Chciałabym móc nazywać się pełnoprawną podróżniczką. 

 
Mimo iż odwiedziłam każdy europejski kraj kilka, a nawet kilkanaście razy oraz byłam w wielu krajach na innych kontynentach, to zaraz przed oczami stają mi zdjęcia i dokonania osób, które jeżdżą po świecie robiąc tak niesamowite rzeczy - które mi się nawet w głowie nie mieszczą - że wstyd byłoby mi się nawet próbować do nich porównywać. 

 

 

Mam jednak tę przewagę i komfort, że jestem pilotem wycieczek. W Wielu miejscach bywam kilka razy w roku lub spędzam tam tygodnie - jak nie miesiące - poznając te miejsca naprawdę dobrze. Największe szczęście mam do Kenii i kilku sąsiadujących krajów. Spędziłam tam naprawdę sporo czasu i dalej jeżdżę regularnie przez wzgląd na mojego lubego, którego poznałam tam w pracy na safari. Niewielu podróżników może pochwalić się rzeczami, które w Kenii ja mam na swoim koncie. Jedną z nich jest podróż Vanem do okoła Kenii 😊

 

⸙⸙⸙

 

W minione lato 2019 gdy przyleciałam w odwiedziny do Paula, od razu następnego dnia rano spakowaliśmy się i pojechaliśmy zobaczyć Wielką Migrację zwierząt w rezerwacie Masai Mara. Drogę z Nairobi do Masai Mary znam na pamięć gdyż zwykłam przejeżdżać tamtędy co najmniej dwa razy w tygodniu. Mimo to jechałam po lewej stronie mojego ulubionego kierowcy z twarzą przyklejoną do szyby owiana wspomnieniami. Przyglądałam się polom porośniętym niebieską szałwią, ciężarówkom mijanym po drodze ze stojącymi na dachach Masajami, przydrożnym straganom z warzywami, a potem szukającym pożywienia przy drodze włochatym pawianom. Uśmiechnęłam się w duchu na wspomnienie każdej grupy turystów, którą obwoziłam po Kenii, które widziały te małpy jako pierwsze dzikie zwierzęta na swoich safari - ich ekscytacji na twarzach i niezręcznych prób szybkiego wyciagnięcia aparatów, by zrobić pawianom zdjęcie w jeździe. Wspomnienie wręcz rozczulające 😉 Jechaliśmy dalej w coraz to dziksze i suche okolice. Przyglądałam się masajskim wioskom mijanym w oddali, kobietom piorącym ubrania w rzece i suszącym je na krzakach oraz dzieciom podbiegającym do drogi z wyciągniętymi po cukierki rękami i na widok mojej białej twarzy w oknie krzyczącymi „weeweee.. mzuunguu!!” 😛 Gdy minęliśmy Narok wjechaliśmy na suche na wiór równiny porośnięte resztkami spalonej trawy, z których wyrastały od czasu do czasu karłowate, iglaste i nieprzyjazne akacje -w oddali mogliśmy już dostrzec antylopy gnu wędrujące po okolicach i pomiędzy wioskami Masajów. To znak, że rezerwat już blisko. To znak, że migracja w pełni!

Wyprawa do tego rezerwatu między drugą połową czerwca, a drugą połową września jest esencją tego co nazywamy Safari!

 

 Wielka Migracja jest obecnie największym zjawiskiem migracji zwierząt na świecie i jest uznana za jeden z cudów natury Afryki. 

 

Odbywa się po stronie Kenijskiej w najbardziej widowiskowy sposób, bo zwierzęta tam właśnie kończą swą kilkumiesięczną wędrówkę na bardzo małym terenie 1500 km2– właśnie w ciągu tych trzech miesięcy. Tam zwierzęta napotykają granicę w postaci domostw ludzkich i odnajdują ostatnie miejsce na popas. Zanim jednak dotrą na miejsce muszą pokonać ostatnie, najcięższe przeszkody w postaci rzeki Grumeti w Serengeti, a później Mara, które zmuszone są przekroczyć, by znaleźć się na rajskich, zielonych pastwiskach Masai Mary. Musicie wiedzieć, że Masai Mara to nie mające granic sawanny porośnięte gęstymi trawami i poprzecinane meandrującymi pasmami rzek i otaczającymi je drzewami i buszem. Zwierzęta w ilości setek tysięcy, a nawet milionów  (jak to jest w przypadku antylop Gnu) przemierzają równiny wyjadając trawę - dosłownie kosząc ją do ostatniego ździebełka. Oczywiście tam gdzie są roślinożercy - są i drapieżniki oraz padlinożercy. Łatwiej jest upolować zwierzynę gdy jest jej więcej. Również łatwiej jest to robić w grupach w jakich trzymają się lwy, hieny czy sławna Szybka Piątka braci gepardów z Masai Mary. Najsłabsze osobniki uzupełniają dzienne menu drapieżników i padlinożerców. Te, które uchowały się przy życiu płodzą dzieci i wyjadają trawę, by mieć siły na kilkumiesięczną drogę powrotną na południe Serengeti i okolice Ngorongoro w Tanzanii. Tam znajdą nową i świeżą zieleninę, by w tych bezpiecznych warunkach żywieniowych na przełomie stycznia i lutego wydać swoje młode na świat. W przypadku Gnu jest to nawet 1000 urodzeń dziennie. Oczywiście wiele z nich ginie już pierwszego dnia w paszczach drapieżników lub przez wzgląd na to, że urodziły się zbyt słabe, by nadążyć za stadem. Pamiętam jak kiedyś ujrzałam małego koziołka gnu, który skakał za swoją mamą gdyż jego kość piszczelowa wisiała zaledwie na kawałku skóry. Kilka metrów dalej mogłam dojrzeć parę szakalów, więc los tego młodego był już przesądzony. Po kilku miesiącach te młode, które przeżyją wyruszają w drogę ze stadem na północ do Masai Mary. I tak zatacza się krąg Wielkiej Migracji – tak zatacza się Krąg Życia😉

Wielka MigracjabawolceWielka Migracja
Im world mareMara Triangle

 

Masai Mara dzieli się na dwie części:

 Mara Narok i Mara Triangle.

 Obie są obszarami wchodzącymi w skład rezerwatu Masai Mara, jednak obowiązują osobne bilety wstępu. 

Trawiaste, lekko pagórkowate lecz w większości równinne tereny Mara Narok rozpościerają się na wschód od rzeki Mara. Jest to najliczniej odwiedzana przez turystów część rezerwatu. W związku z tym w czasie najwyższego sezonu bywa nawet zatłoczona ilością jeżdżących nań samochodów. Niekończące się morza traw i wszędobylskie stada antylop mają swój urok, któremu ciężko się oprzeć i nie dać się mu pochłonąć oglądając to wszystko przez szybę czy otwarty dach samochodu. Porośnięte trawami pagórki mają swoje plusy w postaci szerokiej perspektywy i mozliwości dojrzenia nawet najdalej oddalonych zwierząt. Poprawiam - ciężko się oprzeć - ale jednak nie inaczej, jak tylko spod otwartego dachu Waszego samochodu 🙂 

Mara Triangle znajduje się za rzeką Mara w kierunku zachodnim i jej teren jest jak wyjęty z baśni. Nad Traingle góruje wysokie na kilkaset metrów urwisko będące granicą Wielkiego Rowu Afrykańskiego - całe praktycznie cały czas nieprawdopodobnie zielone. W dole zobaczymy mnóstwo niewielkich, powulkanicznych formacji i skał wyrastających jakby z morza zielonych traw nazywające się "kopies". To właśnie na nich tak bardzo lubią wygrzewać się lwy w ciągu dnia. Podobno są to jedne z najstarszych skał na ziemi. Dodatkowo na terenie Mara Traingle jest wewnętrzy prywatny teren chroniony Mara Conservancy – najcichszy, najbardziej zadbany jeżeli chodzi o organizacje i jakość dróg oraz najmniej zatłoczony – prawie wcale – obszar w Masai Marze. Jadąc przez Triangle ma się wrażenie jakby się uciekło z tłoczniejszego miejsca w te bardziej idylliczne.

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy na miejsce. Przed samą bramą rezerwatu, w wiosce Sekenani znaleźliśmy tani „nocleg”, który okazał się dla mnie wyzwaniem. 

W podróżach nie przywykłam do luksusów. Spanie kątem u obcych ludzi na couchsurfingu, w namiocie przy drodze na autostopie, czy w szałasie na obozie harcerskim to był dła mnie chleb powszedni. 

 Jednak paradoksalnie - właśnie praca w Kenii jako pilot i konieczność oceniania hoteli okiem turysty-klienta chyba bardzo mnie rozpieściła i rozpuściła 😉 Aż żałuję, że nie zrobiłam tam zdjęcia! Kwatera w zbudowanym z desek pawilonie. Wystarczająco duże pomieszczenie z łóżkiem bez moskitiery, plastikowy stoliczek –  z mebli to było wszystko 😛 Drzwi zamykane od środka na zasówkę, a od zewnątrz na kłódkę. Żarówka zwisająca z sufitu i... tyle.  Łazienka w formie dobudówki z blachy w standardzie rodem z kenijskich stacji benzynowych. Za to była rurka, z której kapała ciurkiem lodowata woda – więc zimny prysznic siadł perfekcyjnie w ten gorący dzień. Nie było gniazdka elektrycznego w środku, a uklepaną ziemię pokrywało plastikowe linoleum. Czego więcej oczekiwać po 20 USD w szczycie kenijskiego sezonu? W najpopularniejszym miejscu wśród turystów, w czasie kiedy cena zakwaterowania to minimum kilkaset USD za pokój/namiot na terenie rezerwatu 😉 

Całe zamieszanie przez to, że ustaliliśmy wcześniej z Pauelm, że omijamy szerokim łukiem noclegi w lodge podczas naszego objazdu po Kenii i odkładamy pieniądze na jakieś fajne wakacje w Europie na wiosnę. Nigdy potem nie rezerwowaliśmy pokojów z wyprzedzeniem, a jeździliśmy po loklanych miejscach noclegowych (najczęściej dla kerowców). Paul dogadywał cenę i dopiero po tym wchodził do pokoju z białą, drugą połówką. Niestety gdybym ja - mzungu - poszła ustalać cenę razem z nim to skończyłoby się to tak, że najpewniej płacilibyśmy za noclegi dwa razy więcej. 

Po szybkim lunchu w postaci kanapek z kenijskim awokado, polską Żywiecką i pomidorkami kupionymi na trasie wjechaliśmy do rezerwatu. Siedziałam wygodnie na swoim miejscu pilota, gdy Paul kazał mi się przesiąść do tyłu. W odpowiedzi na moje głośne protesty odparł „dzisiaj jesteś turystką, masz siedzieć z tyłu – zobaczysz - spodoba ci się!”. – Faktycznie. 

Zupełnie inaczej!

Moje protesty ucichły gdy stanęłam sama, samiuteńka pod otwartym dachem vana, uzbrojona w lustrzankę, GoPro i statyw, a dokoła mnie dosłownie szalały zebry. Przebiegały przez drogę przed autem i za nim. Obok przechodziły gnu, ale jeszcze nie było ich tak dużo w porównaniu do ilości zebr. Pasiastych były SETKI! Wszędzie!! Moje głośne protesty wzniosłam ponownie gdy Paul zaczął naciskać na pedał gazu, bo nie zdążyłam jeszcze zrobić zdjęcia każdej zebrze z osobna! Paul nie posłuchał i ruszył z kopyta, wjechaliśmy trochę wyżej i ujrzałam ich jeszcze więcej. Wpadłam w amok - w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Ruszyliśmy dalej. 

Masai Mara na początku nie robi większego wrażenia – do momentu aż nie wjedzie się troszeczkę wyżej, by z góry zobaczyć bezkres trawiastych wzgórz usianych bardzo nielicznymi cętkami pojedynczo rosnących drzew. Widok jest absolutnie magnetyzujący. 

Dosłownie po minucie jazdy wzdłuż drogi zobaczyłam kolejną grupę zebr, które ewidentnie miały zamiar przebiec przez drogę. Znowu wcisnęłam stopy w podłogę z nadzieją, że auto samo zahamuje. Paul chyba wyczuł, co robię z jego samochodem, bo stanął i pozwolił schwytać aparatem kolejne piękne sztuki. W czasie kiedy strzelałam zdjęciami Paul odpalił radio, w którym chyba coś usłyszał, bo olał mnie i moje polowanie na zebry i gwałtownie zawinął w prawo. Przytrzymałam się krawędzi dachu, o mało nie upadając na podłogę. Gdy usiadłam na fotelu usłyszałam w radiu jak kierowcy zażarcie wymieniają informację i tylko jendo słowo da się zrozumieć z tej platąniny suahili - „duma, duma, dumaaa..” - ktoś namierzył geparda.

 

W drodze do geparda miałam chwilę by ochłonąć i przeanalizować te kilka pierwszych minut jakie dotychczas nie przydarzyły mi się w Masai Marze. 

Dotąd przyjeżdżałam na Wielką Migrację podczas samych jej początków w czerwcu lub pod sam koniec września - na jej zakończenie. Zawsze było bardzo dużo zwierząt, ale tyle - ile ujrzałam dzisiaj - nie widziałam dotąd w Kenii.

Z wyjątkiem safari po Tanzanii zawsze siedziałam na dole - na fotelu, pod dachem po lewej stronie swoich kierowców, zajęta szczegółowym opowiadaniem o zwyczajach zwierząt, które mijaliśmy po drodze. Jestem dość ekspresyjną osobą więc i moja fascynacja dziką przyrodą szybko udzielała się klientom, mimo to nie przeżywałam „safari w pracy” tak intensywnie przez ostatnie lata jak przeżyłam je w ciągu ostatnich 10 minut podczas mojego prywatnego safari. Mimo, iż na game drive’ach byłam setki razy to w końcu poczułam, że te było dedykowane tylko mnie i było to niesamowicie przyjemne uczucie – i jak się nazajutrz okazało – była to dopiero rozgrzewka przed safari następnego dnia 😊

 

Gdy dojechaliśmy na miejsce gepard leżał w cieniu krzaków w pobliżu wypasającego się stada gnu. 

Paul przestrzegając etyki pracy na safari ustawił się na początku jeszcze za kolejką i zgasił silnik - czekając na kota. 

Przez chwilę poczułam się rozczarowana faktem zatrzymania się tak daleko od głównej atrakcji. Widziałam, że wokół kota kłębi się tysiąc samochodów, ale jako „turystka” na dzisiajeszym safari niecierpliwiłam się, ponieważ drapieżnik spał w krzakach blisko drogi, a chciałam i jego „upolować”. Po chwili jednak gepard wstał, przeciągnął się i ruszył wzdłuż samochodów w kierunku przeciwnym do jazdy, wykorzystując cień jaki rzucały i wał usypany wzdłuż drogi do tego, by się ukryć przed ewentualną kolacją. Ruszył w naszym kierunku. Zrugałam się w duchu przypominając sobie, że Paul ma fenomenalne wyczucie do zachowań zwierząt i wie lepiej ode mnie jak ustawić samochód na safari. Dzięki niemu miałam geparda tuż pod własnymi stopami 😉 Jednak niestety jak to wizytujący mają czesto w zwyczaju – korowód samochodów zaczął przesuwać się wzdłuż drogi i przeszkadzać gepardowi. Auta przepychały się między sobą, by być jak najbliżej manewrującego kota, robiąc hałas i harmider. W pewnym momencie gepard wystraszony i zbity z tropu przez jednego z kierowców zasyczał jakby chciał powiedzieć „Kretyni! Przez was dzisiaj nie zapoluję, bo prędzej mnie moja kolacja usłyszy niż zobaczy. Odwalcie się!” i zrezygnowany – a może i z premedytacją - położył się w piachu i tak skończyło się marzenie wielu o zobaczeniu polowania. Pomyślałam, że dobrze im tak. Przedobrzyli i stracili szansę na pokazanie i zobaczenie polowania, które nie jest codziennym zjawiskiem na safari. Paul kazał mi cierpliwie czekać - i dostałam to, co chciałam 😊 Piękny portret najszybszego sprintera wśród drapieżników.

Gepard

Wracając do bramy jechaliśmy wzdłuż drogi prowadzącej z lotniska Keekorok. 

Po prawej w dole rozpościerały się sawanny i niezwykle piękne, zielone wzgórza, porośnięte drzewami. 

Gdy tak kontemplowałam czyste piękno, tego co miałam przed oczami zobaczyłam w oddali dziwny ruch i dopiero po chwili zorientowałam się co widzę! Całkiem spore stadko żyraf zmierzało w naszym kierunku. W Świetle zachodzącego słońca prezentowały się nadzwyczaj pięknie i dostojnie! Paul odjechał kawałek, by zrobić im miejsce i gdy tylko znalazł się w odpowiedniej odległości te stanęły w równym szeregu przy drodze i po kolei zaczęły przez nią przechodzić – i właśnie w tym momencie słońce zaszło za wzgórzem. Coż za piękna defilada!

Godzina była już późna i słońce zaczęło chować się za horyzontem.

 Zewsząd zjeżdżały się samochody pędzące w kierunu bramy, by bezpiecznie i bez problemów wyjechać z rezerwatu i dowieźć klientów do lodge i obozów. 

Paul też gnał co sił, bo żyrafy nas trochę przytrzymały. Mimo to zdołałam wybłagać 15 sekund posotoju na zdjęcię zachodu słońca. Zwierzęta ciekawie odznaczały się na tle purpurowego nieba i pojawiało ich się coraz to więcej i więcej.. Nadchodziła noc - a wnocy na sawannie dzieje się najwięcej. Na szczęście nie wpuszcza się turystów nocą do rezerwatu i przynajmniej ta część dzikiego świata pozostać może nietknięta i dziewicza.

Widok zachodzącego słońca nad Masai Marą towarzyszy mi i moim klientom co tydzień illekroć zjeżdżamy już game drive'u do naszych obozów i lodge. Za każdym razem jest piękne widowisko i tak samo, za każdym razem zachwycam się nim z klientami tak samo mocno. Takie widoki powodują, że człowiek naprawdę potrafi uzależnić się od swojej pracy 🙂

Na bramie spotkaliśmy kilkoro znajomych, z którymi poszliśmy do miejscowego pubu  na kenijską wódkę Kenya Cane.

Wcześniej w masajskiej jadłodajni obok zamówiliśmy „mbuzi tumbukiza” czyli kozę gotowaną w warzywach. 😊

Każda z takich jadłodajni i każdy bar w wiosce Sekenani (generalnie w niewielkich, kenijskich osadach) wyglądają bardzo podobnie. Budynki są parterowe, z wąskim frontem lecz rozbudowane od tyłu. Zbudowane z kamienia i cementu są prosto wyposażone. Ławy sklecone z drewnianych desek podobnie jak stoliki pokryte wieloletnią ceratą i karaluchy wielkości kciuka biegające pod nogami. Na blaszanych albo kamiennych gołych ścianach wisi masa wiszących plakatów, by zasłonić tą surowość i trochę umilić wystrój.

Gdy główny temat rozmowy (czyt. safari) już mnie znużył zaczęłam wsłuchiwać się w głośno puszczaną, afrykańską muzykę. Wodziłam wzrokiem po plakatach z zabawnie wyglądającymi "top-gwizdami". Bardzo przypominały mi one plakaty "gwiazd" disco polo z lat '90 w Polsce, których teledyski oglądałam jako 6-latka w Disco Polo Live na Polsacie 😛 Nie wiem, czy to przez trunek, który popijałam sobie co chwila ze swojej szklanki - ale pomyslałam wtedy, że następnym razem przywiozę do tego pubu plakat Zenka albo Sławomira w prezencie dla właściciela. Potem ujrzałam scenę, w której inny Polak trafia do tego samego pubu na piwo, ogląda te same plakaty co ja w tej chwili i jego oczy powiększają się jak spodki na widok plakatu jednej z gwiazd polskiej polosceny ... To byłoby coś! Po czym stwierdziłam, że wybrałabym jednak plakat Dawida Podsiadło, ale nie psaowałby do reszty. Na ścianach wisiały też plakaty popularnych, amerykańskich gwiazd hip hopu i Rihanny - Rihanna w Kenii wisi w każdym barze. Gdy przeleciałam wzrokiem po wszystkich dekoracjach ściennych moje oczy przyzwyczajone już do słabego światła zaczęły wyłapywać inne bardziej intrygujące detale takie jak jarzące się w półmroku, błyszczące jak gwiazdy, białka oczu i pojawiające się co chwilę półksiężyce masajskich uśmiechów. W międzyczasie na stole pojawiła się "mira" - czuwalniczka jadalna - zioło, którego łodygę żują nałogowo prawie wszyscy w Kenii. Dodaje ono energii, niweluje sen (co jest zbawieniem, ale i zgubą zarazem dla kenijskich keirowców ciężarówek, autokarów dalekobieżnych i Matatu) i sprawia, że po nim człowiek czuje się podobno "lepiej".

W końcu po około dwóch godzinach wspominania i zażartych dyskusji o Safarii zaproszono nas do jadłodajni przez ścianę obok, a tam podano gotowany naprawdę spory kawał mięsa w warzywach, który pokrojono na naszych oczach, a zupę po ugotowaniu podano nam w kubkach. Na początku byłam niechętna temu, co zobaczyłam na talerzu – i tym bardziej przeciwna temu, by obce dłonie kroiły mi to mięso, które potem miałam wziąć do ust -  lecz widząc, że moi towarzysze nie mieli podobnych rozterek postanowiłam iść za ich przykładem.

Kenya Cane

 

 

Mimo iż mięso nie wyglądało zachęcająco to smakowało rewelacyjnie!!

Do dzisiaj wspominam kolację u Masajów jako jedną z najlepszych jakie dotąd jadłam w Kenii! Nie pamiętam czy i jak i kiedy wróciliśmy do „pokoju”, czy wzięłam prysznic pod rurką czy nie – i nie wiem też jakim cudem wstałam kolejnego dnia o 5.30 by się ogarnąć i jechać na game drive - ale to zrobiłam. I Paul też 😛

 

Byliśmy pierwsi na bramie i wjechaliśmy do rezerwatu zaczynając #safari_po_naszemu

Świeży świt rozkładał swe promienie na trawach i podświetlał sylwetki pasących się zwierząt. 

Powietrze było rześkie, a temperatura dość niska. Bez słońca na sawannie jest naprawdę chłodno o tej porze roku. Bluzy z kapturami i bufki na szyjach uratowały sytuację. Dookoła – dosłownie wszędzie - z cienia wyłaniały się zebry i gnu. Spotkaliśmy też sekretarza- jednego z najdziwniejszych i najpiękniejszych ptaków Afryki. Kroczył dumnie po trawie szukając pożywienia. Co chwila napotykaliśmy pięknie błyszczące antylopy sassebi i ich kuzynów bawolce, których sierść bardzo przypomina mi zamsz. Uważam, że są to jedne z piękniejszych antylop, lecz niestety nie wiadomo z jakiego powodu ich populacja bardzo maleje. Nie wiadomo czemu nie rodzą tyle młodych ile powinny, by przetrwać.

Co chwila, z morza traw wyłaniały się nagle do góry i przesuwały jak peryskopy statków podwodnych – guźcowe ogony – najzabawniejsze zwierzęta ze wszystkich, które zobaczycie na sawannie! Trawy również lubią ruszać się w inny sposób – lubią ruszać się „masowo” – wtedy po chwili widzi się liczną rodzinę mangust pręgowanych. Lubią żerować razem o poranku, wstając i prostując się co chwila wystawiając przednie łapy i małe nosy ku zbliżającemu się obiektowi.

Ostre słońce poranka podświetlało coraz to nowe kształty. Jaśniejąca sawanna ukazała nam się w pełnej krasie razem z milionem zwierząt na niej. W radio znowu pojawił się harmider pod hasłem „dumadumadumaaa…”. Czyżby nowy Gepard? Czt znowu ten sam?😊 Pojechaliśmy więc zobaczyć co w buszu syczy, bo gepardy nie ryczą, nie warczą -  a syczą. Dojechaliśmy i spotkaliśmy naszych starych, dobrych znajomych – Szybką Piątkę!

Wielka Migracja
DSC_0715

Szybką Piątką nazywani są bracia gepardów z Masai Mary– dokładnie pięć osobników! 

Taka grupa gepardów, jest zjawiskiem wręcz niespotykanym wśród kotów tego gatunku. 

Po pierwsze - naprawdę rzadko zdarza się by matka zdołała uchować przy życiu tak wiele ze swoich kociąt. Zazwyczaj większość miotu ginie z głodu lub w paszczy drapieżników takich jak lwy, hieny, lamparty, a nawet i samce tego samego gatunku. Młode samce po opuszczeniu przez matkę trzymają się jeszcze w grupkach po to, by wspierać się w polowaniu, ochraniać siebie nawzajem, lecz taka koalicja trwa zazwyczaj rok, po którym każdy z jej członków rozchodzi się w swoją stronę i zaczyna życie w pojedynkę. Zdarza się, że dwa – no może trzy – samce gepardów pozostają razem lub po drodze” łączą się w pary czy trójki lecz nigdy wcześniej nie zanotowano przypadku koalicji aż pięciu osobników! Na dodatek tej samej krwi! Samice gepardów często zostają przy matkach jakiś dłuższy czas dla obopólnej wygody i bezpieczeństwa. Szybką Piątkę widuję prawie co tydzień odwiedzając Masai Marę. To jest zazwyczaj jedna z najbardziej emocjonujących chwil dla moich klientów na równi z zobaczeniem lwa z bliska, lamparta czy nosorożca. Tym razem jednak na pokładzie byłam sama z Paulem – i tym razem oboje mogliśmy tam stać i je oglądać bez pośpiechu - ile tylko zechcieliśmy 😊  Gepardy najwyraźniej były już po śniadaniu, bo leżały leniwie w okolicach krzaków – trzy w cieniu, a pozostałe dwa w słońcu, by nagrzać - być może - wychłodzone ciała. Co chwila przewracały się na drugi bok ziewając soczyście i pokazując przy tym pełen zestaw ostrych zębów. Samochody zjeżdżały się z każdej ze stron, a my podobnie jak gepardy znużeni warkotem silników zdecydowaliśmy się zostawić je w spokoju i pojechać do pobliskiej lodge nad rzeką Telek na poranną kawę 😊

Pojechaliśmy w dół przez wyjedzone trawy zostawiając za sobą Szybką Piątkę.

Ledwo zdążyliśmy odjechać gdy naszą uwagę przykuł samotnie wedrujący samiec strusia masajskiego. Jego szyja i nogi były wściekle różowe, co oznaczać mogło tylko to, że ma na oku jakąś samicę.

 Strusie potrafią widzieć dobrze na minimum 3km. Najwyraźniej wypatrzył sobie damę swego serca, bo maszerował dostojnie i pewnym krokiem przed siebie co najmniej kwadrans, a my podążaliśmy za nim całkiem sami. Nasza cierpliwość popłaciła, gdyż chwilę później ujrzeliśmy spektakl niecodzienny i zdecydowanie wyjątkowy.

Godowy taniec strusi!

Podążając za samcem - którego czerwona skóra na nogach i szyi, świadcząca o chęci do prokreacji odnzaczała się na tle zielonych sawann - zobaczyliśmy w końcu jego wybrankę. Gdy dołączył do samicy o dziwo położył się na ziemi, a wtedy ona opuściła swe skrzydła w dół i zaczęła chodzić wokół przybysza wachlując się nimi od czasu do czasu. Oczami wyobraźni ujrzałam jak puszcza samcowi zalotnie "oczko" zza wachlarza swych piór przy akompaniamenice zmysłowej jezzowej muzyki 😉 Takie zaloty trwały chwilę gdy później samiec dał się uwieść i zaczął za nią podążać. W pewnym momencie postawił skrzydła do góry i trzepocąc swoimi czarnymi wachlarzami zaczął kręcić piruety wokół własnej osi i biegając wokół niej zataczał coraz to mniejsze kręgi. Samica jeszcze przez chwilę spacerowała i bacznie podglądała samca wachlując od niechcenia piórami, aż w końcu usiadła na ziemi i rozłożyła swoje skrzydła na boki. Samiec pokrył ją, również rozchylając swoje skrzydła w szerz trzepocząc nimi energicznie. Ale to nic! Zaczął również trząść swoją długą szyją i kręcić nią zataczając pełne kręgi nad swoim grzbietem i nad grzbietem samicy jak wskazówka zegara na tarczy (ta odmierzająca sekundy, bo były to szybkie kręgi 😉 ). Samica w tym czasie wyciagnęła szyję przed siebie otwerając dziób w (niemym?) krzyku. Widok był przekomiczny! Ale tylko dla oczu dorosłych! Całość trwała może minutę po czym samiec wstał, a jego kolory powoli zaczęły blednąć. Po angielsku wypisał się z imprezy i odszedł. Samica najwyraźniej poruszona całym zajściem leżała jeszcze chwilę na ziemi. Po chwili również podniosła się i jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło oddaliła się w sobie znanym tylko kierunku. Co tej miłości wyszło później? .. Pewnie Jajo 😉

Wielka Migracja

Pełni ekscytacji po przyłapaniu na gorącym uczynku dwoje najsławniejszych kochanków na sawannie ruszyliśmy dalej w kierunku rzeki Telek

Musieliśmy pokonać niewielkie bagno, a tuż za nim ukazał mi się - jak dla mnie - widok dnia!!

 Stado żyraf składające się z około 20 osobników w tym kilku maluchów spacerujące wokół naszego samochodu! Najpiękniejsze było to, że byliśmy dosłownie kilkaset metrów za plecami kilkudziesięciu samochodów czekających w kolejce, by obejrzeć 5 leżących w trawie gepardów. Zaśmiałam się w duchu na taki przekręt losu. Tyle osób marzy o safari pełnym niespodziewanych i spotkań ze zwierzętami w odosobnieniu, a my znaleźliśmy się dosłownie w środku stada żyraf. Były na wyciągnięcie ręki! Paul po długim kwadransie zaczął powoli ruszać samochodem, ale nie był w stanie, gdyż żyrafy zmieniały pozycje, albo zaczynały się obwąchiwać lub przepychać szyjami - a ja głośno protestowałam w odpowiedzi na jakikolwiek dźwięk gazu wydobywającego się z silnika. Samce, które przepychają się szyjami zazwyczaj rywalizują ze sobą o samicę lub terytorium. Tak na prawdę potrafią być wobec siebie bardzo brutalne. Obok zobaczyć możecie fragment filmu z mrożącą krew w żyłach walką żyraf. Te samce, które oglądaliśmy w danym momencie zaledwie muskały się nawzajem i nie było w tym wiele agresji. Jednak widziałam już wcześniej groźnie wyglądające walki żyraf i towarzyszący im łomot uderzających o siebie masywnych szyj i wbojających się w nie głęboko rogów przeciwników. Sytuacja tutaj na szczęście wyglądała na sielankową. Maluchy ocierały o siebie głowami i podchodziły do auta tak blisko, że aż śmiałam się w głos z zachwytu – szczególnie nad jednym nowonarodzonym! Poznałam to po tym, że miał niezwykle puchate i nieułożone futerko, resztki pępowiny zwisające mu spod brzucha, olbrzymie uszy i oczy w stosunku do reszty ciała 🙂  Widok wprost uroczy! 

Dojechaliśmy jednej z lodge położonej nad rzeką Talek. 

Zaparkowaliśmy samochód w buszu, na tyłach lodge i poprowadził przez wąski most zawieszony nad rzeką. Miejsce było nieprawdopodobnie piękne i spokojne! 

Nieopodal miejsca,w którym zaparkowaliśmy vana kelnerzy rozkładali właśnie stoliki na bush-breakfast dla klientów lodge. Takie śniadanie jest naprawdę świetnym pomysłem w czasie migracji gdy macie w programie poranny krótki game drive, z którego wracacie prosto na taki posiłek! O świcie "polujecie" na zwierzęta przez dwie i pół godziny, by potem zasiąść do stołu przy pysznej kenisjkiej kawie z widokiem na rozpościerającą się przed Wami sawannę i pasące się na niej antylopy.

Ruszyliśmy przez most i Paul od niechcenia rzucił, że jak pada deszcz to woda się przez niego przelewa nawet do połowy wysokości balustrady. Nie chciało mi się wierzyć, bo do dna rzeki było z 7 metrów lub więcej.. ale gdy doszliśmy do końca zobaczyłam obmyte skarpy, a już kawałek dalej na nich budynek recepcji na lekkim podwyższeniu. Mimo, iż tyle razy widziałam i uczestniczyłam w podobnych "katastrofach naturalnych" w Kenii i wiem dobrze, że deszczowej pogody w tym kraju nie wolno lekcewarzyć - to ciężko mi było sobie to wyobrazić. Uwierzyłam Paulowi na słowo, że jest to wtedy piekło a nie raj, który otaczał mnie teraz do okoła.

Nad rzeką nie uświadczyłam zwierząt, bo to nie ta rzeka w tym czasie jest popularna wśród migrujących stworzeń - ale ptaków było dość sporo. W lodge Paul załatwił naprawdę pyszną kawę. Usiedliśmy przed recepcją wsłuchując się w ciszę otaczającej nas dookoła przyrody. W tym momencie pożałowałam trochę, że nie mieszkam na terenie rezerwatu w czasie migracji. Za każdym razem gdy jestem z klientami nie mam czasu na relaks w otoczeniu lodge, w których się zatrzymujemy. Jestem wtedy w pracy - zawsze jest coś do załatwienia, zorganizowania, dopilnowania itd. Wyobraziłam sobie jak cudownie byłoby teraz zasiąść do stołu na sawannie i delektować się posiłkiem nie będąc pod żadną presją obowiązków zawodowych. Później pospacerować sobie po terenie lodge wsłuchując się w dźwięki dzikiej przyrody, a pod koniec dnia wskoczyć do basenu! No właśnie! Przecież ja nigdy nie pływałam w basenie w żadnej lodge podczas pilotowanych safrai! Dzisiaj ten czas dla siebie mam, ale namiotu w obozie czy basenu już nie 😛 Jednak nasz program zakłada, że jedziemy teraz nad rzekę Marę, a potem wyjeżdżamy drugą stroną rezerwatu przez Mara Triangle udając się na zachód przez Kisii, aż do Homa Bay nad Jeziorem Wiktorii. Dziś czeka nas naprawdę długa droga. Więc szybko uciełam galopujące wizje luksusu odpoczynku po safari w lodge przypominając sobie, że czekają mnie jeszcze dzisiaj miejsca całkowicie dla mnie nowe i nieodkryte! Wróciłam więc myślami na ziemię pochłaniając się całkowcie degustacji swojej kenijskiej kawy 🙂

 Słońce zaczęło grzać już wystarczająco mocno, by zachęcić nas do wyjścia z chłodnego budynku recepcji i ruszyć w dalszą drogę. 

Mieliśmy już obrany azymut na rzekę Marę kiedy znienacka radio rozkrzyczało się hasłem „chui”!

 Chui to nie to, co myślicie 😉 Chui to lampart w języku Suahili. A lampart to najcenniejszy kąsek na safari. Ciężko go zobaczyć. Zaczęliśmy go szukać w miejscu gdzie go podobno widziano. Po kilkunastu minutach zrezygnowaliśmy. Jednak wracając natknęliśmy się na trzy lwice leżące w trawie w cieniu niewielkiego krzaka. Słońce naprawdę już piekło, a one nie miały zbyt wiele cienia. Byliśmy sami. Stanęliśmy w bezpiecznej odległości, bym mogła cyknąć kilka portretów. Samice prawdopodobnie były świeżo po jedzeniu, gdyż ich sierść i pyski licznie obłaziły muchy. Lwy to dość rozleniwione zwierzęta. Przez większosć dnia śpią i wylegwują się w trawie. Samice najwyraźniej nie miały zamiaru ruszyć czymś więcej niż tylko swoim ogonem więc, żeby im w tym nie przeszkadzać po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę.

W radiu znowu rozdźwięczało się słowo "chui" - tym razem ktoś widział go w innym miejscu. 

 Pojechaliśmy czym prędzej w tamto miejsce po drodze widząc kilka hien cętkowanych i zobaczyliśmy w końcu gwiazdę każdego safari.

 Lampart to jak wisienka na torcie każdego game drive’u. Leżał sobie wygodnie na gałęzi naprawdę wysokiego drzewa w nosie mając samochody jeżdżące dookoła pnia kilka metrów niżej. Lamparty to samotniki. Moim zdaniem są to najpiękniejsze i najdostojniejsze ze wszystkich kotów na sawannie. Mają gęste, czasami wielobarwne cętki, dzięki którym perfekcyjnie kryją się w chaszczach. Najczęściej spotkać je można właśnie na drzewach i w gęstwinie buszu w okolicach rzek i jezior lub na skalistych, górzystych terenach. Na drzewach są widoczne wtedy, gdy leżą na gałęziach ze zwisającym w dół ogonem lub jedną z łap. Są wybitnymi wspinaczami – jak i pływakami. Lampart potrafi zejść po pniu 6-metorwego drzewa z głową w dół i zeskoczyć z góry na swoją ofiarę, którą następnie wciąga na to samo wysokie drzewo, przerzucając zdobycz na plecy – nawet gdy jest ona 2-3 cięższa niż on sam. Najbardziej w lampartach podobają mi się ich oczy o odcieniu niezwykle głębokiego złota. Jest to kot zdecydowanie warty intensywnych poszukiwań!

Na szukanie lampartów straciliśmy trochę cennego czasu więc Paul popędził mnie z robieniem zdjęć i ruszyliśmy w kierunku rzeki Mara. 

Po drodze mijaliśmy coraz to większe stada gnu – niewyobrażalnie większe! 

Wydawało mi się, że mogło to być minimum tysiąc - jak nie więcej - osobników w jednym miejscu. Chciałam się zatrzymywać na zdjęcia, ale Paul pospieszał mnie mówiąc, że nie zdążymy na finał widowiska dzisiejszego dnia. Odpuściłam więc mając na sercu kamień ciążącej mi wadze większej niż ja sama. Gdy dotarliśmy na miejsce pod granicę Kenijsko-Tanzańską po drugiej, tanańskiej stronie rzeki (czyli już po stronie Parku Narodowego Serengeti) - ujrzeliśmy setki - jak nie tysiące gnu przymierzających się do przekroczenia Mary. Poziom wody był niski w tym miejscu, jednak koryto było dość głębokie a jego ściany strome. Paul ustawiał się kilka razy, by mieć dobrą pozycję i nie zasłaniać innym widoku. Było to dość trudne bo zewsząd zjeżdżały się samochody po to, by zobaczyć to najważniejsze wydarzenie, po które przyjeżdża się do Masai Mary w czasie migracji...

 

Przekroczenie rzeki Mara.

Wielka Migracja

Ustawiliśmy się i czekaliśmy dobre czterdzieści minut na jakikolwiek ruch ze strony antylop.

 Kilkukrotnie przymierzały się do zejścia, ale było tam naprawdę stromo.

 W końcu dosłownie kilka antylop zbiegło w dół. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech na minutę. Ale nie wydarzyło się nic poza tym, że rozglądały się na boki i zaczęły pić wodę.. Czas biegł tak straszne wolno w oczekiwaniu na upragniony widok. Kierowcy się przestawiali, by zrobić gnu więcej miejsca, bo te najwyraźniej nie widziały przestrzeni po naszej stronie Mary, w którą mogłyby bezpiecznie wbiec z koryta rzeki i przejść dalej. Coś je spłoszyło i wbiegły na urwisko spowrotem. Odwrót gnu spotkał się z głośnym zawodem moich hiszpańskich sąsiadów w samochodach po obu stronach. Po chwili oczekiwania jednak kolejne antylopy niesmiało zbiegły na dno koryta rzeki rozglądając się i badając teren. Gdy ostatnie auto zmieniło pozycję robiąc korytarz dla zwierząt dosłownie jak na zawołanie po przeciwnej stronie rzeki tabun kurzu wzbił się w powietrze, a zwierzęta jak lawina błotna zaczęły wylewać się wąskim przesmykiem po urwisku koryta w dół do Mary, przez nią i w górę, by wybiec pomiędzy autami na sawanny po naszej, kenijskiej stronie. Nie byłam sobie w stanie wcześniej wykalkulować tego, że tych antylop będzie TAKA ilość! To na pewno były tysiące! Pojawiały się z nikąd. Spodziewałam się, że te które widziałam pasące się po tanzańskiej stronie przebiegną w dość krótkim czasie, ale morza gnu nie było końca. Czas, by skupić się na zdjęciach! Tak mnie to zaskoczyło, że cykałam na oślep, a w uszach dźwięczała mi muzyka Hansa Zimmera z Króla Lwa „Stampede”. Gdy stwierdziłam, że mam dość poprosiłam szybko Paula, by ten podjechał od tyłu, bym zobaczyć mogła te zwierzęta, które wybiegają z koryta po naszej stronie i dalej pędzą przed siebie – tam było ich jeszcze więcej. NIE-PRA-WDO-PO-DO-BNY widok! Ich niezgrabne ciała kłębiły się ciasno w gęstej chmurze pyłu. Wszystkie włochate grzbiety w jednej linii płynnie przesuwały się w tym samym kierunku, a nad nimi lekko wystawało tysiące par rogów, które falowały w jednym rytmie jak ręce ludzi pod wielką sceną na Woodstocku! Znowu nie wiedziałam już, co wziąć do ręki: lustrzankę czy aparat więc odłożyłam oba i po prostu napawałam się widokiem. Wydawało się to wręcz niemożliwe, ale fala gnu w końcu się skończyła. Przebiegło jeszcze kilku spóźnialskich i ruszyło za całym ogromnym stadem w kierunku serca Masai Mary, z którego dopiero co przyjechaliśmy. 

Oszołomiona tym, co właśnie zobaczyłam, nie pamiętam za bardzo gdzie i jak długo jechaliśmy później..

lecz chyba niedługo bo Paul zabrał mnie na granicę Kenii z Tanzanią. 

Stał tam kamień. Tak naprawdę taki słupek z literami K i T. Miał on symbolizować miejsce granicy między dwoma państwami. Przed nami robiło sobie tu zdjęcie kilkoro podróżnych z Chin. Idąc za ciosem - jak na porządnych turystów przystało - i my zrobiliśmy sobie tam selfie i ruszyliśmy dalej.

Kim jesteśmy

Naszym planem na pozostałą cześć dnia było przejechanie przez Mara Triangle i dalej w kierunku zachodnim nad jezioro Wiktorii. 

Żeby tego dokonać musieliśmy na bramie Purungat dostać przepustki na dwugodzinny przejazd do bramy wyjazdowej Oloololo. 

Przed samą bramą Purungat znajduje się żelazny most zbudowany przez brytyjską armię zawieszony nad rzeką Mara, która rozdziela Masai Mare na te dwie części. Gdy przejeżdżaliśmy przez most od razu moje oczy zatrzymały się na dziesiątkach napompowanych ciał utopionych w rzece podczas przekraczania antylop gnu. Truchła leżały porozwalane wszędzie do okoła  na kamieniach, na brzegu, zatrzymane na gałęziach drzew i zwalonych pniach w rwącej wodzie. Pomiędzy nimi w błocie można dostrzec było zagrzebane w nim krokodyle. Krokodyle nie tykają padliny. O tego są marabuty i sępy które stały przy każdym truchle i wyjadały to co z nich zostało. Smród był niesamowity. Szybko więc przejechaliśmy na druga stronę i na bramie zrobiliśmy sobie krótki postój. Paul dokonał formalności i z zamkniętym już dachem ruszyliśmy przez Mara Triangle.

Okolica jest niewiarygodnie śliczna, dzika i przede wszystkim nie jest zatłoczona. 

Zwierząt było mniej o tej porze dnia (wczesne popołudnie). Jednak krajobrazy nadrabiały brak zwierząt. 

Przypomniałam sobie jak przejeżdżałam tędy pierwszy raz pod wieczór wracając z Tanzanii. Miałam wtedy na pokładzie cudowną grupę, z którą miłe wspomnienia zaczęły mi się przewijać przed oczami. Mijaliśmy skały kopies i bagna, a w otaczających je trawach widzieliśmy gniazda różnych ptaków. Na kamieniach wygrzewały się żółwie, a na drogę wyskakiwały nam co rusz nowe antylopy, których obecność w Mara Narok ginęła w przytłaczającej liczbie gnu i zebr. Minęliśmy tylko jeden samochód i poza nim na sawannie byliśmy tylko my i zwierzęta. Słońce już dawno minęło zenit i zaczynało schodzić w kierunku wzniesień przed nami, które kładły swe cienie na zielone sawanny i urozmaicone tereny Triangle. Tak nie mówiąc do siebie zbyt wiele, tylko podziwiając piękno otaczającej nasz dzikiej – naprawdę dzikiej przyrody i odludnych terenów - jechaliśmy około dwie godziny do bramy Oloololo, za którą pożegnaliśmy Masai Marę i ruszyliśmy w najdłuższą drogę jaką nam przyszło zrobić w trakcie całej naszej wyprawy po Kenii.

 

To było Wspaniałe Safari.

Mara Triangle

 

 

Tak się kończy relacja z Wielkiej Migracji w Kenii.

 

Jeżeli podobał wam się ten reportaż, zapraszam do lektury innych artykułów na moim blogu:) Mile widziane będą również komentarze pod spodem.

Zachęcam również do subskrybowania mojej strony - spokojnie - nie wysyłam SPAMu 🙂 Możecie to zrobić TUTAJ. To zaledwie 1 minuta. 

W wolnej chwili zobaczcie zdjęcia na Instagramie oznaczone #safari_po_naszemu

 

Jeżeli szukacie pomocy przy organizacji Safari - a zwłaszcza zbliżającej się Wielkiej Migracji - zapraszam do kontaktu 😉

 

Pozdrawiam z kwarantanny i życzę wszystkim dużo zdrowia!!

 

 

Agnieszka

Wasza Sungura

 

Agnieszka

Safari Twiga

Podpowiednik część 1. Jak zorganizować sobie Safari?

W jakim miesiącu pojechać? jakie parki odwiedzić? Ile to może kosztować? Jaką lodge wybrać? Jak wygląda dzień na Safari? Wszystkie rzeczy, o których nawet nie pomyślelibyście, a które mają znaczenie przy organizacji Safari - znajdziecie tutaj.

Tembo -Tsavo West

Podpowiednik część 2. Jak spakować się na Safari?

Nigdy nie byliście na Safari i nie macie pojęcia czego oczekiwać po pogodzie, jakie ubrania zapakować, jakie przydatne rzeczy zabrać do plecaka lub czy trzeba się zaszczepić? Na wszystkie nurtujące Was pytania znajdziecie odpowiedź tutaj.

Podpowiednik część 3. Safari FAQ!

Czy na Safari są pająki? Czy w Kenii można myć zęby wodą z kranu? Czy na safari zobaczę dużo zwierząt? Czy lodge na safari są ogrodzone? Czy jest ciepła woda i prąd w pokojach? Czy na safari będzie można wymienić pieniądze? Czy zobaczę Wielką Piątkę? Na te i na wiele innych pytań odpowiedź znajdziecie w tym artykule! 🙂