycielom by dzieci nie dostawały nic do rąk,
bo zaczęłam zauważać, że tak jednak jest lepiej.

rhdr

Anty-pomoc i anty-turystyka

Temat afrykańskich dzieci w naszym polskim towarzystwie wałkowaliśmy coraz częściej – zwłaszcza z początkującymi na tym kierunku jak ja pilotami. Słyszałam
o klientce, która mimo próśb koleżanki pilotki, by tego nie robić „po kryjomu” wyrzuciła parę tenisówek przez okno naszego pędzącego safari busa prosto w dziecko, które tym szczodrym prezentem oberwało w głowę. Opowiedziano mi też o bobasku zabranym z rąk matki Masajki bez pytania by zrobić zdjęcie, który popłakał się prawdopodobnie z przerażenia, że ktoś kompletnie obcy zabiera je od mamy.  Pamiętam sytuację na swojej wycieczce, w trakcie wizyty u Masajów, gdy jedna z pań zaczęła rozdawać ledwo chodzącym maluszkom kredki pastelowe, które to w minutę zaczęły być konsumowane przez owe dzieci, które myślały że są to kolorowe czekoladki. Myślę, że polskie dzieci w tym samym wieku zaczęły by jeść te kredki tak samo szybko jak te kenijskie maluchy.. Również jedna mała Polka lat 7, została zmuszona przez tatę by przytulić się do masajskiego chłopca i tak zapozować do zdjęcia, co skończyło się zakłopotaniem, strachem i płaczem z obu stron.
Wielu turystów pyta się nas po dzisiejszy dzień – któremu dziecku dać pieniądze i ile?? Często jak ktoś nie miał prezentu, wkładał w małe rączki 10 USD, które najpewniej nie dzierżyły takiego banknotu nigdy wcześniej w życiu. Już pomijając fakt wciskania dzieciom pieniędzy, które to zachowanie uważam za nieodpowiednie,
niestety w Kenii nie ma kantorów na każdym rogu i tam podobnie jak w Polsce płaci się za wszystko lokalną walutą.

Momenty, które warto pamiętać 🙂

Muszę oddać jeszcze rację tych pięknych i wzruszających sytuacji jakie się zdarzały przy okazji obdarowywania. Kiedyś zatrzymaliśmy samochód w jednej z wiosek
i do auta żadne z dzieci nie odważyło się podejść same. Dopiero zachęcana przez rodziców do auta podeszła dziesięcioletnia dziewczynka. Dostała od mojej klientki koszulkę, t-shirt z misiem. Całym busem wpatrywaliśmy się w to piękne dziecko, które pokazało wszystkie bielusieńkie zęby w szerokim uśmiechu gdy otrzymało prezent. Dziewczynka odchodząc od auta i trzymając bluzkę uśmiechała się tak szczerze i tak radośnie jak tylko moglibyśmy tego oczekiwać i pragnąć. Wszystkim serca cieszyły się tak samo na widok szczęśliwej małej Kenijki z tak nieistotnej dla nas rzeczy jaką jest t-shirt.

Pewnego razu również kierowca zobaczył po drodze idącą do szkoły nauczycielkę. Zatrzymał się obok i zapytał czy mamy jakieś przybory szkolne i czy możemy
jej je dać? Jedna z klientek wyciągnęła paczkę kilkudziesięciu zeszytów, worek ołówków, ekierki, linijki, cyrkiel, piłkę do nogi i pompkę do kompletu i wręczyła w ręce zszokowanej kobiety, która wybuchła płaczem. Ucałowała klientkę i pobłogosławiła, życząc jej wiele szczęścia.

Pamiętam sytuację gdy dzieciaki ze szkoły żegnały nas odjeżdżających spod szkoły safari busem, podeszła do mojego okna nastolatka z bobaskiem na plecach.
Nie wiem czy było to jej dziecko – miałam nadzieję, że nie bo wyglądała na 14 lat – i zapytała się mnie czy jestem pilotką. Odpowiedziałam, że tak. Na co zwierzyła
mi się, że marzy o biustonoszu, bo jej dwie koleżanki mają, a ona nie, że bardzo jej się podoba jak one mają je na sobie, bo ładnie to wygląda i czy mogłabym dać jej swój bo widzi, że mam. Zamurowało mnie to pytanie. Odparłam po chwili, że dzisiaj nie mogę tego zrobić, ponieważ sama go potrzebuję, ale że za dwa tygodnie
będę tu przejeżdżać raz jeszcze. Poprosiłam by mnie wypatrywała. Jak się spotkamy to dam jej biustonosz. W międzyczasie pojechałam na święta do domu, kupiłam dwa ładne biustonosze dla dziewczynki, wzięłam do Kenii i woziłam je jeszcze przez długi czas, lecz niestety jej już nie spotkałam.

Wiele było szczerych uśmiechów, podziękowań, czystej radości, zabawy, oglądania zdjęć i bajek na smartphonach, przytulania się i rozmów. Zdrowe ludzkie odruchy
jak pomoc i szczery uśmiech – relacje jakie się przy tym zawiązują – są dobre 🙂 Temu nie zaprzeczam.

I te opony…

Będąc teraz w Kenii w odwiedzinach u Paula, zostałam oficjalnie przedstawiona jego rodzinie. W wiosce, z której pochodzi spotkali się w tym czasie wszyscy członkowie klanu, przyjeżdżając specjalnie na ten weekend z Nairobi, gdzie pracują w korporacjach, w pełnym składzie – z dziećmi włącznie – by mnie poznać. Weekend w wiosce był cudowny – tak normalny jak tylko mogłabym sobie to wymarzyć i przenieść w realia polskie u siebie w domu😊 Siostrzeńcy i bratankowie w wieku od 2 do 12 lat biegały wszędzie po podwórku, bawiąc się i tarzając w ziemi. Łapały jakieś proste przedmioty, które nie były zabawkami stricte, co nie przeszkadzało dzieciom by stały się nimi na czas zabawy. Od jednego z wujków każde dostało oponę od motocykla czy samochodu i całe bite dwa dni biegały za nimi po podwórku i pchając
je od jednego krańca wioski na drugi. OPONY!!! Dzieci z dobrych rodzin, nie narzekające na biedę, chodzące do prywatnych przedszkoli i szkół bawiły się OPONAMI. Kurtyna.

W czym rzecz w „Rzeczy o Afrykańskich Dzieciach”?

I teraz moi drodzy czytelnicy przejdę do podsumowania tych historii w jedną całość. Dzieci są dziećmi. Wiemy od zawsze, że lubią zabawki, a jeszcze bardziej łakocie. Zabawką dla dwulatka w Polsce może być widelec, czy korek od wanny więc czemu patyk i butelka ma nie być tym dla malucha w Kenii? JA TEŻ bawiłam się oponami
na wsi u prababci, o czym najwyraźniej zapomniałam przez te 15 lat „dorosłego życia”. Opony są super! Okrągłe i szybkie. Świetna zabawa dla każdego dziecka, niezależnie od statusu społecznego. Dzieci kenijskie jak i inne na całym świecie rozwijają się praktycznie tak samo jak nasze polskie więc skoro jesteśmy rodzicami
to pamiętajmy, że niektóre rzeczy, które wręczamy czy zachowania z naszej strony względem maluchów powinny być dopasowane dla poszczególnego wieku
oraz stadium rozwoju dziecka. W innym razie kolejne maluszki z Afryki będą krztusiły się kredkami pastelowymi 🙂

U nas w Polsce mówi się, że dzieci dzielą się na te brudne i te nieszczęśliwe. Dzieci utytłane w kurzu i w pyle to dzieci, które czas spędzają aktywnie – bawiąc się ze sobą i wtedy kiedy pracują. Zwłaszcza w Kenii gdzie jest sucho i pył osadza się wszędzie, ubrań nie pierze się po każdym jednym przybrudzeniu i na pewno nie w pralce, których ludzie tam nie posiadają. Piorą ręcznie, co jest ciężką pracą – więc praktyczniej jest robić to jak najrzadziej. Ubrań nie ma się za wiele i oczywiście są tam bardzo potrzebne. Najczęściej jest to zestaw na co dzień …i ten czysty na niedzielę do kościoła, o którego czystość dba się szczególnie mocno by oszczędzać siły
i nie marnować cennego czasu na pranie jak i również by odświętne ubranie zachowało swój dobry wygląd jak najdłużej i na kilka pokoleń.
Po co dzieciom nowiutkie ubrania, skoro zaraz z nich wyrosną? Jeżeli są zużyte i podniszczone – trudno, trzeba zużyć do końca. Prawo praktyczności i selekcjonowania rzeczy najbardziej niezbędnych do przeżycia. W moim mniemaniu ubrania, mimo, że jest ich tam niewiele i większości używane, są potrzebne, ale to dość mało istotny problem w stosunku do braku odpowiedniej edukacji, higieny, opieki medycznej i prawidłowego wyżywienia.

Muchy, muchy, muchy..

Co do higieny, to czy pamiętacie o muchach? Poznałam w Kenii pewną miłą kobietę, Polkę, która organizuje i przeprowadza różne projekty edukacyjne i projekty
z zakresu opieki medycznej wspierające lokalną ludność w Kenii. Opowiedziała nam kiedyś o masajskich dzieciach z wiosek w okolicy Amboseli, którym to od wielu lat matki w desperacji obcinały palce, gdyż pewien rodzaj muchy składał pod delikatną skórą małych paluszków jajeczka, które powodowały olbrzymie obrzęki i ból u tych dzieci. Matki nie mogąc sobie z tym poradzić obcinały spuchnięte okolice by nie wynikło z tego coś poważniejszego. Według opowieści tej pani, w trakcie projektu rozpoznano co jest przyczyną opuchlizny i wyposażono Masajki w agrafki i szpilki by mogły te jajeczka wydłubywać i tym samym oszczędzać palce swoim pociechom. Nie udało mi się potwierdzić tej historii więc nie wiem czy jest prawdziwa.

Jednak kolejne pytanie, które być może Wam się nasuwa to czemu te dzieci, zwłaszcza te masajskie, aż kleją się od tych much? Myślę, że przez fakt mieszkania
w wioskach, w obrębie których, między domami, a czasami nawet i wewnątrz nich trzymane są najcenniejsze dla Masajów krowy albo kozy i osły, które robią pod siebie tam gdzie stoją – dzieci, które bawią się na podwórku bawiąc się siadają i kładą się wszędzie na ziemi lub pracują przy tych zwierzętach, brudzą się tym kałem,
który jest wymieszany z ziemią. Zwierzęta są wszędzie, a tam gdzie są zwierzęta są  i muchy. Gdy wchodzimy do wioski z klientami muchy oblepują nas również od góry do dołu, więc oczywistym jest to, że dzieciaki utytłane ziemią i obcierające zasmarkane buzie brudnymi rączkami przyciągają je w takich ilościach.

W czym tkwi problem?

Prawie codziennie do wiosek masajskich przyjeżdżają turyści z całego świata i dają dzieciom prezenty. W okolicach hoteli krążą dzieci i również dorośli ,
którzy również dostają prezenty, dostają pieniądze. Wszędzie gdzie jeździmy – dajemy coś tym ludziom. Tak – dzielenie się i pomoc jest dobra. To jest świadectwo tego, że macie dobre serce, że macie chęć ofiarowania wsparcia osobom, które tego potrzebują. Jednak uważam, że pomoc powinna być mądra i przemyślana. Takie zwykłe dawanie – mimo iż od serca – zwłaszcza dla małych dzieci jest jednocześnie lekcją tego, że w łatwy sposób, od obcokrajowcy, który jest bogatszy, można dostać
coś za darmo, dostać bez okazji, bez zasłużenia sobie na to, nie zapracowując sobie na to, nie w nagrodę – tak po prostu – wszystko, po co tylko dziecięce rączki sięgną. To jest nie tyle rozpuszczanie dzieci, a uzależnianie ich od pomocy. Takie dzieci już jako dorośli będą coraz częściej przejawiać postawę oczekiwania
od nas pomocy, która im się należy, co kreuje nieciekawy obraz białych, którzy nic nie robią, a mają – i nie dają tyle ile powinni. Dawanie pieniędzy dzieciom w małe rączki nie pomoże im nauczyć się tabliczki mnożenia, nie nauczy, że żeby coś posiadać, trzeba na to zapracować. Państwo opiera się na tym, że ludzie pracują, zarabiają, utrzymują swoje rodziny, wydają pieniądze i tak nakręcają gospodarkę.

Zdrowa, przemyślana i sensowna pomoc

To co w moim mniemaniu może pomóc tym dzieciom to edukacja i wspomaganie rozwoju, ukierunkowanie na rozwój zawodowy i przedsiębiorczość oraz pomoc medyczna. Dziecko, które odbędzie edukację – nawet w podstawowym zakresie jak liczenie, pisanie i czytanie już posiądzie najważniejsze i najprzydatniejsze umiejętności. Takie dziecko, może nie będzie znało się na kosmosie, chemii czy nie pozna zagadnień związanych z historią szerszą niż historia jego własnego regionu, ale jak ukończy szkołę podstawową będzie potrafiło przeczytać gazetę, w której znajdzie ogłoszenie z ofertą pracy np. na kasie w markecie. Zgłosi się tam i ponieważ potrafi pisać i liczyć nauczą go obsługi kasy fiskalnej i będzie miało pracę, dzięki której już jako dorosły będzie potrafiło utrzymać rodzinę i być może zapewnić jej byt
i edukację swoich już dzieci – które zajść mogą jeszcze dalej niż rodzic. Takie dziecko, które skończy szkołę i spotka kogoś kto ukierunkuje go na pracę, wesprze jego biznes – zainwestuje w jego pomysł osiągnie dużo większy sukces i usamodzielni się niż takie które zostanie nauczone, że wszystko dostaje od bogatszych od siebie jednocześnie do końca życia pozostanie uzależnione od kogoś innego i tym samym niesamodzielne oraz nie radzące sobie w życiu. Rodzinę, którą założy być może czeka tułaczka, a dzieci będą mieć mniejszy dostęp do edukacji z powodu braku pracy dla rodziców, a tym samym braku pieniędzy na godne życie.

To są oczywiście skrajne scenariusze. Jednak myślę, że część z Was może przyznać mi rację patrząc przez pryzmat historii Czarnego Lądu i warunków w jakich żyją tam ludzie, które mają swoją przyczynę właśnie w dziejach tego kontynentu. Nie zmienimy życia całej części społeczeństwa w czasie jednego pokolenia.
To są lata pracy i rozwoju – i w tym właśnie MY MOŻEMY pomóc.

Jak zaplanować pomoc?

Reasumując uważam, że jadąc w podróż na inny kontynent, gdzie ludziom, żyje się ciężej warto wcześniej zapoznać się dogłębnie z historią tego miejsca i warunkami życia ludzi. Oczywiście jak wspomniałam wyżej wiedza przychodzi wraz z doświadczeniem więc i w trakcie podróży dowiecie się i doznacie wszystkiego dużo intensywniej i dogłębniej. Jeżeli odczuwacie chęć pomocy zajrzyjcie na strony fundacji czy misji działających na terenie danego kraju. Zobaczcie co piszą o ludziach, którym pomagają. W jakich warunkach żyją i zastanówcie się czego Wam brakowałoby na miejscu tych ludzi i jak sami sobie byście pomogli. Czy chcielibyście by wam dawano cukierki każdego dnia w roku? Czy jednak wolelibyście by ktoś w Was zainwestował, ukierunkował, pomógł znaleźć pracę.

Fundacji i misji w Afryce jest od groma i ciut, ciut. Myślę, że warto się na nich oprzeć. Poczytać opinie i i projekty jakie realizują. Czy faktycznie są to takie, które wspierają miejscowych czy nie do końca. Warto wczytać się w statuty i regulaminy – są długie i nużące ale można czasami się naciąć i zobaczyć, że dana fundacja nie wydaje otrzymanych pieniędzy DOKŁADNIE tak jak wy rozumiecie to z ich ogłoszeń. Warto poobserwować relacje z działań na stronach na Facebooku. Miałam przyjemność „sprawdzić” jedną z polskich fundacji działających w Galu koło Diani Beach w Kenii. Małżeństwo, które ją prowadzi zaimponowało mi właśnie tym „mądrym działaniem”. Poza wspieraniem edukacji dzieci, pilnowaniem, by każde chodziło do szkoły i miało co jeść wspierają ich rodziców poprzez inwestowanie pieniędzy, czasu, swojego własnego doświadczenia do promowania wśród turystów i Kenijczyków ich małych i dużych przedsięwzięć, dzięki czemu ukierunkowują na pracę i nakręcają lokalną mikro gospodarkę. Z tego co wiem, organizowane są też róże wydarzenia kulturalne w wiosce jak maratony filmowe, których wcześniej nikt tam nie organizował – ba! Niektórzy miejscowi nigdy w życiu nie widzieli filmu! Dzięki temu mogą zobaczyć jak wygląda życie w innych krajach. Jest też drużyna piłkarska 😊 I wiele innych.

Myślę, że warto pisać do takich fundacji. Odwiedzić na miejscu, jeżeli jest to możliwe i wspierać finansowo – nawet w najdrobniejszy sposób. 15 zł miesięcznie przelewane na konto fundacji czy misji jest wyżywieniem dla dziecka na tydzień, lub wkładem w zakup motora boda-boda dla miejscowego ojca trójki dzieci, który wożąc ludzi tym motorem jako taksówkarz zarabia na swoją rodzinę. 15 zł to jest mała kawa, którą kupicie jednego dnia w miesiącu idąc do pracy w Green Coffe. To naprawdę niedużo, a może zdziałać więcej cudów, niż 2 kg cukierków za tę samą kwotę rozdanych dzieciakom, po których zostaną tylko plastikowe papierki i zepsute zęby.

Ołówki, zeszyty, buty, przybory szkolne Tak! TAK! Są bardzo potrzebne – ale zanim je rozdacie lub wyrzucie przez okno jadącego safari busa zastanówcie się, zapytajcie kogoś bardziej doświadczonego jak pilota, przewodnika – kogoś z fundacji, misji czy miejscowego o poradę. Gdzie i komu to zanieść czy wręczyć. Może do szkoły, nauczycielowi, przedszkolance, lekarzowi? Matce, która mieszka w lepiance za murem waszego 5* hotelu z szóstką dzieci na utrzymaniu. Dawajcie to osobom,
które lepiej będą wiedziały co z tym zrobić niż watoto. Osobom, które zadbają o to, by prezenty zostały użyte to zgodnie z przeznaczeniem.

Na zakończenie mojego „referatu” 🙂

Skoro wytrzymaliście ze mną do końca mojego długiego wywodu to właśnie tutaj chciałam Was prosić o rozwagę. Ostatnimi czasy panuje moda na podróże w biedne miejsca, której początkowo uległam i ja sama. Slumsy, bieda, choroby i głód – tak dla nas różne, że aż egzotyczne. Jesteśmy empatyczni. Czujemy, że pragniemy pomóc – i ZACHĘCAM WAS DO TEGO Z CAŁEGO SERCA! Ale pamiętajcie proszę, że miejscowi, choć biedni – czasami mniej świadomi świata niż wy – są takimi samymi ludźmi, z uczuciami, z poczuciem moralności i honoru. Branie czyjegoś dziecka na ręce bez pytania się samego zainteresowanego czy jego mamy po to by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z biednym murzynkiem z Afryki jest moim zdaniem moralnie złe. Gdybym miała dziecko, nie chciałabym by jakiś obcy turysta wszedł do mojego domu nieproszony, wziął w ręce mojego synka, zrobił sobie z nim zdjęcie i wstawił na fejsa, dał mu lizaka i wyszedł. Myślę, że wy też nie. Gdzie prywatność tych osób często nieświadomych tego dokąd trafiają Wasze zdjęcia? Czy ktoś z Was kiedyś zrobił sobie zdjęcie z biednym dzieckiem na polskiej wsi? Albo pozwolił za 3 zł zrobić takie zdjęcie obcokrajowcy i wstawić na FB? Zapoznajcie się z tymi ludźmi najpierw, spytajcie jak im się żyje – nawiążcie relację. I jeżeli dalej będziecie odczuwali chęć zrobienia sobie z nimi zdjęcia to myślę, że warto o to zapytać bo będzie to już miało dla obu stron zupełnie inny, wynikający ze szczerej sympatii, czysty
wydźwięk i znaczenie.

Nie zniechęcam do odwiedzania wiosek masajskich ani tych „niekomercyjnych”. Przyszło mi ostatnio na myśl, że Masajowie są jak nasi górale z Zakopanego.
Kultywują swoją kulturę i jednocześnie z niej żyją zapraszając nas do siebie i pokazując tańce, stroje i obyczaje, które naprawdę są ciekawe😊 Jest to dla Was drodzy zwiedzający. Pamiętajcie proszę, że jadąc na zorganizowaną, liczną wycieczkę z konkretnym programem do zrealizowania, nie będziecie pierwszymi i ostatnimi turystami, którzy odwiedzają dziewiczą wioskę. Myślę jednak, ze skoro tak konserwatywne plemiona jak Masajowie czy Samburu, tak bardzo trzymające się swoich tradycji znalazło sposób na utrzymanie swoich rodzin poprzez turystykę – i zarabiają, a nie żebrzą – to nie ma w tym nic złego. Obie strony na tym zyskują. Większość
z turystów z racji intensywnego programu safari, nie ma sposobności by odwiedzić inną wioskę, więc wizyta u Masajów lub Samburu na północy też będzie satysfakcjonująca.

„Prawdziwe” wioski są również warte odwiedzenia, ale w tym przypadku sugerowałabym przemyślenie formy odwiedzin. Czy powinna być to jedynie jednorazowa wizyta, obejście dookoła i wręczenie prezentów? A może zakup czegoś, co pracując na rodzinę wytworzyli własnoręcznie? – Kupcie, a nie dawajcie. A może wspólny spacer, ugotowanie posiłku razem jeszcze innego dnia? Nawet na kuchni polowej. Kontakt z nimi na tej samej linii: człowiek = człowiek zamiast bogaty-biedny.
Nawiązanie relacji z obu stron 😊 Toż to najlepsza droga do poznania kultury miejscowej ludności!

Mam nadzieję, że skłoniłam Was do refleksji nad tym tematem. Jeżeli w toku swoich przemyśleń kogoś uraziłam – nie zrobiłam tego celowo. Jak wspomniałam wcześniej z Kenią wiążą mnie silne więzi prywatne. Przez media społecznościowe możecie zdobyć kontakt do osób, które podobnie jak ja związały swe losy
z tym krajem, kulturą i rzeczywistością. Ja, choć trwa to już kilka lat – dopiero zaczynam ten rozdział z zakładką na Afryce. Jest wiele innych Polaków żyjących w Kenii
i mogących wam udzielić informacji i porad dotyczących zagadnienia Afrykańskich Dzieci. Myślę, że ich opinie mogą być inne od moich, co dać Wam może większy ogląd tego tematu. Zachęcam do komentowania, mailowania i dyskusji. Obyśmy spotkali się kiedyś na sawannie i mogli porozmawiać o tych dzieciach przy zachodzie słońca ozłacającego zbocza Kilimanjaro w Amboseli!

Masajki z Amboseli. W tle Kilimanjaro!

Zdjęcia, które widzicie zrobiłam głownie w trakcie podróży prywatnych i w trakcie zleceń. Zarówno z początków mojej przygody w Kenii, kiedy cykałam zdjęcia dzieciom jak opętana jak i z prywatnych podróży, między innymi z wizyty u mojej kenijskiej części rodziny, których zdjęcia publikuję za ich zgodą i przyzwoleniem.

To robię teraz HOP PRZEZ PŁOT! I pozdrawiam Was moi mili z Grecji gdzie jestem teraz na pilotażu i biorę się za kolejny artykuł!

Agnieszka

Wasza „Sungura”

Leave a comment



Alina

12 miesięcy ago

Pani Agnieszko, przeczytałam dzisiaj uważnie Pani reportaż o Afryce. Jestem pod wielkim wrażeniem. I nie tylko ja. Byłam kilka razy w Afryce i nie mam tu na myśli Egiptu. Ale on tak bardzo dociera do serca. Czy mogę poprosić o adres uczciwej organizacji w Afryce, która pomaga. Poproszę, będę wdzięczna. Nie jestem bogata, ciężko pracuję. Wszystkie oszczędności przeznaczam na wyjazdy, ale 15 pln lub nieco więcej chętnie bym oddała dla tych dzieciaków Ii ich rodzin. Myślę że każdy zdrowo pojmujący świat człowiek, powinien się pochylić nad innym człowiekiem.

ewa

11 miesięcy ago

To jest adres uczciwej organizacji, której warto pomóc: http://pomagamywkenii.org.pl/

aga

11 miesięcy ago

Haha:) To właśnie Pani Alinie przesłałam w prywatnej wiadomości 🙂

Alina

12 miesięcy ago

Pani Agnieszko rewelacyjny reportaż, dla ludzi ciekawych świata i wrażliwych na los innych ludzi. Uświadamiający o błędach, które popełniamy chcąc być szczodrym. O tym że chcąc tak bardzo pomagać można kogoś nawet zabić – licha pomoc. Lepiej wysłać 15 PLN niż rzucać cukierkami przez okno, zawozić cukierki , które są kością niezgody i psują zęby. Z niecierpliwością czekam no Pani inne komentarze. Pozdrawiam Alina.

aga

11 miesięcy ago

Pani Alino, Pięknie dziękuję za miłe słowa:) Już niedługo czas na kolejny artykuł. Zapraszam do lektury już wkrótce 😉

SUNGURA
Agnieszka Królikowska
ul.Zwycięstwa 1/5 05-120 Legionowo
NIP: 536 170 12 29

Copyrights Agnieszka Królikowska
All rights reserved © 2019