Samburu, Kenia. Cisza w eterze.

„Jeżeli miałbym wybierać między safari w poszczególnych parkach to zdecydowanie najpiękniejsze jest w Samburu” – W ten oto sposób zachęcił mnie do podróży
w te miejsce mój chłopak Paul, Kenijczyk, pilot, przewodnik i kierowca na safari.

W lipcu tego roku pojechałam odwiedzić Paula oraz jego rodzinę w Kenii. Zapakowaliśmy we dwoje nasze rzeczy w safari-busa Paula i objechaliśmy nim sporą część tego kraju, której jeszcze nie odkryłam. Zobaczyłam wiele pięknych miejsc, ale chyba żadne tak nie dotknęło mnie i nie zapadło mi w pamięci z taką intensywnością
jak Samburu.

Most na rzece Ewaso Ngiro

Ponieważ staram się podchodzić do pisania artykułów jak najbardziej profesjonalnie i pisać je z jak największą dokładnością oraz wiedzą jaką posiadam, postanowiłam rozdzielić temat Samburu i stworzyć o tym miejscu kilka wpisów. W tym artykule chciałabym oczarować Was tym regionem oraz rezerwatem jaki tam się znajduje
i zasiać ziarenko ciekawości do tego miejsca w Waszych sercach.

Pozostaje mi tylko zaprosić Was do lektury – może odnajdziecie nutkę inspiracji na przepiękną podróż po północnej, tej mniej odwiedzanej przez turystów części Kenii 🙂

Nasze Wielkie Kenijskie Wakacje w skrócie

Żeby osadzić te piękne Safari w czasie myślę, że warto pokrótce streścić Wam nasz objazd po Kenii. Pierwszym przystankiem na naszej trasie był Rezerwat Masai Mara. Jest to bardzo dobrze nam znany rezerwat, byliśmy tam po raz enty, ponieważ w sezonie turystycznym jeździmy tam dosłownie co tydzień. Jednak lipiec jest o tyle wyjątkowy, że jest to czas Wielkiej Migracji – obecnie największego zjawiska migracji zwierząt na świecie!

Kolejnym naszym przystankiem było miasto Kisii, wokół którego mieszkają ludy Kisii, uważane w Kenii za czarowników i czarownice. Następnie pojechaliśmy dalej
do miasteczka portowego nad Jeziorem Wiktorii – Homa Bay gdzie podziwialiśmy piękną panoramę jeziora i górzystych wysp jakie się na nim znajdują.

Stamtąd ruszyliśmy do Kisumu, które było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie widziałam w Kenii miasta tak czystego, bardziej zbliżonego w funkcjonowaniu i ogólnie schludnym wyglądzie do miast europejskich co to właśnie, trzecie co do wielkości w całym kraju.

W drodze powrotnej do Nairobi zobaczyliśmy obłędnie zielone herbaciane pola Kericho gdzie wytwarza się perfekcyjną w smaku, intensywną i sławną na cały świat herbatę! Następnie zjechaliśmy do Wielkiego Rowu Afrykańskiego by stamtąd przez Nairobi obrać azymut na Nyeri i dalej do Samburu, by na końcu pojechać do Parku Narodowego Meru i na sam koniec do wioski rodzinnej Paula.

Spaliśmy w lokalnych „hotelach” i kwaterach za około 5-10 USD za osobę. Czasami były to blaszane baraki z drewnianą dobudówką, która służyła za łazienkę. Pomieszczenia bez nawet jednego gniazdka elektrycznego w środku. Innym razem „lodge” dla Kenijczyków z niższym budżetem lub kwatery dla kierowców safari. Czasami nie było prądu, ciepłej wody, karaluchy biegały po framudze łóżek, a telewizory – jeżeli były – obudowane w metalową ramę na kłódkę, by nikt ich nie ukradł. Jadaliśmy w miejscowych jadłodajniach najsmaczniejsze pod słońcem nyama choma (pieczone na ruszcie mięso) z ugali, grillowane ryby nad Jeziorem Wiktoria
lub gotowaną w zupie wołowinę z warzywami pod akacją u Masajów. Na śniadanie i lunch robiłam kanapki. Z soczystym awokado zamiast masła, czerwonymi pomidorami prosto z nagrzanego słońcem pola i.. polską Żywiecką kiełbasą 😛 Do tego świeżo wyciskany sok z mango lub z marakui, polskie krówki na deser
i dalej w trasę!

Samochód Paula niejednokrotnie służył nam za camper, a otwarty bagażnik lub dach za najlepszą miejscówkę do oglądania zachodów słońca i pięknych krajobrazów
przy lampce Prosecco przywiezionym z Włoch, orzeszkami i kabanosami na zagryzkę 😊 TAKIE połączenie, w TAKICH okolicznościach przyrody sprawiło, że wyjazd zaliczam do tych wartych zapamiętania i opowiadania wnukom w przyszłości!

Po drodze do Samburu

Podczas drogi z Nairobi do Samburu (345 km), zajechaliśmy do Nyeri, gdzie odwiedziłam grób założycieli skautingu Roberta i Olave Baden-Powell (o czym napiszę
w kolejnym wpisie). Przenocowaliśmy w hotelu dla kierowców w Nanyuki, które to znajduje się dokładnie na równiku. W okolicach tego miasta odwiedzić możemy również Ol Pajeta Conservancy gdzie zobaczyć można ostatnie dwie żyjące na świecie samice północnego podgatunku Nosorożca Białego. Niestety ostatni samiec
o imieniu Sudan zmarł 19 marca 2018 roku. Tego dnia Północny Nosorożec Biały został uznany za wymarły.

Następnego dnia z samego rana pojechaliśmy drogą na północ prowadzącą u stóp góry Kenia – najwyższego szczytu tego kraju. Niestety nieśmiała była w owym czasie, bo nie zobaczyłam jej wierzchołka. Znajdowaliśmy się na około 3 000 m n.p.m. Gdy mgły rozeszły się wraz z promieniami wschodzącego słońca zobaczyłam,
że mimo dużej wysokości wszystko kwitło tam w najlepsze. Odsłonił się nagle przede mną widok na lasy iglaste pełne choinek
i sosno-podobnych drzew. Najbardziej jednak zdziwił mnie widok olbrzymich połaci żółto kwitnącego RZEPAKU pomiędzy nimi. Nie dowierzałam własnym oczom ponieważ dosłownie miesiąc wcześniej pilotując zielone szkoły z dziećmi po Polsce męczyłam Paula i zmuszałam go do podziwiania i zachwycania się na ekranie messengera widokiem żółtych pól rzepaku na przedgórzu Karkonoszy… No cóż 😛 . Widziałam też ogromne ilości szklarni, w których rosły róże na eksport.
Zobaczyłam jak mieszkańcy okolicznych wiosek wyszli na ulice i pola, każdy w kaloszach na nogach. Paul wyjaśnił mi, że to przez liczne deszcze, dużą wilgotność
i wiecznie obecne błoto.

Rzepakowe pola
Iglaste lasy przez wiele kilometrów ciągną się wzdłuż drogi – dla mnie było to coś co widziałam w Kenii pierwszy raz.

Gdy zjechaliśmy w dół piękną widokowo drogą i odetkały już się nam uszy, krajobraz zmienił się całkowicie! Zaczęło być pustynnie i sucho. Gdzieniegdzie blaszano-drewniane chatki, lepianki i murowane z kamienia małe domki wystawały ponad suche na wiór krzaki i trawy. Dzieci na widok samochodu już nie wybiegały do ulicy
z wyciągniętymi po cukierka rączkami (jak to ma miejsce na obleganych przez turystów trasach w pobliżu popularnych oraz bardziej dostępnych parków i rezerwatów) lecz nieśmiało machały bądź nie zwracały na nas w ogóle uwagi. Tereny te miały niewiele życia, niewielu ludzi mogłam dostrzec z samochodu jak i niewiele zwierząt, nawet hodowlanych wypasało się przy drodze. A gdy już widziałam jakiś Kenijczyków to najczęściej przedstawicieli plemiona Samburu (pokrewne etnicznie plemię
do Masajów, choć bardziej konserwatywne, mają podobne tradycje, ubiór, ten sam język i pochodzenie) którzy, prawie zawsze odziani byli w swoje tradycyjne ubrania
i bynajmniej nie było to z powodu odwiedzających te rejony turystów.

Karibu Samburu

Samburu są to suche, w większości półpustynne równiny ciągnące się na północ od góry Kenia. Co jakiś czas w oddali możemy zobaczyć poszczególne góry wzniesienia i wulkany zwiększające jednak wrażenie pustki jaka rozciąga się dookoła. Drogi, poza główną tzw. Autostradą Transasfrykańską są dość kiepskie
i w większości gruntowe. Region ten jest niesamowicie gorący. W najchłodniejszych okresach temperatura sięga najniżej „tylko” 20 stopni Celsjusza. Jedyny cień
pod jakim możemy się schować dają nieliczne niestety i skupione głównie w okolicach źródeł wody kolczaste, rozłożyste drzewa Akacji Parasolowatych, niezwykle kolczaste Akacje „Gwiżdżące”, Sykomory rosnące w okolicach koryt rzek oraz palmy Doum czyli Widlice Tebańskie. Tereny te zamieszkiwane są w największej ilości przez grupy etniczne Samburu, Rendille i Borana. To właśnie od plemiona Samburu swoją nazwę wzięła ta kraina. Samburu w języku polskim znaczy „Motyle”.
Tak w języku Maa nazywają siebie samych członkowie tego niezwykle barwnego, konserwatywnego i nomadzkiego plemiona.

Jadąc drogą zobaczymy głównie brunatno złocistą suchą ziemię i wyschnięte na wiór szare krzaki. Jest cicho, pusto, niezwykle spokojnie i dziko. Niewielu jeździ tam turystów w porównaniu z innymi parkami i rezerwatami na zachód czy południe od Mombasy i Nairobi, tak więc niewiele samochodów porusza się tamtymi drogami. Również często – zwłaszcza na północ od Samburu możemy napotkać przydrożne, kontrolne posterunki policji. Te rejony nie są uznawane za całkowicie bezpieczne. Paul kilkukrotnie pytał się innych kierowców zatrzymując się i zrównując z jadącym z naprzeciwka samochodem na trasie lub przez radio czy na drodze można obawiać się dzisiaj bandytów. Jednak są to głównie miejscowe, międzyplemienne utarczki i drobne sąsiedzkie konflikty. W tym regionie jest wiele rezerwatów przyrody narodowych i prywatnych. Do najczęściej odwiedzanych należą narodowe rezerwaty Samburu i dosłownie przylegający doń Buffalo Springs – tamtejszą oazę
z gorącymi źródłami oraz rezerwat Shaba z pozostałościami powulkanicznymi. Po dziesiątkach safari jakie odbyłam w parkach i rezerwatach na południu i wschodzie Kenii, oglądając podobne krajobrazy i prawie zawsze te same gatunki zwierząt – zawsze myślałam o Samburu jako o mistycznym miejscu, gdzie wszystko jest inne,
niż reszta część Kenii. Nie myliłam się 🙂

Sawanny Samburu a w tle piramidalna góra

Gdy przekroczyliśmy bramę Narodowego Rezerwatu Samburu, znalazłam się w innej Kenii. Krajobraz na początku wydawał się być monotonny. Wszędzie suche
i brązowoszare krzaki i trawy. Nie tak wyobrażałam sobie Samburu z opowieści i artykułów w Internecie. Kojarzyło mi się bardziej z Namibią, której krajobrazy niejednokrotnie widziałam na filmach produkcji BBC. Przestał doskwierać mi brak „tych widoków” kiedy zobaczyłam z daleka szerokie koryto rzeki Ewaso Ngiro,
w której spokojnie stały i piły wodę słonie, a z każdej jej stron okalał rzekę wysoki brzeg ze złocistego piasku i rozgałęziające się palmy Doum i zielone gęstwiny różnego rodzaju akacji – oniemiałam z zachwytu.

Safari czas zacząć

Wjechaliśmy do rezerwatu około godziny 13.00. Praktycznie w środku dnia, kiedy zazwyczaj nie jeździ się na game drive, gdyż jest za gorąco na jazdę.
Również zwierzęta chowają się wtedy w poszukiwaniu cienia i odpoczynku. Lecz my nie byliśmy ograniczeni komfortem naszych klientów i lunchem w lodge, ponieważ byliśmy tylko we dwoje. Na naszym prywatnym safari. Jeździliśmy po parku do ostatniej możliwej minuty, aż do zachodu słońca. Paul pokazał mi wszystkie swoje ulubione zakątki, jeździliśmy wzdłuż rzeki, wśród buszu, pod palmami – wszędzie gdzie tylko się dało! Oczywiście już po kilku minutach Paul zjechał z trasy bo gdzieś
za górami i lasami zobaczył stadko lwic wylegujących się w cieniu drzew przy korycie rzeki. Pomijając znajomość topografii parków i rezerwatów, Paul ma niezwykły zmysł do wypatrywania zwierząt oraz tego jak się zachowają i gdzie pójdą lub co zrobią po kilku minutach. Zajechaliśmy prawie pod samą rzekę i Paul mimo tego,
że zrobiłam lwicom co najmniej 150 zdjęć, podjeżdżał dla mnie z każdej możliwej strony, bym zrobiła jak najwięcej dobrych ujęć. Co zbieraliśmy się do odjazdu to jedna
z lwic albo przerzuciła się na drugi bok albo ziewnęła i znowu.. i znowu, i kolejne zdjęcia – wybaczcie mi więc drodzy czytelnicy, że wklejam ich tutaj tak dużo ponieważ muszę jakoś wynagrodzić Paulowi jego starania 😊

Magia ciszy

Co uderzyło mnie na samym początku game drive to – cisza. Podświadomie szukałam jakikolwiek odgłosów. Byłam w środku rezerwatu, jeżdżąc z Paulem
safari-busem w coraz piękniejszych okolicznościach przyrody, a jednak ta cisza nie dawała mi spokoju. Szybko zorientowałam się o co chodzi. Radio, przez które nikt
nie mówił. Żaden inny kierowca nie odbywał wtedy safari. Wielce prawdopodobne jest, że w tym czasie byliśmy na game drive jedynie my sami. Pierwszy raz w życiu odbywałam safari w kompletnej ciszy. To było nieziemskie doświadczenie. Mogłam się skupić na tym co widzę, czego szukam. Oddałam się celebracji niesamowitego spokoju jaki panował w buszu, którego nie spotkałam nigdzie indziej. Będąc na safari z klientami ZAWSZE radio szumiało, trzeszczało, niejednokrotnie zagłuszało mnie lub klientów czy odstraszało zwierzęta. Zobaczyłam jak wiele w odbiorze wrażeń związanych z safari daje cisza. Po kilku godzinach około 16.00 po południu zaczęły pojawiać się inne busy, z turystami mieszkającymi głównie na terenie rezerwatu, lecz było ich niewiele. Jednak mimo to radio odzywało się tylko sporadycznie.
Cisza w eterze była właśnie tym co dopełniło czaru wszystkich safari, które już odbyłam do tego czasu – tej ciszy do kontemplacji brakowało mi do pełni
satysfakcji – i każdemu z Was życzę takiego właśnie cichego doświadczenia zamiast tłumów i kolejek busów i przepychanek, które czasami mają miejsce
by zobaczyć lwa na sawannie.

Sawanny Samburu

„Piątka Samburu”

W Końcu zza krzaków wyłoniła się tak upragniona przeze mnie Zebra Grevy’ego – Zebra Pręgowana. Zobaczyłam ją po raz pierwszy w życiu.
Cudownie było przeżyć znowu kolejną nowość na safari. Zapomniałam jakie to miłe uczucie zachwycać się nowym pięknem, które widzi się na własne oczy!
Obecnie niezwykle rzadko występująca i zagrożona wyginięciem. Na całym świecie jej populację szacuje się na około 2500 sztuk (dla porównania – w mojej gminnej szkole podstawowej uczęszcza około 1000 dzieci, To 2,5 takiej szkoły na skalę całego świata! 🙁 ) W Kenii zobaczyć ją możemy już tylko zaledwie w kilku miejscach (między innymi w Samburu i w Parku Narodowym Meru), w niektórych źródłach nazywa się ją „niemalże gatunkiem endemicznym Kenii”. Dużo bardziej masywna,
z okrągłymi wielkimi uszami, podobna bardziej do muła ale też bardzo płochliwa. Jej piękne umaszczenie w drobne i wąskie paski, które było głównym powodem polowania na te zwierzęta zlewały się z szarym buszem. Perfekcyjny kamuflaż!

Moje pierwsze Zebry Pręgowane :))

Zaraz za miejscem w którym zebra zniknęła mi z oczu zobaczyłam Oryksy Beisa – Orkyksy Pręgobokie. Jedne z największych antylop w Kenii i na pewno jedne
z najpiękniejszych oraz najrzadziej występujących. Oryksy podobnie jak słonie są w stanie wyczuć wodę pod powierzchnią ziemi – np. w korycie suchej rzeki – i dokopać się do niej tworząc studnię i źródło wody dla stada. Mają proste, długie na ponad 1 m, ostro zakończone rogi, które były wykorzystywane do wytwarzania oszczepów przez lokalne plemiona. Ich skóry, również należały do tych najbardziej eksploatowanych. Jednak najczęściej Oryksy (również innych podgatunków) były zabijane
dla wykwintnego w smaku mięsa, które wielu bogaczy, głownie na północy Afryki chciało serwować na swoich stołach w trakcie obiadu.

Oryksy chowające się przed upalnym słońcem

Jechaliśmy dalej gdy, Paul w pewnym momencie zasyczał w zachwycie, a moim oczom ukazały się trzy piękne Żyrafy Siatkowane! Chyba piękniejsze w moim odczuciu od Żyraf Rothschilda, które widziałam w Nakuru. Absolutnie fantastyczne! Maść mają wyrazistą, o ciepłym odcieniu brązu poprzecinaną wąską siecią złotych linii. Niesamowicie pięknie komponują się w całej okazałości na tle palm w tle! Nie potrafiłam oderwać od nich wzroku! Spędziliśmy przy nich chyba z godzinę.
Sama nie wiedziałam, kto na kogo dłużej się gapił. My na nie, czy one na nas. Z tą różnicą, że jednak my nie potrafiliśmy nie mrugać – w czym one są niepodważalnymi mistrzami. Żyrafy to moje drugie w kolejności zaraz po słoniach ulubione zwierzęta w Afryce. 😊 Potem tego dnia jeszcze kilka razy mieliśmy szansę oglądania z bliska innych, już naprawdę licznych stad tych żyraf, objadających drzewa z liści, a kolejnego dnia widzieliśmy nawet bijące się masywnymi szyjami dwa samce!
Ależ to był tępy odgłos i HUK! Widziałam to na wielu filmach, ale nigdy na żywo z tak bliskiej odległości.

Niekończące się, niemrugające spojrzenie.

W Samburu zobaczyć możemy również częściej niż gdziekolwiek indziej Gazele Żyrafie czyli Gerenuki Długoszyje. Przezabawne antylopy średniej wielkości. Zawsze się uśmiecham z rozczuleniem gdy je widzę ponieważ ich wygląd jest dość groteskowy. Mają niesamowicie długie szyje w stosunku do reszty ciała. Małe głowy z bardzo długimi uszami. Wyglądają przekomicznie gdy ogląda się je zwrócone do nas przodem. Wyglądają wtedy jak spłaszczone książkami z obu stron – tylko te uszy odstają na bok 😛 Potrafią stojąc tylko na dwóch nogach zapierać się przednimi kopytami o wyższe partie drzew i krzaków by zdobyć pożywienie. Występują na suchych
i gorących terenach ponieważ żywiąc się roślinnością są w stanie przez całe życie pobierać wodę tylko z pożywienia, bez konieczności szukania wodopojów.

Przyłapana na porannym podjadaniu!

Samburu słynie z tego, że jest tu o wiele łatwiej wytropić Lamparta. Kota najbardziej nieuchwytnego spośród wszystkich dużych drapieżników i jednocześnie najbardziej przebiegłego i zwinnego. Kot ten potrafi zejść po kilku metrowym pniu głową w dół, by skoczyć na ofiarę, szybko zabić a następnie wciągnąć ją z powrotem na górne gałęzie drzewa nawet jeżeli jego ofiara jest 2-3 razy cięższa niż on sam! Paul zrobił chyba wszystko co w jego mocy by go wytropić jednak praktycznie zawsze gdy jesteśmy razem na safari, żadne z nas tego lamparta nie potrafi zobaczyć. Udaje nam się to najczęściej gdy pracujemy osobno. Więc żeby tradycji stało się zadość i tym razem, mimo starań, nie udało nam się zobaczyć najbardziej tajemniczego kota w Kenii. Paul stwierdził, że będziemy tam przyjeżdżać do czasu, kiedy zobaczę tam Lamparta. Nie protestowałam.

Wśród kolorów Samburu – brązu, złota i szarości – nietrudno jest zauważyć kolor inny niż te, które dopełniają krajobrazu tego rezerwatu. Nagle w oddali zobaczyliśmy biegnącą z zawrotną szybkością czarną kulkę. Kulka ta szybko skróciła dzielący nas dystans i zobaczyłam jaskrawo niebieskie nogi i szyję Strusia Somalijskiego. Takiego widziałam również kilkukrotnie w Parku Narodowym Tsavo East. Samiec gonił innego przedstawiciela silnej płci, prawdopodobnie zabezpieczając sobie dostęp do samicy spacerującej nieopodal. Strusie potrafią biegać 70 km/h non-stop przez nawet 50 km. Gdy krew zaczyna buzować im w ciele, ich skóra przybiera intensywny kolor – w zależności od gatunku – różowy lub niebieski. Jak każdemu przedstawicielowi płci męskiej krew płynie szybko na widok samicy, tak więc gdy Pan Struś
ma chętkę na Panią Strusiową, w oczy kole nam jego niebieski kolor skóry, zaś taniec godowy jaki odprawia by zachęcić potencjalną partnerkę zostaje nam ludziom
na długo w pamięci 🙂

Samiec Strusia Somailjskiego – klasa sama w sobie 😛

Co jeszcze w buszu piszczy..?

Dłuższy czas jechaliśmy w ciszy, gdy nagle Paul krzyknął i gwałtownie zahamował! Przed maską przebiegł nam samiec Kudu Wielkiego. Niezwykle rzadko występującej
i trudnej do wytropienia antylopy. Kudu jak gwiazda kina na zaproszenie do sesji zdjęciowej, zwolnił i spacerkiem przeszedł dumnie tuż przed maską naszego busa dając nam czas i możliwość obfotografowania go z każdej strony. Miał naprawdę imponująco duże, „zakręcone” poroże. Widziałam jak Paul nie wiedział już, którą ręką i jakim sprzętem robić zdjęcia i filmy, bo to dla niego również było pierwsze w życiu spotkanie z Kudu Wielkim. Przezabawnie było oglądać zaskoczonego czymś kierowcę safari 😛 Mimo iż Paul już od wielu, wielu lat prawie każdy dzień w roku spędza na sawannie, nie udało mu się dotąd zobaczyć na wolności ani wytropić tej antylopy.
Kudu stał tak i pozował do czasu kiedy nie przyjechał inny samochód i wystraszył nam naszego – jak go później
nazwaliśmy – Króla z nad Ewaso Ngiro.

Król z nad Ewaso Ngiro

Na toaletę zatrzymaliśmy się w jednej z lodge. Podeszłam do tarasu nad rzeką i wtedy zatęskniłam za luksusem mieszkania w tak pięknym miejscu.
Niestety nie na naszą kieszeń. Coś mignęło mi przed oczami na dole i zobaczyłam skaczące po ziemi Toko (może kojarzycie Zazu? Kamerdynera filmowego Króla Lwa?). Gdy wzięłam telefon i włączyłam aparat chcąc zrobić mu zdjęcie na ekranie zobaczyłam na pierwszym planie nie Toko, a ogromny ogon…Krokodyla Nilowego.
Tuż pode mną! Leżał w cieniu wgrzebany w przybrzeżny piasek! Dosłownie pod tarasem!

Z krokodylicą na wychodnym 😛

Na deser, na sam koniec game drive dostaliśmy samca Lwa wylegującego się w cieniu krzaków. Wkrótce po nim dołączyły samice znad rzeki, które czule przywitały się
z samcem, następnie zostawiły go i drogą, lawirując między samochodami w promieniach zachodzącego słońca, razem z maluchami poszły w busz na wieczorny odpoczynek przed nocnym polowaniem.

Samiec dojrzał zbliżającą się grupę samic
Samica Naczelna
Grupa samic oddala się w kierunku zachodzącego słońca

Gdy Safari kończyło się zachodem słońca..

.. jechaliśmy wśród szarego, coraz bardziej zasnutego cieniem buszu, naszła mnie po raz kolejny taka refleksja, jak zapewne wielu spośród moich klientów,
nad fenomenem tego, że te zwierzęta z tak względną łatwością możemy wytropić w Kenii nie będąc nawet w parku narodowym czy rezerwacie, a w Polsce zobaczyć sarnę w lesie, czy borsuka z bliska i mieć czas na zrobienie mu zdjęcia graniczy z cudem. W Kenii i ogólnie w Afryce od przeszło stu lat ludzie jeżdżą na safari.
Wydaje mi się, że jesteśmy już niestety elementem krajobrazu dla tych zwierząt. Ponadto Kenia nie jest tak gęsto zurbanizowana jak Polska czy inne kraje Europy.
Mimo nagłej zmiany i poruszeniu gospodarką w Kenii, zwierzętom nie zostały zabrane lasy i tereny naturalnego występowania w takiej ilości co na naszym kontynencie. Ma na to wpływ oczywiście klimat, który w wielu miejscach nawet nie sprzyja rozwoju rolnictwa czy powstawaniu większych miast i osad. Mimo, iż Kenijczyków
jest ponad 10 mln więcej niż Polaków to jednak spotkać tu możemy naprawdę ogromne, jeszcze niemal dziewicze tereny gdzie króluje dzika przyroda, a ludzie żyją
z nią w symbiozie zdecydowanie bardziej niż w innych miejscach. To jest tak strasznie ważne by chronić te ostatnie „oazy” dzikiej przyrody, której tak niewiele na świecie nam już zostało. Za każdym razem gdy przekraczam próg jakiegoś parku, zaczynam game drive, widzę jak Matka Natura odsłania nam się i daje cieszyć oko i duszę swoim pięknem – mówię sobie, że mam najlepszą pracę na świecie. 😊

Po pierwszym dniu w Samburu zgodziłam się z Paulem i stwierdziłam, że safari w tym rezerwacie dało mi najprawdziwszy game drive, jaki kiedykolwiek odbyłam
w życiu. Poza opisanymi przeze mnie zwierzętami widzieliśmy całą masę innych jak Słonie, Guźce, Impale czy Mangusty. Mnóstwo ptactwa jak np. najpiękniejsze
Kraski Liliowopierśne, Sępy, Dławigady Afrykańskie, Czaple Złociste i Zimorodki.

Drugiego dnia przed świtem wjechaliśmy do rezerwatu by zobaczyć wschód słońca. Mieliśmy spokój, ciszę i tyle czasu na podziwianie czaru Samburu,
ile potrzebowaliśmy. Jest tam tak dziewiczo, tak dziko, idyllicznie i pięknie jak tylko odwiedzający może sobie wymarzyć, a Was drodzy czytelnicy proszę byście
nie szczędzili pieniędzy na tak piękne, kojące duszę doświadczenie jakim jest safari i obcowanie z prawie nie zmąconą żadną ręką ludzką – dziką przyrodą.

Wikłacze gniazda o poranku zawsze najgłośniejsze

Opowieści o Samburu jeszcze nie koniec! Kolejnym wpisem będzie artykuł z niezbędnymi informacjami, jakich możecie potrzebować do przemyślenia wariantu podróży w te miejsce 🙂 Kolejne posty już niekoniecznie w formie artykułu lecz zdjęć i komentarzy do nich – JUŻ WKRÓTCE!!

Hop przez płot, moi mili!

Wasza Sungura

Sungura z Samburu 🙂

Agnieszka

Leave a comment



Agnieszka

9 miesięcy ago

Pięknie opowiedziałaś o safari. Afryka nigdy nie była na mojej liście wymarzonych podróży, ale właśnie się tam znalazła. Teraz czas na zbieranie kasy i planowanie 🙂

aga

9 miesięcy ago

Jeden ale duży sukces!! 🙂

SUNGURA
Agnieszka Królikowska
ul.Zwycięstwa 1/5 05-120 Legionowo
NIP: 536 170 12 29

Copyrights Agnieszka Królikowska
All rights reserved © 2019