Wielka Migracja

Opowieść podróżnicza o Kenii w Radio Dla Ciebie!

Czas na opowieści!

Wywiad
w Radio Dla Ciebie!

Na zaproszenie podróżniczki Agnieszki Wasztyl, która zaprosiła mnie do siebie do Radia Dla Ciebie, by porozmawiać o Niezwykłych Podróżach, które odbyłam - oczywiście większość wywiadu dotyczy Kenii - Ale nie tylko :) Będzie też o Wietnamie, o Kubie i USA :) Zapraszam do wysłuchania 45 minutowego wywiadu. W sam raz do porannej kawy, przejazdów samochodem czy przy robieniu porządków :)

admin-ajax (5)
Wielka Migracja

Wielka Migracja w Masai Marze. W kręgu życia

Chciałabym móc nazywać się pełnoprawną podróżniczką. 
 

Mimo iż odwiedziłam praktycznie każdy europejski kraj kilka - a nawet kilkanaście razy - oraz byłam w wielu krajach na innych kontynentach, to zaraz przed oczami stają mi zdjęcia i dokonania osób, które jeżdżą po świecie robiąc tak niesamowite rzeczy - które mi się nawet w głowie nie mieszczą - że ciężko byłoby mi się nawet próbować do nich porównywać. 

 
Mam jednak tę przewagę i komfort, że jestem pilotem wycieczek. W Wielu miejscach bywam kilka razy w roku lub spędzam tam tygodnie - jak nie miesiące - poznając te miejsca naprawdę dobrze. Największe szczęście mam do Kenii. Spędziłam tu naprawdę sporo czasu i dalej jeżdżę regularnie przez wzgląd na mojego lubego, którego poznałam w pracy na safari. Niewielu podróżników może pochwalić się rzeczami, które w tym kraju ja mam na swoim koncie. Jedną z nich jest podróż vanem do okoła Kenii 😊

Latem szczęśliwego roku przed covidem - 2019 - gdy przyleciałam w odwiedziny do Paula, od razu następnego dnia rano spakowaliśmy się i pojechaliśmy zobaczyć Wielką Migrację Zwierząt w Rezerwacie Narodowym Masai Mara. Drogę z Nairobi do Masai Mary znam na pamięć gdyż zwykłam przejeżdżać tamtędy co najmniej dwa razy w tygodniu przez ostatnich kilka lat. Mimo to jechałam po lewej stronie mojego ulubionego kierowcy z twarzą przyklejoną do szyby owiana wspomnieniami.

Przyglądałam się polom porośniętym niebieską szałwią, ciężarówkom mijanym po drodze ze stojącymi na "pace" i dachach Masajami, przydrożnym straganom z warzywami - a potem szukającym pożywienia przy drodze włochatym pawianom. Uśmiechnęłam się w duchu na wspomnienie każdej grupy turystów, którą obwoziłam po Kenii, które widziały te małpy jako pierwsze dzikie zwierzęta na swoich safari - ich ekscytacji na twarzach i niezręcznych prób szybkiego wyciagnięcia aparatów, by zrobić pawianom zdjęcie w jeździe. Wspomnienie wręcz rozczulające 😉

wielka migracja sząłwiawielka migracja

 

Jechaliśmy dalej w coraz to dziksze i suche okolice. Przyglądałam się masajskim wioskom mijanym w oddali, kobietom piorącym ubrania w rzece i suszącym je na krzakach oraz dzieciom podbiegającym do drogi z wyciągniętymi po cukierki rękami i na widok mojej białej twarzy w oknie krzyczącymi „weweee.. mzuunguu!!” 😛

Gdy minęliśmy Narok wjechaliśmy na suche na wiór równiny porośnięte resztkami spalonej trawy, z których wyrastały od czasu do czasu karłowate, iglaste i nieprzyjazne akacje i robinie. W oddali mogliśmy już dostrzec pierwsze, zagubione antylopy gnu wędrujące po okolicach i pomiędzy wioskami Masajów. To znak, że rezerwat już blisko. To znak, że migracja w pełni! :D

Wielka Migracja Gnu

Wielka Migracja w Masai Marze jest obecnie największym zjawiskiem migracji zwierząt czteronożnych na świecie i jest uznana za jeden z cudów natury Afryki.

 

Odbywa się po stronie Kenijskiej w najbardziej widowiskowy sposób ponieważ zwierzęta (w zdecydowanej większości są to antylopy gnu) właśnie tam kończą swoją kilkumiesięczną wędrówkę z południa Serengeti w Tanzanii. Mniej więcej na początku lipca zwierzęta dosłownie "rozlewają się" na terenie rezerwatu, na powierzchni około 1500 km2 – właśnie w ciągu tych trzech miesięcy. Tam napotykają one granicę terenów, po których mogą się swobodnie poruszać w postaci domostw ludzkich - i odnajdują ostatnie miejsce na wypas.

DSC_0408

 

Zanim jednak dotrą na miejsce muszą pokonać ostatnie, najcięższe przeszkody w postaci rzeki Grumeti w Serengeti na terenie Tanzanii oraz na koniec rzeki Mara w Kenii. Antylopy i zebry zmuszone są ją przekroczyć, by znaleźć się na rajskich, zielonych pastwiskach Masai Mary.

Musicie wiedzieć, że Masai Mara to niemające granic sawanny porośnięte gęstymi trawami i poprzecinane meandrującymi pasmami okresowych rzek i otaczającymi je drzewami i buszem. Zwierzęta w ogromnych ilościach idących w tysiące - a w tym okresie dosłownie w miliony - przemierzają równiny wyjadając trawę - dosłownie kosząc ją do ostatniego ździebełka.

wielka migracja

Oczywiście tam gdzie są zwierzęta roślinożerne - są i drapieżniki oraz padlinożercy. Łatwiej jest upolować zwierzynę gdy jest jej więcej. Również łatwiej jest to robić w grupach w jakich trzymają się lwy, hieny czy sławna Szybka Piątka braci gepardów "Tano Bora" z Masai Mary. (up date - Tano Bora istniała do 2022r. Niestety gepardy w końcu pozabijały się nawzajem).

Najsłabsze osobniki uzupełniają dzienne menu drapieżników i padlinożerców. Te, które uchowały się przy życiu płodzą dzieci i wyjadają trawę, by mieć siły na kilkumiesięczną drogę powrotną na południe Serengeti i okolice Ngorongoro w Tanzanii. Tam znajdą nową i świeżą zieleninę, by w tych bezpiecznych warunkach żywieniowych na przełomie stycznia i lutego wydać swoje młode na świat. W przypadku Gnu jest to nawet 1000 urodzeń dziennie. Oczywiście wiele z nich ginie już pierwszego dnia w paszczach drapieżników lub przez wzgląd na to, że urodziły się zbyt słabe, by nadążyć za stadem.

Pamiętam jak kiedyś ujrzałam małego koziołka gnu, który skakał za swoją mamą gdyż jego kość piszczelowa wisiała zaledwie na kawałku skóry. Kilka metrów dalej mogłam dojrzeć parę szakalów, więc los tego młodego był już przesądzony :( Po kilku miesiącach te młode, które przeżyją wyruszają w drogę ze stadami na północ do Masai Mary. I tak zatacza się krąg Wielkiej Migracji – tak zatacza się Krąg Życia😉

Na terenie oraz wokół rezerwatu Masai Mara znajdują się osobno zarządzane przez lokalne społeczności Masajów obszary chronione, do części których obowiązują osobne bilety wstępu.

Trawiaste, lekko pagórkowate tereny Wielkich Sawann (Great Grassland) Masai Mary rozpościerają się na wschód od rzeki Mara. Jest to najliczniej odwiedzana przez turystów część rezerwatu. W związku z tym w czasie najwyższego sezonu bywa nawet zatłoczona ilością jeżdżących nań samochodów. Niekończące się morza traw i wszędobylskie stada antylop mają swój urok, któremu ciężko się oprzeć i nie dać się mu pochłonąć oglądając to wszystko przez okno czy otwarty dach samochodu. Porośnięte trawami pagórki pozwalają na obserwację terenu i możliwości dojrzenia nawet najdalej oddalonych zwierząt.🙂 

 

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy na miejsce.

 

Przed samą bramą rezerwatu, w wiosce Sekenani znaleźliśmy "tani" nocleg, który okazał się dla mnie niemałym wyzwaniem. W podróżach nie przywykłam do luksusów. Spanie kątem u obcych ludzi na couchsurfingu, w namiocie przy drodze na autostopie, czy w szałasie na obozie harcerskim to był dła mnie chleb powszedni. Jednak paradoksalnie - właśnie praca w Kenii jako pilot i konieczność oceniania hoteli okiem turysty-klienta - chyba bardzo mnie rozpieściła i rozpuściła 😉

Aż żałuję, że nie zrobiłam tam zdjęcia! Kwatera w zbudowanym z desek pawilonie. Wystarczająco duże pomieszczenie z łóżkiem bez moskitiery, plastikowy stoliczek – to było wszystko jeżeli chodzi o umeblowanie 😛 Drzwi zamykane od środka na zasówkę, a od zewnątrz na kłódkę. Żarówka zwisająca z sufitu i... to tyle.

Łazienka w formie dobudówki z blachy w standardzie rodem z kenijskich stacji benzynowych. Za to była rurka, z której kapała ciurkiem lodowata woda – więc zimny prysznic trwający godzinę siadł perfekcyjnie w ten gorący dzień 😛 Nie było gniazdka elektrycznego w środku, a uklepaną ziemię pokrywało plastikowe linoleum. Czego więcej oczekiwać za 20 USD (ok. 70 zł) w szczycie kenijskiego sezonu? W najpopularniejszym miejscu wśród turystów, w czasie kiedy cena zakwaterowania to minimum 200 USD za pokój/namiot w lodżach nawet 3* w "europejskim" standardzie😉

Całe zamieszanie przez to, że ustaliliśmy wcześniej z Pauelm, że omijamy szerokim łukiem noclegi w lodżach podczas naszego objazdu po Kenii i odkładamy pieniądze na jakieś fajne wakacje w Europie na wiosnę. Mamy ten luksus, że w trakcie pracy na safari i tak śpimy w tych pieknych miejscach. To nie była wyprawa naszego życia, więc aż tak bardzo nam nie zależało :)

Nigdy potem nie rezerwowaliśmy pokojów z wyprzedzeniem, a jeździliśmy po loklanych miejscach noclegowych (najczęściej dla kerowców). Paul dogadywał cenę i dopiero po tym wchodził do pokoju ze swoją drugą, białą połówką serca. Niestety gdybym ja - mzungu - poszła ustalać cenę razem z nim to skończyłoby się to tak, że najpewniej płacilibyśmy za noclegi dwa razy więcej.

Po szybkim lunchu w postaci kanapek z kenijskim awokado, polską kiełbasą Żywiecką i pomidorkami kupionymi na trasie wjechaliśmy do rezerwatu. Siedziałam wygodnie na swoim miejscu pilota, gdy Paul kazał mi się przesiąść do tyłu. W odpowiedzi na moje głośne protesty odparł „dzisiaj jesteś turystką, masz siedzieć z tyłu – zobaczysz - spodoba ci się!”. – Faktycznie, miał rację. :)

 

Safari pod otwartym dachem samochodu to zupełnie co innego!!

 

Moje protesty ucichły gdy stanęłam sama, samiuteńka pod otwartym dachem auta, uzbrojona w lustrzankę, GoPro i statyw, a dokoła mnie dosłownie szalały zebry. Przebiegały przez drogę przed autem i za nim. Obok przechodziły gnu, ale jeszcze nie było ich tak dużo w porównaniu do ilości zebr. Pasiastych były SETKI! Wszędzie!!

Moje głośne protesty wzniosłam ponownie gdy Paul zaczął naciskać na pedał gazu, bo nie zdążyłam jeszcze zrobić zdjęcia każdej zebrze z osobna! Paul nie posłuchał i ruszył z kopyta, wjechaliśmy trochę wyżej i...i... ujrzałam ich jeszcze więcej! Wpadłam w amok - w pozytywnym tego słowa znaczeniu ;)

Ruszyliśmy dalej.

Wielka Migracja

 

Masai Mara na początku nie robi większego wrażenia – do momentu aż nie wjedzie się troszeczkę wyżej, by z góry zobaczyć bezkres trawiastych wzgórz usianych bardzo nielicznymi cętkami pojedynczo rosnących drzew.
Widok jest absolutnie magnetyzujący. 

 

Dosłownie po minucie jazdy wzdłuż drogi zobaczyłam kolejną grupę zebr, które ewidentnie miały zamiar przebiec przez drogę. Znowu wcisnęłam stopy w podłogę z nadzieją, że auto samo zahamuje. Paul chyba wyczuł, co robię z jego samochodem, bo stanął i pozwolił schwytać aparatem kolejne piękne sztuki.

W czasie kiedy strzelałam zdjęciami Paul odpalił radio, w którym chyba coś usłyszał, bo olał mnie oraz moje polowanie na zebry i gwałtownie zawinął w prawo. Przytrzymałam się krawędzi dachu, o mało nie upadając na podłogę. Gdy usiadłam na fotelu usłyszałam w radiu jak kierowcy zażarcie wymieniają informację i tylko jendo słowo da się zrozumieć z tej platąniny swahili - „duma.. dumaa.. dumaaa..” - ktoś namierzył geparda.

W drodze do geparda miałam chwilę, by ochłonąć i przeanalizować te kilka pierwszych minut jakie dotychczas nie przydarzyły mi się w Masai Marze. Dotąd przyjeżdżałam na Wielką Migrację podczas samych jej początków w czerwcu lub pod sam koniec września - na jej zakończenie. Zawsze było bardzo dużo zwierząt, ale tyle - ile ujrzałam dzisiaj - nie widziałam dotąd w Kenii nigdzie.

Zazwyczaj siedziałam na dole - na fotelu, pod dachem samochodu - po lewej stronie każdego ze swoich kierowców, zajęta szczegółowym opowiadaniem o zwyczajach zwierząt, które mijaliśmy po drodze. Jestem dość ekspresyjną osobą więc i moja fascynacja dziką przyrodą szybko udzielała się klientom, mimo to nie przeżywałam „safari w pracy” tak intensywnie przez ostatnie lata jak przeżyłam je w ciągu ostatnich 10 minut podczas mojego - prywatnego safari.

Mimo, iż na game drive’ach byłam setki razy to w końcu poczułam, że te było dedykowane tylko mnie i było to niesamowicie przyjemne uczucie – i jak się nazajutrz okazało – była to dopiero rozgrzewka przed safari następnego dnia 😊

 

Gdy dojechaliśmy na miejsce gepard leżał w cieniu krzaków w pobliżu wypasającego się stada gnu.

 

Paul przestrzegając etyki pracy na safari ustawił się na początku jeszcze za kolejką i zgasił silnik - czekając na kota. Przez chwilę poczułam się rozczarowana faktem zatrzymania się tak daleko od głównej atrakcji. Widziałam, że wokół kota kłębi się tysiąc samochodów, ale jako „turystka” na dzisiajeszym safari niecierpliwiłam się, ponieważ drapieżnik spał w krzakach blisko drogi, a chciałam i jego „upolować”. Po chwili jednak gepard wstał, przeciągnął się i ruszył wzdłuż samochodów w kierunku przeciwnym do jazdy, wykorzystując cień jaki one rzucały i wał usypany wzdłuż drogi - do tego, by się ukryć przed ewentualną kolacją. Ruszył w naszym kierunku.

Zrugałam w duchu siebie samą przypominając sobie, że Paul ma fenomenalne wyczucie do zachowań zwierząt i wie lepiej ode mnie jak ustawić samochód na safari. Dzięki niemu miałam geparda tuż pod własnymi stopami 😉 Jednak niestety jak to wizytujący mają często w zwyczaju – korowód samochodów zaczął przesuwać się wzdłuż drogi i przeszkadzać gepardowi. Auta przepychały się między sobą, by być jak najbliżej manewrującego kota, robiąc hałas i harmider.

W pewnym momencie gepard wystraszony i zbity z tropu przez jednego z kierowców zasyczał jakby chciał powiedzieć „Kretyni! Przez was dzisiaj nie zapoluję, bo prędzej mnie moja kolacja usłyszy niż zobaczy. Odwalcie się!” i zrezygnowany – a może i z premedytacją - położył się w piachu i tak skończyło się marzenie wielu o zobaczeniu polowania. Pomyślałam, że dobrze im tak. Przedobrzyli i stracili szansę na zobaczenie polowania, które nie jest codziennym zjawiskiem na safari. Paul kazał mi cierpliwie czekać - i dostałam to, co chciałam 😊 Piękny portret najszybszego sprintera wśród drapieżników!

wielka migracjawielka migracja

W pewnym momencie gepard wystraszony i zbity z tropu przez jednego z kierowców zasyczał jakby chciał powiedzieć „Kretyni! Przez was dzisiaj nie zapoluję, bo prędzej mnie moja kolacja usłyszy niż zobaczy. Odwalcie się!” i zrezygnowany – a może i z premedytacją - położył się w piachu i tak skończyło się marzenie wielu o zobaczeniu polowania. Pomyślałam, że dobrze im tak. Przedobrzyli i stracili szansę na zobaczenie polowania, które nie jest codziennym zjawiskiem na safari. Paul kazał mi cierpliwie czekać - i dostałam to, co chciałam 😊 Piękny portret najszybszego sprintera wśród drapieżników!

 

Wracając do bramy jechaliśmy wzdłuż drogi prowadzącej z lotniska Keekorok. Po prawej w dole w części Mara Sopa rozpościerały się sawanny i niezwykle piękne, zielone wzgórza, porośnięte drzewami.

Gdy tak kontemplowałam czyste piękno, tego co miałam przed oczami zobaczyłam w oddali dziwny ruch i dopiero po chwili zorientowałam się co widzę! Całkiem spore stadko żyraf zmierzało w naszym kierunku. W Świetle zachodzącego słońca prezentowały się nadzwyczaj pięknie i dostojnie! Paul odjechał kawałek, by zrobić im miejsce i gdy tylko znalazł się w odpowiedniej odległości te stanęły w równym szeregu przy drodze i po kolei zaczęły przez nią przechodzić – i właśnie w tym momencie słońce zaszło za wzgórzem. Coż za piękna defilada!

 

Godzina była już późna i dzień dobiegał końca. Zewsząd zjeżdżały się samochody pędzące w kierunu bramy, by bez problemów wyjechać z rezerwatu i dowieźć klientów do lodży i obozów. Paul też gnał co sił, bo żyrafy nas trochę przytrzymały. Mimo to zdołałam wybłagać 15 sekund posotoju na zdjęcię zachodu słońca. Zwierzęta ciekawie odznaczały się na tle purpurowego nieba i pojawiało ich się coraz to więcej i więcej.. Nadchodziła noc - a wnocy na sawannie dzieje się najwięcej. Na szczęście nie wpuszcza się turystów nocą do rezerwatu i przynajmniej ta część dzikiego świata pozostać może nietknięta i dziewicza.

 

Widok zachodzącego słońca nad Masai Marą towarzyszy mi i moim klientom co tydzień illekroć zjeżdżamy już game drive'u do naszych obozów i lodży. Za każdym razem jest to piękne widowisko i tak samo, za każdym razem zachwycam się nim z klientami tak samo mocno. Takie widoki powodują, że człowiek naprawdę potrafi uzależnić się od swojej pracy 🙂

Na bramie spotkaliśmy kilkoro znajomych, z którymi poszliśmy do miejscowego pubu na kenijską wódkę Kenya Cane. Wcześniej w masajskiej jadłodajni obok zamówiliśmy „mbuzi tumbukiza” czyli kozę gotowaną w warzywach. 😊

na koniec dnia

Na bramie spotkaliśmy kilkoro znajomych, z którymi poszliśmy do miejscowego pubu na kenijską wódkę Kenya Cane. Wcześniej w masajskiej jadłodajni obok zamówiliśmy „mbuzi tumbukiza” czyli kozę gotowaną w warzywach. 😊

Każda z takich jadłodajni i każdy bar w wiosce Sekenani (generalnie w niewielkich, kenijskich osadach) wyglądają bardzo podobnie. Budynki są parterowe, z wąskim frontem lecz rozbudowane od tyłu. Zbudowane z kamienia i cementu lub blachy i drewna są prosto wyposażone. Ławy sklecone z drewnianych desek, podobnie jak stoliki pokryte wieloletnią ceratą i karaluchy wielkości kciuka biegające pod nogami. Na blaszanych albo kamiennych gołych ścianach wisi masa wiszących plakatów, by zasłonić tą surowość i trochę "umilić" wystrój.

Gdy główny temat rozmowy (czyt. safari) już mnie znużył zaczęłam wsłuchiwać się w głośno puszczaną, afrykańską muzykę. Wodziłam wzrokiem po plakatach z zabawnie wyglądającymi "top-gwizdami". Bardzo przypominały mi one plakaty "gwiazd" disco polo z lat '90 w Polsce, których teledyski oglądałam jako 6-latka w Disco Polo Live na Polsacie 😛 Nie wiem, czy to przez trunek, który popijałam sobie co chwila ze swojej szklanki - ale pomyslałam wtedy, że następnym razem przywiozę do tego pubu plakat Zenka albo Sławomira w prezencie dla właściciela.

wielka migracja

Potem oczami wyobraźni ujrzałam scenę, w której inny Polak trafia do tego samego pubu na piwo, ogląda te same plakaty co ja w tej chwili i jego oczy powiększają się jak spodki na widok plakatu jednej z gwiazd polskiej polosceny ... To byłoby coś! Po czym stwierdziłam, że wybrałabym jednak plakat Dawida Podsiadło lecz niestety, nie pasowałby do reszty. Na ścianach wisiały też plakaty popularnych, amerykańskich gwiazd hip hopu jak Tupaca, 50 cent'a i Rihanny - Rihanna w Kenii wisi w każdym barze.

Gdy przeleciałam wzrokiem po wszystkich dekoracjach ściennych moje oczy przyzwyczajone już do słabego światła zaczęły wyłapywać inne, bardziej intrygujące detale takie jak jarzące się w półmroku, błyszczące jak gwiazdy, białka oczu i pojawiające się co chwilę półksiężyce masajskich uśmiechów. W międzyczasie na stole pojawiła się "mira" - czuwalniczka jadalna - ziele, którego łodygę żują nałogowo prawie wszyscy w Kenii. Dodaje ona energii, niweluje senność (co jest zbawieniem, ale i zgubą zarazem dla kenijskich keirowców ciężarówek, autokarów dalekobieżnych i matatu) i sprawia, że po nim człowiek czuje się podobno "fajniej" ;) - Na mnie nie działa. 

W końcu po około dwóch godzinach wspominania, zażartych dyskusji o safarii i polityce zaproszono nas do jadłodajni obok za ścianą -  a tam podano gotowany, naprawdę spory kawał mięsa w warzywach, który pokrojono na naszych oczach, a zupę po ugotowaniu podano nam w kubkach. Na początku byłam niechętna temu, co zobaczyłam na talerzu – i tym bardziej przeciwna temu, by obce dłonie kroiły mi to mięso, które potem miałam wziąć do ust - lecz widząc, że moi towarzysze nie mieli podobnych rozterek postanowiłam iść za ich przykładem.
Boże. Jakie to było smaczne!!!

Oferta Safari w Kenii

Pojedź z nami w niebagatelną i kameralną podróż po przepięknej Kenii! Doświadcz w 100% piękna dzikiej przyrody, zachwycających krajobrazów, wielu barwnych kultur, pysznego jedzenia i zapachów!

Czas na serce Masai Mary!!

 

Byliśmy pierwsi na bramie i wjechaliśmy do rezerwatu zaczynając safari po naszemu. Wielka Migracja w Masai Marze działa się na naszych oczach!

 

Nie wiem jakim cudem - ale wstaliśmy o 5.30 rano, by o 6.00 stawić się na bramie rezerwatu czekając na jej otwarcie. Świeży świt rozkładał swe promienie na trawach i podświetlał sylwetki pasących się tam zwierząt. Powietrze było rześkie, a temperatura dość niska. Bez słońca na sawannie jest naprawdę chłodno o tej porze roku. Bluzy z kapturami i bufki na szyjach uratowały sytuację.

Dookoła – dosłownie wszędzie - z cienia wyłaniały się zebry i gnu. Spotkaliśmy sekretarza - jednego z najdziwniejszych i najpiękniejszych ptaków Afryki. Kroczył dumnie po trawie szukając pożywienia. Co chwila napotykaliśmy pięknie błyszczące antylopy sassebi i ich kuzynów bawolce, których sierść bardzo przypomina mi zamsz. Uważam, że są to jedne z piękniejszych antylop, lecz niestety nie wiadomo z jakiego powodu ich populacja bardzo maleje. Nie wiadomo czemu nie rodzą tyle młodych ile powinny, by przetrwać.

 

Co chwila, z morza traw wyłaniały się nagle do góry i przesuwały jak peryskopy statków podwodnych – guźcowe ogony – najzabawniejsze zwierzęta ze wszystkich, które zobaczycie na sawannie! Trawy również lubią ruszać się w inny sposób – lubią ruszać się „masowo” – wtedy po chwili widzi się liczną rodzinę mangust pręgowanych. Lubią żerować razem o poranku, wstając i prostując się co chwila wystawiając przednie łapy i małe nosy ku zbliżającemu się obiektowi.

Coraz ostrzejsze słońce poranka podświetlało coraz to nowe kształty. Jaśniejąca sawanna ukazała nam się w pełnej krasie razem z milionem zwierząt na niej! W radio znowu pojawił się harmider pod hasłem „dumadumadumaaa…”. Czyżby nowy Gepard? Czy znowu ten sam?😊 Pojechaliśmy więc zobaczyć co w buszu syczy, bo gepardy nie ryczą, nie warczą - a syczą. Lub piszczą. Dojechaliśmy i spotkaliśmy naszych starych, dobrych znajomych – Szybką Piątkę!

Tano Bora - Szybka Piątka!

 

Szybką Piątką lub "Tano Bora" nazywa się koalicję gepardów z Masai Mary – dokładnie pięciu braci!

 

(up date 2022 - Tano Bora w Masai Marze przestała istnieć).
Taka grupa gepardów, jest zjawiskiem wręcz niespotykanym wśród kotów tego gatunku. Po pierwsze - naprawdę rzadko zdarza się, by matka zdołała uchować przy życiu tak wiele ze swoich kociąt. Zazwyczaj większość miotu ginie z głodu lub w paszczy drapieżników takich jak lwy, hieny, lamparty, a nawet i samce tego samego gatunku. Młode samce po opuszczeniu przez matkę trzymają się jeszcze w grupkach po to, by wspierać się w polowaniu, ochraniać siebie nawzajem. Lecz taka koalicja trwa zazwyczaj rok, po którym każdy z jej członków rozchodzi się w swoją stronę i zaczyna życie w pojedynkę. Zdarza się, że dwa – no może trzy – samce gepardów pozostają razem lub "po drodze” łączą się w pary czy trójki lecz wcześniej nie zanotowano przypadku koalicji aż pięciu osobników tej samej krwi! Samice gepardów często zostają przy matkach jakiś dłuższy czas dla obopólnej wygody i bezpieczeństwa lecz potem odchodzą i zaczynają żyć, rodzić potomstwo i się nim opiekować - już w pojedynkę.

Wielka Migracja

 

Szybką Piątkę widuję prawie co tydzień odwiedzając Masai Marę. To jest zazwyczaj jedna z najbardziej emocjonujących chwil dla moich klientów na równi z zobaczeniem lwa z bliska, lamparta czy nosorożca. Tym razem jednak na pokładzie byłam sama z Paulem – i tym razem oboje mogliśmy tam stać i je oglądać bez pośpiechu - ile tylko zechcieliśmy😊

Gepardy najwyraźniej były już po śniadaniu, bo leżały leniwie w okolicach krzaków – trzy w cieniu, a pozostałe dwa w słońcu, by nagrzać - być może - wychłodzone ciała. Co chwila przewracały się na drugi bok ziewając soczyście i pokazując przy tym pełen zestaw ostrych zębów. Samochody zjeżdżały się z każdej strony. W końcu podobnie jak gepardy, znużeni warkotem silników zdecydowaliśmy się zostawić je w spokoju i pojechać do pobliskiej lodży nad rzeką Telek na poranną kawę 😊

 

Pojechaliśmy w dół przez wyjedzone trawy zostawiając za sobą Szybką Piątkę. Ledwo zdążyliśmy odjechać gdy naszą uwagę przykuł samotnie wedrujący samiec strusia masajskiego. Jego szyja i nogi były wściekle różowe, co oznaczać mogło tylko to - że ma na oku samicę.

Strusie mają fenomenalny wzrok!! Najwyraźniej wypatrzył sobie damę swego serca, bo maszerował dostojnie i pewnym krokiem przed siebie co najmniej kwadrans - a my podążaliśmy za nim całkiem sami. Nasza cierpliwość popłaciła, gdyż chwilę później ujrzeliśmy spektakl niecodzienny i zdecydowanie wyjątkowy.

 

Godowy taniec strusi!

 

Podążając za samcem - którego czerwona skóra na nogach i szyi, świadcząca o chęci do prokreacji odznaczała się na tle zielonych sawann. Zobaczyliśmy w końcu jego wybrankę. Gdy dołączył do samicy o dziwo położył się na ziemi, a wtedy ona opuściła swe skrzydła w dół i zaczęła chodzić wokół przybysza wachlując się nimi od czasu do czasu. Oczami wyobraźni ujrzałam jak puszcza samcowi zalotnie "oczko" zza wachlarza swych piór przy akompaniamenice zmysłowej jezzowej muzyki 😉 Takie zaloty trwały chwilę, gdy później samiec dał się uwieść i zaczął za nią podążać.

W pewnym momencie postawił skrzydła do góry i trzepocąc swoimi czarnymi wachlarzami zaczął kręcić piruety wokół własnej osi i biegając wokół niej zataczał coraz to mniejsze kręgi. Samica jeszcze przez chwilę spacerowała i bacznie obserwowała samca wachlując od niechcenia piórami, aż w końcu usiadła na ziemi i rozłożyła swoje skrzydła na boki. Samiec pokrył ją, również rozchylając swoje skrzydła w szerz trzepocząc nimi energicznie.

Ale to nic! Zaczął również trząść swoją długą szyją i kręcić nią zataczając pełne kręgi nad swoim grzbietem i nad grzbietem samicy jak wskazówka zegara na tarczy (ta odmierzająca sekundy, bo były to szybkie kręgi 😉 ). Samica w tym czasie wyciagnęła szyję przed siebie otwerając dziób w (niemym?) krzyku.

Wielka Migracja

Widok był przekomiczny! Ale tylko dla oczu dorosłych! Całość trwała może minutę po czym samiec wstał, a jego kolory powoli zaczęły blednąć. Po angielsku wypisał się z imprezy i odszedł. Samica najwyraźniej poruszona całym zajściem leżała jeszcze chwilę na ziemi. Po chwili również podniosła się i jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło oddaliła się - w sobie znanym tylko kierunku. Co z tej miłości wyszło później? ...Pewnie jajo 😉

Pełni ekscytacji po przyłapaniu na gorącym uczynku dwoje najsławniejszych kochanków na sawannie ruszyliśmy dalej w kierunku rzeki Telek. Musieliśmy pokonać niewielkie bagno, a tuż za nim ukazał mi się - jak dla mnie - widok dnia!!

Stado żyraf składające się z około 20 osobników w tym kilku maluchów spacerujące wokół naszego samochodu! Najpiękniejsze było to, że byliśmy dosłownie kilkaset metrów za plecami kilkudziesięciu samochodów czekających w kolejce, by obejrzeć 5 leżących w trawie gepardów. Zaśmiałam się w duchu na taki przekręt losu. Tyle osób marzy o safari pełnym niespodziewanych i spotkań ze zwierzętami w odosobnieniu, a my znaleźliśmy się dosłownie w środku stada żyraf. Były na wyciągnięcie ręki!

Paul po długim kwadransie zaczął powoli ruszać samochodem, ale nie był w stanie, gdyż żyrafy zmieniały pozycje, albo zaczynały się obwąchiwać lub przepychać szyjami - a ja głośno protestowałam w odpowiedzi na jakikolwiek dźwięk gazu wydobywającego się z silnika samochodu.

Wielka Migracja

 

Samce, które przepychają się szyjami zazwyczaj rywalizują ze sobą o samicę lub terytorium. Tak naprawdę potrafią być wobec siebie bardzo brutalne. Obok zobaczyć możecie fragment filmu z jednego z naszych późniejszych, autorskich safari w najpiękniejszym Samburu (o tym rezerwacie przeczytaj TUTAJ) - na którym tłuką się dwie żyrafy! Te samce, które oglądaliśmy w danym momencie zaledwie muskały się nawzajem i nie było w tym wiele agresji. Jednak widziałam już wcześniej groźnie wyglądające walki żyraf i towarzyszący im łomot uderzających o siebie masywnych szyj i wbijających się w nie głęboko ossikonów przeciwników. Sytuacja tutaj na szczęście wyglądała na sielankową.

Maluchy ocierały o siebie głowami i podchodziły do auta tak blisko, że aż śmiałam się w głos z zachwytu – szczególnie nad jednym nowonarodzonym! Poznałam to po tym, że miał niezwykle puchate i nieułożone futerko, resztki pępowiny zwisające mu spod brzucha, olbrzymie uszy i oczy w stosunku do reszty ciała 🙂 Widok wprost uroczy!

Dojechaliśmy do jednej z lodży na granicy rezerwatu położonej nad samą rzeką Talek. Zaparkowaliśmy samochód w buszu, na tyłach lodży, do której poprowadził przez wąski most zawieszony nad rzeką. Miejsce było nieprawdopodobnie piękne i spokojne!

Wielka Migracja

 

Ruszyliśmy przez most i Paul od niechcenia rzucił, że jak pada deszcz to woda się przez niego przelewa nawet do połowy wysokości balustrady. Nie chciało mi się wierzyć, bo do dna rzeki było z 7 metrów lub więcej.. ale gdy doszliśmy do końca zobaczyłam obmyte skarpy, a już kawałek dalej na nich budynek recepcji na lekkim podwyższeniu. Mimo, iż tyle razy widziałam i uczestniczyłam w podobnych "katastrofach naturalnych" w Kenii i wiem dobrze, że deszczowej pogody w tym kraju nie wolno lekcewarzyć - to ciężko mi było sobie to wyobrazić. Uwierzyłam Paulowi na słowo, że jest to wtedy piekło - a nie raj, który otaczał mnie teraz do okoła.

Nad rzeką nie uświadczyłam zwierząt, bo to nie ta rzeka  jest w tym czasie popularna wśród migrujących stworzeń - ale ptaków było dość sporo. W lodży Paul załatwił naprawdę pyszną kawę. Usiedliśmy przed recepcją wsłuchując się w ciszę otaczającej nas dookoła przyrody. 

Wielka Migracja

W tym momencie pożałowałam trochę, że nie mieszkam na terenie rezerwatu w czasie migracji. Za każdym razem gdy jestem z klientami nie mam czasu na relaks w otoczeniu lodży, w których się zatrzymujemy. Jestem wtedy w pracy - zawsze jest coś do załatwienia, zorganizowania, dopilnowania itd. Wyobraziłam sobie jak cudownie byłoby teraz zasiąść do stołu na sawannie i delektować się posiłkiem nie będąc pod żadną presją obowiązków zawodowych. Później pospacerować sobie po terenie lodży wsłuchując się w dźwięki dzikiej przyrody, a pod koniec dnia wskoczyć do basenu! No właśnie! Przecież ja nigdy nie pływałam w basenie w żadnej lodży podczas pilotowanych safrai! Dzisiaj ten czas dla siebie mam, ale namiotu w obozie czy basenu już nie 😛

Jednak nasz program zakłada, że jedziemy teraz nad rzekę Marę, a potem wyjeżdżamy drugą stroną rezerwatu przez Mara Triangle udając się na zachód przez Kisii, aż do Homa Bay nad Jeziorem Wiktorii. Dziś czeka nas naprawdę długa droga. Więc szybko uciełam galopujące wizje luksusu odpoczynku po safari w lodży przypominając sobie, że czekają mnie jeszcze dzisiaj miejsca całkowicie dla mnie nowe i nieodkryte! Wróciłam więc myślami na ziemię pochłaniając się całkowcie degustacji swojej pysznej, kenijskiej kawy 🙂

Rzeka Mara!

Słońce zaczęło grzać już wystarczająco mocno, by zachęcić nas do wyjścia z chłodnego budynku recepcji i ruszyć w dalszą drogę. Mieliśmy już obrany azymut na rzekę Marę kiedy znienacka radio rozkrzyczało się hasłem „chui”!

Chui to nie to, co myślicie 😉 Chui to lampart w języku Swahili. A lampart to najcenniejszy kąsek na safari. Ciężko go zobaczyć. Zaczęliśmy go szukać w miejscu gdzie go podobno widziano. Po kilkunastu minutach zrezygnowaliśmy. Jednak wracając natknęliśmy się na trzy lwice leżące w trawie w cieniu niewielkiego krzaka. Słońce naprawdę już piekło, a one nie miały zbyt wiele cienia.

 

Byliśmy sami. Stanęliśmy w bezpiecznej odległości, bym mogła cyknąć im kilka portretów. Samice prawdopodobnie były świeżo po jedzeniu, gdyż ich sierść i pyski licznie obłaziły muchy. Lwy to dość rozleniwione zwierzęta. Przez większosć dnia śpią i wylegiwują się w trawie. Samice najwyraźniej nie miały zamiaru ruszyć czymś więcej niż tylko swoim ogonem więc, żeby im w tym nie przeszkadzać - po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę.

W radiu znowu rozdźwięczało się hasło "chui" - tym razem ktoś widział go w innym miejscu. Pojechaliśmy tam czym prędzej po drodze widząc kilka krokut (hien) cętkowanych - i zobaczyliśmy w końcu gwiazdę każdego safari.

Lampart jest jak wisienka na torcie każdego safari. Leżał sobie wygodnie na gałęzi naprawdę wysokiego drzewa w nosie mając samochody jeżdżące dookoła pnia kilka metrów niżej.

Lamparty to samotniki. Moim zdaniem są to najpiękniejsze i najdostojniejsze ze wszystkich kotów na sawannie. Mają gęste, czasami wielobarwne cętki-rozetki, dzięki którym perfekcyjnie kryją się w chaszczach. Najczęściej spotkać je można właśnie na drzewach i w gęstwinie buszu w okolicach rzek i jezior lub na skalistych, górzystych terenach. Na drzewach są widoczne wtedy, gdy leżą na gałęziach ze zwisającymi w dół ogonem i łapami.

 

Są wybitnymi wspinaczami – jak i pływakami. Lampart potrafi zejść po pniu 6-metorwego drzewa z głową w dół i zeskoczyć z góry na swoją ofiarę, którą następnie wciąga na to samo wysokie drzewo, przerzucając zdobycz na plecy – nawet gdy jest ona 2-3 cięższa niż on sam. Najbardziej w lampartach podobają mi się ich oczy o odcieniu niezwykle głębokiego złota. Jest to kot zdecydowanie warty intensywnych poszukiwań!

Na szukanie lampartów straciliśmy trochę cennego czasu więc Paul popędził mnie z robieniem zdjęć i ruszyliśmy w kierunku rzeki Mara. Po drodze mijaliśmy coraz to większe stada gnu. Niewyobrażalnie większe!

Wydawało mi się, że mogło to być minimum tysiąc - jak nie więcej - osobników w jednym miejscu. Chciałam się zatrzymywać na zdjęcia, ale Paul pospieszał mnie mówiąc, że nie zdążymy na finał widowiska dzisiejszego dnia. Odpuściłam więc mając na sercu kamień o ciążącej mi wadze większej niż ja sama.

 

Gdy dotarliśmy na miejsce pod granicę Kenijsko-Tanzańską po drugiej, tanańskiej stronie rzeki (czyli już po stronie Parku Narodowego Serengeti) - ujrzeliśmy setki - jak nie tysiące gnu przymierzających się do przekroczenia rzeki Mara. Poziom wody był niski w tym miejscu, jednak koryto było dość głębokie a jego ściany strome. Paul ustawiał się kilka razy, by mieć dobrą pozycję i nie zasłaniać innym widoku. Było to dość trudne bo zewsząd zjeżdżały się samochody po to, by zobaczyć to najważniejsze wydarzenie, po które przyjeżdża się do Masai Mary w czasie migracji...

Wielka Migracja

Oferta Safari w Kenii

Pojedź z nami w niebagatelną i kameralną podróż po przepięknej Kenii! Doświadcz w 100% piękna dzikiej przyrody, zachwycających krajobrazów, wielu barwnych kultur, pysznego jedzenia i zapachów!

Wielki Finał!

Przejście gnu przez rzekę Mara

Ustawiliśmy się i czekaliśmy dobre czterdzieści minut na jakikolwiek ruch ze strony antylop. Kilkukrotnie przymierzały się do zejścia, ale było tam naprawdę stromo. W końcu dosłownie kilka antylop zbiegło w dół. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech na minutę. Ale nie wydarzyło się nic poza tym, że rozglądały się na boki i zaczęły pić wodę..

Czas biegł tak straszne wolno w oczekiwaniu na upragniony widok. Kierowcy przestawiali samochody, by zrobić dla gnu więcej miejsca, bo te najwyraźniej nie widziały przestrzeni po naszej stronie rzeki, w którą mogłyby bezpiecznie wbiec z koryta rzeki i przejść dalej. Coś je spłoszyło i wbiegły na urwisko spowrotem. Odwrót gnu spotkał się z głośnym zawodem moich hiszpańskich sąsiadów w samochodach po obu stronach. Po chwili oczekiwania jednak kolejne antylopy niesmiało zbiegły na dno koryta rzeki rozglądając się i badając teren.

 

Gdy ostatnie auto zmieniło pozycję robiąc korytarz dla zwierząt dosłownie jak na zawołanie po przeciwnej stronie rzeki tabun kurzu wzbił się w powietrze, a zwierzęta jak lawina błotna zaczęły zlewać się wąskim przesmykiem po urwisku koryta w dół do Mary -  przez nią i dalej pod górę, by wybiec pomiędzy autami na sawanny po naszej, kenijskiej stronie.

Nie byłam sobie w stanie wcześniej wykalkulować tego, że tych antylop będzie TAKA ilość! To na pewno były tysiące! Pojawiały się z nikąd. Spodziewałam się, że te które widziałam pasące się po tanzańskiej stronie przebiegną w dość krótkim czasie, ale morza gnu nie było końca. Czas, by skupić się na zdjęciach! Tak mnie to zaskoczyło, że cykałam na oślep, a w uszach dźwięczała mi muzyka Hansa Zimmera z Króla Lwa „Stampede”.

Gdy stwierdziłam, że mam dość poprosiłam szybko Paula, by ten podjechał od tyłu, bym mogła zobaczyć te zwierzęta, które wybiegają z koryta po naszej stronie i dalej pędzą przed siebie – tam było ich jeszcze więcej. NIE-PRA-WDO-PO-DO-BNY widok! Ich niezgrabne ciała kłębiły się ciasno w gęstej chmurze pyłu. Wszystkie włochate grzbiety w jednej linii płynnie przesuwały się w tym samym kierunku, a nad nimi lekko wystawało tysiące par rogów, które falowały w jednym rytmie jak ręce ludzi pod wielką sceną na Woodstocku!

Znowu nie wiedziałam już, co wziąć do ręki: lustrzankę czy aparat więc odłożyłam oba i po prostu napawałam się widokiem. Wydawało się to wręcz niemożliwe, ale fala gnu w końcu się skończyła. Przebiegło jeszcze kilka spóźnialskich sztuk, które ruszyły za całym, ogromnym stadem w kierunku serca Masai Mary, z którego dopiero co przyjechaliśmy.

 

Oszołomiona tym, co właśnie zobaczyłam, nie pamiętam za bardzo gdzie i jak długo jechaliśmy później.. lecz chyba niedługo, bo Paul zabrał mnie na granicę Kenii z Tanzanią. Stał tam kamień. Tak naprawdę biały słupek z literami K i T. Miał on symbolizować miejsce granicy między dwoma państwami. Przed nami robiło sobie tu zdjęcie kilkoro podróżnych z Chin. Idąc za ciosem - jak na porządnych turystów przystało - i my zrobiliśmy sobie tam selfie - po czym ruszyliśmy dalej.

Naszym planem na pozostałą cześć dnia było przejechanie przez Mara Triangle i dalej w kierunku zachodnim nad jezioro Wiktorii. Żeby tego dokonać musieliśmy na bramie Purungat dostać przepustki na dwugodzinny przejazd do bramy wyjazdowej Oloololo.

Na koniec podróży

 

Przed samą bramą Purungat znajduje się żelazny most zbudowany przez brytyjską armię, zawieszony nad rzeką Mara.

 

Naszym planem na pozostałą cześć dnia było przejechanie przez Mara Triangle i dalej w kierunku zachodnim nad jezioro Wiktorii. Żeby tego dokonać musieliśmy na bramie Purungat dostać przepustki na dwugodzinny przejazd do bramy wyjazdowej Oloololo.

Gdy przejeżdżaliśmy przez most od razu moje oczy zatrzymały się na dziesiątkach napompowanych ciał utopionych w rzece podczas przekraczania antylop gnu. Truchła leżały porozwalane wszędzie dookoła na kamieniach, na brzegu, zatrzymane na gałęziach drzew i zwalonych pniach w rwącej wodzie. Pomiędzy nimi w błocie można było dostrzec zagrzebane w nim krokodyle. Za to są marabuty i sępy które stały przy każdym truchle i wyjadały to co z nich zostało. Smród był niesamowity. Szybko więc przejechaliśmy na druga stronę i na bramie zrobiliśmy sobie krótki postój. Paul dokonał formalności i z zamkniętym już dachem ruszyliśmy przez Mara Triangle.

Okolica jest niewiarygodnie śliczna, dzika i przede wszystkim nie jest zatłoczona. Zwierząt było mniej jednak krajobrazy nadrabiały ich brak. Przypomniałam sobie jak przejeżdżałam tędy pierwszy raz pod wieczór wracając z Tanzanii. Miałam wtedy na pokładzie cudowną grupę, z którą miłe wspomnienia zaczęły mi się przewijać przed oczami.

Mijaliśmy skały kopies i bagna, a w otaczających je trawach widzieliśmy gniazda różnych ptaków. Na kamieniach wygrzewały się żółwie, a na drogę wyskakiwały nam co rusz nowe antylopy, których obecność w Mara Narok ginęła w przytłaczającej liczbie gnu i zebr. Minęliśmy tylko jeden samochód i poza nim na sawannie byliśmy tylko my i zwierzęta.

Słońce już dawno minęło zenit i zaczynało schodzić w kierunku wzniesień przed nami, które kładły swe cienie na zielone sawanny i urozmaicone tereny Triangle. Tak nie mówiąc do siebie zbyt wiele, tylko podziwiając piękno otaczającej nasz dzikiej – naprawdę dzikiej przyrody i odludnych terenów - jechaliśmy około dwie godziny do bramy Oloololo, za którą pożegnaliśmy Masai Marę i ruszyliśmy w najdłuższą drogę jaką nam przyszło zrobić w trakcie całej naszej wyprawy po Kenii.

To było przepiękne safari :)

Tak się kończy relacja z Wielkiej Migracji w Masai Marze w Kenii. Przez następne lata odbyliśmy wiele takich pieknych dni organizując wielodniowe autorskie wyprawy safari z naszymi prywatnymi klientami.

Wiele pięknych dni i zachwycających safari - a każde było inne i jedyne w swoim rodzaju! Jeżeli pragniesz przeżyć podobną - a nawet bardziej intensywną w spotkania z dzikimi zwierzętami przygodę życia - zapraszamy na Safari Po Naszemu :)

Wielka Migracja

 

Podobnych opowieści z Masai Mary będzie jeszcze więcej! Zapraszam do śledzenia mojego bloga, Instagrama oraz Facebook'a gdzie na bierząco wrzucamy relację z naszych safari :)

Jeżeli podobał Wam się ten reportaż, zapraszam do lektury innych artykułów na moim blogu.
Mile widziane będą również komentarze pod spodem. :)

poradnik 3 tło

Lodge na safari w Kenii - Poradnik Safari dla dociekliwych cz.3

Jakie są lodże na safari w Kenii?

 

Jak wyglądają lodże na safari?

Oczywiście lodże wyglądają trochę inaczej niż zwykłe hotele na wybrzeżu. Najczęściej są to domki lub namioty typu glamping (czyli z pełnym wyposażeniem meblowym i łazienką z toaletą i prysznicem). Takie lodże często nazywa się obozami (camp). Składają się z albo namiotów sypialnianych - albo z domków lub domko-namiotów (domków z brezentowym dachem lub odwrotnie – z dachem z blachy lub drewna, a ścianami z brezentu).

Lodże zbudowane są w większości są tak, by wykorzystać i maksymalnie dopasować się do walorów terenu, na którym się znajdują - np. zbudowane nad urwiskiem, na zboczu góry, przy samym wodopoju dla zwierząt lub przy brzegu rzeki, by goście mogli zachwycać się pięknymi widokami i obecnością zwierząt z okna czy balkonu - lub zaraz pod nogami :) Czasami budowane są przy wodopojach bunkry obserwacyjne albo baseny z bajecznym widokiem na otaczający je teren!

 

Namioty i domko-namioty są wielkości normalnego pokoju hotelowego. Łazienki znajdują się albo murowanych dobudówkach na tyłach namiotu - albo są w jego wnętrzu skonstruowane w bardzo "kampingowy" - acz trzeba przyznać stylowy - sposób :)

Jeżeli macie mieszkać z kimś obcym, bo chcecie uniknąć dopłaty za singla – czyli dzielić z kimś pokój, po to by obu stronom wyszło taniej – przemyślcie to dobrze, bo w niektórych obozach i namiotach nie ma ścian i dźwiękoszczelnych drzwi - ewentualnie ściana brezentowa z drzwiami na suwak - więc i korzystanie z toalety odbywa się tylko przez płótno namiotu lub ściankę za zasłonką zaledwie. Swobodne, długie posiedzenie po kolacji „na dwójeczce” w samotności - tutaj może nie wyjść 😉

 

Lodże to też murowane budynki i pawilony mieszkalne z pokojami - jednak ich architektura i design naprawdę wyróżnia się na tle zwyczajnych hoteli :) Współcześnie coraz więcej lodży buduje się jako obozy - bo na to nastawiony jest potencjalny klient, zaś lodże murowane to w większości wieloletnie obiekty - jednak pod każdym względem warte zainteresowania! Pierwsze lodże jakie powstawały - powstawały w najlepszych lokalizacjach i naprawdę - mimo, że nie są namiotami - zachwycają!!! 

 

Wyżywienie w lodżach na safari w Kenii

W większości lodży spotkasz się z bufetem na każdym posiłku – uznałabym to nawet za standard. Jedzenie w kenijskich hotelach i lodżach jest zazwyczaj urozmaicone (w zależności od standardu) i bardzo smaczne. Gdy jest niskie obłożenie proponuje się dania do wyboru z karty. Zazwyczaj zwykła, czarna kawa i herbata przy każdym posiłku są w cenie - ale nie wszędzie. W niektórych lodżach wliczone są nawet soki do śniadania, jednak wszystkie inne napoje typu Fanta, Cola, Sprite, kawa z ekspresu i alkohole są dodatkowo płatne i należność zazwyczaj reguluje się przed wyjazdem w recepcji. W pokoju/namiocie każdej lodży znajdziesz również przynajmniej małą butelkę wody na osobę i w tych lepszych lodżach zestaw do parzenia kawy i herbaty. Raczej nie stosuje się mini barów w pokojach.

 

Specyfika noclegu w lodży na safari

Poza ogniskiem rozpalanym pod koniec dnia i krótkimi wieczorkami tematycznymi w niektórych lodżah, najczęściej z udziałem skaczących Masajów podczas kolacji lub zaraz po - nie ma więcej animacji. Na safari zdecydowana większość klientów wstaje i je śniadanie jeszcze przed świtem, by zobaczyć wschód słońca nad sawanną oraz zwierzęta o poranku kiedy wychodzą na żer czy polowanie lub z niego wracają. Dlatego w lodżach raczej nie siedzi się do późna w barze ani nie organizuje głośnych potańcówek przez wzgląd na pozostałych klientów oraz to, że muszą niemiłosiernie wcześnie wstać, a więc i wcześnie się położyć. Proszę, jak już będziesz na safari pamiętajcie zwłaszcza o tym ostatnim - i uszanuj ciszę nocną.

 

Prąd i woda w lodżach na safari

W lodżach, które mają stały dostęp do prądu zdarzyć się może (jak i w całym kraju, co ma miejsce prawie codziennie) czasowa przerwa w jego dostawie. Wtedy po kilku minutach odpalany jest agregat prądotwórczy i prąd wraca do gniazdek 🙂 Możesz spotkać się z tym (coraz rzadziej), że w lodży nie ma stałego dostępu do prądu jedynie w określonych godzinach, lub gniazdka elektryczne znajdziecie tylko na recepcji.

Podobnie jest z ciepłą wodą, którą w wielu miejscach włącza się tylko w godzinach porannych i wieczornych kiedy klienci szykują się do spania i wstają z łóżek na śniadanie. Najczęściej jest tak w tych lodżach, które znajdują się w środku parku/rezerwatu w środku dziczy, daleko od cywilizacji, a więc w większości nie mają stałego dostępu do prądu - i właśnie te lodże są najpiękniej położone 😉

Jest agregat prądotwórczy i zbiornik na wodę nagrzewający ją od słońca. Gdy dzień jest pochmurny to i woda jest ciut chłodniejsza lub po prostu zimna. Zdarza się też tak w niektórych lodżach, że ciepła woda szybko się kończy gdy jest pełne obłożenie.

 

Standard lodży na safari w Kenii

Każda gwiazdka określająca standard hotelu w każdym państwie ma inną, choć często podobną wartość. Nie ma jednej, ogólnoświatowej reguły, która by określała standard hotelu jednolity dla każdego kraju. Standaryzacja hoteli jest zależna od tego jak ustali ją dane państwo. Dlatego polscy organizatorzy turystyki w innych krajach zaznaczają, że niektóre obiekty posiadają np. 4 * „w ocenie organizatora” co oznacza, że dany hotel może mieć 5 * lub 3* ale w naszym, polskim standardzie - 4* Więc porównywanie standardów hoteli np. w Turcji czy w Egipcie do tych np. w Kenii - nie ma sensu. To tylko uprzyksza Ci wczasy drogi podróżniku 🙂 
Wyznacznikami standardu są między innymi:
  • Lokalizacja
  • Wielkość pomieszczeń noclegowych
  • Czy w pokojach/domkach/namiotach jest toaleta (akurat w Kenii praktycznie każda lodża ma toaletę w pokoju - choć cały czas są lodże bardzo budżetowe, które mają wspólne łazienki)
  • Jak i w co wyposażone są pokoje - np. rodzaj łóżka, fotele, szafa, kanapa, suszarka, tv, szafki, sejf, telefon, dywan, naczynia itd.
  • Rodzaju i zakres udogodnień - np. czy budynek jest przystosowany dla osób niepełnosprawnych (w Kenii rzadkość), czy ma windę, ile ma restauracji i barów, jakie opcje wyżywienia oferuje, czy ma miejsce na ognisko, taras widokowy, basen i o konkretnych wymiarach, pralnię, siłownię, spa itd.
  • Oferty - czy odbywają się tam animacje, czy hotel oferuje wieczorne imprezy tematyczne lub inne atrakcje, czy ma masażystę, fryzjera, fotografa, trenera sportu/ fitnessu itd.
 

Czego się spodziewać po ilości gwiazdek lodży w Kenii?

 

Standard 3*

Posiadają go zazwyczaj lodże starsze i te zbudowane w budżetowy sposób. Raczej nie mają pięknego, luksusowego i bogatego w różne meble i wygody wyposażenia - lecz proste i standardowe. Łazienki są dość ciasne lub nieskomplikowane w swej budowie - czasami spotkać się można z rurami na wierzchu, popękanymi płytkami lub zamiast nich surowym betonem, kamieniem albo brezentem. Spotkałam się z tym, że kurki od baterii prysznicowej zastępowane były kurkami od butli gazowych :P Czasami zamiast słuchawki prysznicowej lub deszczownicy nad głową zobaczysz po prostu rurkę lub urządzenie, które należy włączyć, by ogrzewało wodę na bieżąco – to jest bardzo popularne w wielu kenijskich domach.

W pokojach nie ma zbyt dużej ilości mebli i zamiast stylowego, drewnianego krzesła zobaczysz nawet takie plastikowe z ogródka - lub w ogóle go nie będzie 😛 Czasami pojawiają się drobne kosmetyki jak mydełko czy żel i szampon. W niektórych jest moskitiera - a w niektórych nie. Jednak jeżeli nie ma, to jest to najczęściej spowodowane umiejscowieniem siatki w oknach.

Raczej nie uświadczysz zestawu do parzenia kawy i herbaty. Za to na podłodze mogą leżeć klapki! Klapki by wejść pod prysznic, które zakładało wielu klientów przed Tobą! I najczęściej dwa różne nie od kompletu, by nie kusiło Cię sobie taką parę przywłaszczyć :P Ale sądzę, że zabierzesz swoje ze sobą 😉

Na terenie zazwyczaj jest niewielki basen (zawsze trzeba się upewnić czy aby na pewno - bo nie musi). Najczęściej jedzenie nie jest specjalnie urozmaicone, ale i tak można się najeść. W Kenii generalnie jedzenie w lodżach - nawet jeżeli mało urozmaicone - jest bardzo smaczne. 

Nie zniechęcaj się! To nie jest tak, że wszystkie 3* w Kenii są okropne. Mogą być naprawdę w porządku. Proste umeblowanie i mała łazienka, choćby stara - ale czysta.  Lodże 3* w Kenii potrafią być naprawdę bardzo różne, więc sugeruję poczytać opinie w Internecie przed wyborem. Jednak jeżeli pokoje nie są wyjątkowo piękne, a zwyczajnie proste, za to widoki z balkonów czy tarasu cudowne - a lodża jest na terenie parku - brałabym w ciemno!

 

Standard 4*

Lodże mają większe pokoje/namioty, dużo lepiej wyposażone i komfortowe nawet jeżeli trochę w przestarzałym stylu. Faktycznie jak się wchodzi do pokoju to odczuwa się większy „luksus”. W 4* umeblowanie jest "obfitsze" i wygodniejsze. Często znajdziecie zestaw do parzenia kawy i herbaty, kosmetyki, parasolkę, latarkę, suszarkę, nawet przytrafiały mi się lodówki. Łazienki są większe i wyglądają dużo lepiej. Design całego pokoju/namiotu jest spójny i stylowy. Teren lodży jest dużo bardziej zadbany i urozmaicony i nastawiony na komfort i wypoczynek. 

Najczęściej większa jest również ilość obsługi – kelnerów, porterów, recepcjonistów itd. To zazwyczaj te lodże dbają o jakąś dodatkową, krótką rozrywkę wieczorem. Jedzenie jest dużo bardziej urozmaicone, często jest więcej niż jeden bar. W niektórych pojawiają się też sejfy i usługi dodatkowe takie jak pralnia, czy siłownia. Również miejsca publiczne takie jak restauracja, recepcja czy bary prezentują się dużo bardziej komfortowo i luksusowo niż 3*.

 

Standard 5*

Samo przez się mówi, że to luksus i wygoda. Muszę przyznać, ze faktycznie 5* w Kenii to splendor najczęściej wykorzystujący każdy walor okolicy i miejsca!

Pokusiłabym się nawet o dodanie jeszcze wyższego standardu - 6* dlatego, że bywałam w lodżach luksusowych - ewidentnie 5* - ale też w ultra-luksusowych, w których gdy weszłam do namiotu - oniemiałam z zachwytu! Były one ponad 5*, które znam (z racji wykonywania pracy pilota wycieczek - naprawdę widziałam wiele 5* hoteli w swoim życiu) i w których nocowałam.

Lodże są położone najczęściej w przepięknych miejscach po środku parków/rezerwatów – nad urwiskiem, skarpą z pięknym krajobrazem w dole, w zaciszu meandrów rzeki lub nad samym jeziorem gdzie na brzegu wylegują się krokodyle i hipopotamy.

Pokoje są przestronne, bardzo luksusowe i najczęściej w stylu kolonialnym. Hotele starają się by pokoje miały swój „prywatny widok” czyli, żeby nie było widać innych okien, a jedynie zachwycający krajobraz! W pokoju znajdziesz sekretarzyk, fotele, leżanki z poduchami, kanapy, stoliczki, szafy, afrykańskie dekoracje - rzeźby, obrazy, dywany, malowidła na ścianach, klimatyczne oświetlenie. Luksusowo wyposażona łazienka z toaletą, prysznicem czy/i wanną. W środku znajdziesz też łóżko king-size.. ba! Imperator-size :P W jednej z lodży jak położyłam się w poprzek łożka - to było szersze niż mój wzrost ;)

W tych ultra-5* lodżach czy obozach znajdziemy w środku jacuzzi lub prywatne, niewielkie baseny, do których podchodzą zwierzęta by się napoić. Czasami łazienki zbudowane są na zewnątrz, pod gołym niebem - z prywatnym widokiem na sawannę!

Na terenie hotelu znajdziemy spa, dobrze wyposażone sklepy i bar z szeroką gamą trunków i alkoholi. Do niektórych posiłków zasiąść możemy do stolika pod rozłożystą akacją na sawannie z widokiem na park w dole, a śpiewać nam będą przedstawiciele lokalnych plemion. Taki luksus jednak kosztować może za jedną noc czasem więcej niż zpłacisz za tygodniowe safari lub pobyt w Mombasie z przelotem w obie strony 😛 Jednak jeżeli cenisz sobie wygodę ponad wszystko - 5* to dla Ciebie idealny wybór!

 

 

Przykładowe lodże 3* na safari w Kenii

 

 

Przykładowe lodże 4* na safari w Kenii

 

 

Przykładowe lodże 5* na safari w Kenii

 

Lodża na safari - lokalizacja.

Muy importante!

Standard i usytuowanie lodży (na terenie parku lub poza jego granicami) ma znaczący wpływ na tempo programu i na cenę safari. W przypadku każdej innej objazdówki powiedziałbyś "aaaa... tam się tylko śpi". Nooo... - otóż nie. Nie w Kenii.
Lodże w Kenii są atrakcją samą w sobie - są zazwyczaj zbudowane w przepięknym miejscu, pośród bujnej roślinności i z pięknymi widokami za oknem. Ba! Tuż pod twoim oknem czy tarasem może pić wodę w wodopoju słoń, objadać się trawą zebra i skubać korzonki guziec :)

 

 

Lokalizacja waszej lodży czy hotelu na safari jest szalenie istotna. Wpływa ona na tempo całej podróży. determinuje ona fakt czy trzeba się spieszyć i codziennie gnać z realizacją programu czy wręcz odwrotnie - mieć spokój ducha i cieszyć się każdą minutą spędzoną w podróży mając wszystko "pod ręką".

 

1. Plusy spania na terenie parków/rezerwatów:

  • Po przyjeździe do lodży na lunch macie relatywnie więcej czasu na to by skorzystać z jej udogodnień i atrakcji - takimi jak obserwacja zwierząt z tarasu przy wodpoju, w rzece tuż pod tarasem czy na sawannach rozpościerających się przed Waszymi oknami. Wiekszość lodży ma też basen i strefę relaksu czy ciszy oraz bar - oczywiście w pięknym otoczeniu :) Po przyjeździe - ODOCZYWASZ i korzystasz z udogodnień lodży, za którą zapłaciłeś - a która prawie w każdym przypadku jest atrakcją samą w sobie.
  • Nie musisz rezygnować z odpoczynku, korzystania z atakcji lodży, popołdniowej drzemki (co w kenijskich upałach czasami jest niezbędne do normalnego funkcjonowania) czy kąpieli w basenie - by musieć wcześniej wyjechać, by zdążyć dojechać do bramy, tam czasami oczekiwać w kolejce na wjazd, dojechać do miejsca, w którym zazwyczaj wypatruje się więcej zwierząt niż przy samych granicach rezerwatów i parków (z wyjątkami). Jeżeli wyjedzie się wcześniej z lodży poza parkiem - to jest się na sawannie mniej więcej planowaną ilość czasu ok 2-2,5h. JEDNAK - trzeba zacząć z tego parku wyjeżdżać analogicznie wcześniej, by zdążyć na bramę przed zamknięciem - i to akurat w tym najlepszym na obserwację zwierząt momencie - tuż przed zmierzchem, kiedy zazwyczaj pojawia się ich wtedy najwięcej!
  • Zyskujesz na czasie :) Realny okres, który spędzasz na sawannie w poszukiwaniu zwierząt trwa dłużej - gdyż wyjeżdżając zaledwie poza bramę swojej lodży już znajdujesz się w centrum parku/rezerwatu i zazwyczaj w sercu wszystkiego co się tam dzieje - bez konieczności wytracania czasu na dojazd. I to jest najcenniejsza korzyść! :) Więcej czasu na safari

2. Plusy spania poza parkiem/rezerwatem

  • Tutaj zdecydowanie wygrywa niższy budżet, gdyż głównie to poza obrębem parków znajdują się lodże budżetowe i tańsze - w najwyższym sezonie czasami nawet o połowę. Dla wielu turystów ma to znaczenie, co jest oczywiście zrozumiałe. Poza parkami są też lodże luksusowe i piękne, które kosztują naprawdę nieznacznie mniej niż te w środku - ale w takim przypadku czy nie lepiej jest wydać tyle samio lub dosłownie te kilka USD więcej- i spać w środku? ;)

 

Nocleg w Nairobi:

Czasami na trasie zdarza się Nairobi - miasto, w którym najczęściej zatrzymujemy się na nocleg pomiędzy Masai Marą, a Amboseli czy po przylocie do Kenii przed safari. Są hotele luksusowe lub takie trochę mniej 😛 Ale zazwyczaj bez wystroju "safari", którego oczekujemy po noclegach w tym kraju. Są oczywiście obozy i lodże, lecz bardzo niewiele i w pobliżu lub na terenie Parku Narodowego Nairobi.

Hotele w Nairobi niestety nie należą do najtańszych w porównaniu ze wspaniałymi lodżami w parkach i rezeratach. Nie są to hotele nastawione na wypoczynek klientów, a na krótki okres pobytu - najczęściej jedną noc, czego właśnie fakt generuje wyoskie ceny. Jeżeli nie jesteś osobą, która wysoko ceni sobie komfort lub jeżeli możesz pozwolić sobie na to, by nie mieć luksusów, ale podstawowe warunki hotelowe - skromne, aczkolwiek czyste - sugeruję przyoszczędzić na tych hotelach, a pofolgować sobie w doborze dobrej lodży na safari. To może okazać się to strzałem w dziesiątkę!

Nocleg tylko ze śniadaniem w cenie tzw. Bed & Breakfast. W związku z tym trzeba liczyć się z dodatkową opłatą za pozostałe posiłki, jeżeli są konieczne. Większość biur uwzględnia je w kosztorysie, ale nie wszystkie - więc warto sprawdzić w programie czy posiłek jest danego dnia uwzględniony w "cena obejmuje" - a jeżeli nie, to czy jest przeznaczony czas i miejsce na to by móc taki posiłek sobie kupić.

 

Lodże na terenie parku/rezerwatu

Po wielu latach jeżdżenia na safari i nocowania w bardzo wielu lodżach i hotelach na terenie Kenii w każdym standardzie - wiem, że gwarancją satysfakcji z safari jest bliskość do dzikiej przyrody, dobra lokalizacja lodży na tereie odwiedzanego miejsca - a więc i przyjemne, spokojne tempo samej podróży i oczywiście to co zobaczy się na sawannie :)

 

Pomyśl sobie, że jedząc kolację, podnosisz wzrok znad talerza i od razu widzisz w odległości kilku metrów słonie w wodopoju! Albo kiedy siedzisz na tarasie swojego namiotu, który wystaje ponad koryto rzeki, w której, tuż pod Twoimi nogami wylegiwują się hipopotamy - lub na tarasie z widokiem na rozległą sawannę, na wszystkie drzewa w dole, na góry na horyzoncie i trawy, pośród których widzisz stada antylop czy długie szyje żyraf wystające i sunące ponad linią buszu! Wyobraź sobie, że nocą słyszysz nawoływanie lwów, chichot hien, szczekanie zebr i impali oraz chrumkanie hipopotamów tuż za ogrodzeniem kilka metrów dalej.

Ten luksus i poczucie wyjątkowości chwili kiedy po obiedzie siadasz na popołudniową kawę z nogami wyciągniętymi na barierkę balkonu, pod którą stoi słoń i mruczy zrywając liście z gałęzi drzewa u Twoich stóp - jest esencją udanej podróży :) I te mruczenie jest bardzo głośne, bo żaden inny dźwięk Ci tego nie zagłusza. Cudowne są też przebudzenia w nocy np. gdy słyszysz pomruk dosłownie kilkuset bawołów, które podchodzą do wodopoju, by się napić. Wstajesz z łóżka i pod oknem, w słabym świetle latarni widzisz ciemną masę tych potężnych zwierząt!

To wszystko – zapierające dech w piersiach widoki, piękne krajobrazy czystej, dzikiej przyrody i obecność zwierząt tuż obok - te poczucie, że jesteś w tak niewielkiej odległości od nich i fakt, że to dzieje się w odizolowanym od ludzkich mas miejscu naprawdę warte jest każdych pieniędzy.

Większość z Was jedzie na Safari, by obcować bezpośrednio z dziką przyrodą więc nocowanie na terenie parku zdecydowanie jest nieodłącznym elementem do osiągnięcia tego celu!
Nocleg na terenie parku moim zdaniem to gwarancja satysfakcji!

 

Lodża Salt Lick - na terenie Sanktuarium Taita Hills. Znana ze swojej nietypowej konstrukcji - pawilonów noclegowych zbudowanych na palach. Pawilony połączone są pomostami, a pod nogami znajdują się wodopoje dla zwierząt. 

Lodża Ol Tukai - na terenie - w sercu Parku Narodowego Amboseli i w centrum wszystkiego co się w tym parku dzieje! Najpięknejsza panoram ana Kilimanjaro! Wyjeżdżając już za ogrodzenie lodży - zaczynamy safari!

Lodża Serena Kilaguni - na terenie - i w sercu i najbardziej urozmaiconej części Parku Narodowego Tsavo West. Zbudowana nieopodal źródeł Mzima, przy samym wodopoju dla zwierząt, z przepiękną panoramą na lawy Shetani, góry Chyulu Hills i Kilimanjaro!!!

Lodża La Maison Royale - poza rezezrwatem Masai Mara, jednak w obszarze chronionym, po którym również robi się game drive w poszukiwaniu zwierząt. Przepiękna lokalizacja, całkowicie w dziczy!

 

Lodże poza parkami

Mogą być ładne, luksusowe i z basenem. Obiekty starają się jak najbardziej sprostać wymaganiom klientów wykorzystując jak najmożliwiej otoczenie, by całość terenu była miła dla oka, komfortowa i przyjemna:) Znam takie lodże poza granicami np. Masai Mary, na terenie której noclegi są w okreslonych miesiącach sakramencko drogie - które znajdują się w bajecznym, dzikim otoczeniu, zbudowane na zboczu góry z widokiem na busz i zwierzęta poruszajace się przed namiotami. Są też takie, które są poza rezerwatem, ale otoczone sawanną lub takie w gęstwinach buszu - mimo, że bez widoków to, w których rano budzi Cię serenada śpiewu setek ptaków, a między namiotami żerują antylopy bushboki i dik diki.

Jeżeli faktycznie dysponujesz określonym budżetem, który nie wystarcza na nocleg na terenie parku - to jeżeli zostanie Ci zaoferowana lodża poza rezerwatem - sprawdź jej lokalizację względem najbliższej bramy wjazdowej do parku, rezerwatu czu odwiedzanego miejsca.

 

Pojedź z nami w niebagatelną i kameralną podróż po przepięknej Kenii!

Doświadcz w 100% piękna dzikiej przyrody, zachwycających krajobrazów, wielu barwnych kultur, pysznego jedzenia i zapachu sawanny o poranku!

poradnik 3
na zakończenie
Mam nadzieję, że te wskazówki pomogą podjąć Ci decyzję, które z oferowanych safari wybrać oraz jak je sobie samemu zaplanować. Jeżeli te informacje w jakiś sposób Ci się przydały - będzie mi bardzo miło - jak podziękujesz mi kawą ;)
logo-buycoffee-wide
poradnik 3
poradnik 2 tło

Na ile dni jechać na safari w Kenii, kiedy i w jakie miejsca? - Poradnik Safari dla dociekliwych cz.2 -

Kiedy jechać na safari do Kenii - która pora roku jest najlepsza?

Przy wyborze safari warto sprawdzić jaka jest w danym momencie pora roku i czy zwierzęta pokazują się w tym czasie czy migrują i ich nie ma. Pogoda ostatnimi czasy nie dokońca idzie z zaobserowawnym przez dekady rytmem, ale można podzielić ją na dwie pory suche i dwie pory deszczowe występujące naprzemiennie.

19
poradnik 2
Te samo miejsce w Tsavo West - a dwa oblicza. Listopad i Luty
  • Druga połowa Marca, Kwiecień, Maj - Intensywna w opady "Wielka Pora Deszczowa". W Kenii jest wtedy dość "chłodno". W Mombasie około 25°C, a w Nairobi może być zaledwie 10°C! Często pada całymi dniami. Występują gwałtowne burze i powodzie. Nad oceanem częste zachmurzenia i gwałtowne, częste, bardzo intensywne, krótkotrwałe opady.

  • Czerwiec (czasem tylko druga połowa), Lipiec, Sierpień, Wrzesień i czasami pierwsza połowa Października - chłodna pora sucha. Tamtejsza zima :) W interiorze w ciągu dnia może być chłodno. Czasami od 10 do 19 stopni - szczególnie w okolicach Nairobi i Nyeri gdzie jest wysoko. W niższych partiach kraju np. Wielki Rów Afrykański w ciagu dnia jest ciepło - czasmai nawet gorąco. Wieczory i poranki potrafią być naprawdę chłode (nawet poniżej 10°C w Nairobi, a kilkanaście w Wielkim Rowie Afykańskim) więc warto się zabezpieczyć i zabrać kurtkę, czapkę, coś na szyję i ciepłą bluzę. W okolicach Amboseli i Tsavo, w Samburu i nad oceanem często jest pochmurno, ale oczywiście gorąco. W tym czasie warto pojechać do Masai Mary, by zobaczyć Wielką Migrację Gnu!

  • Styczeń, Luty, pierwsza połowa Marca - Najbardziej gorące i suche miesiące w roku. Najlepsza pora by zobaczyć spore ilości zwierząt w parkach Tsavo East i West, Amboseli oraz okolicach. Wszystkie krzewy i drzewa pozbawione są liści, brakuje wody w wodopojach. Zwierzęta nie mają w czym się kryć i wędrują w poszukiwaniu wody i pokarmu. Łatwiej jest je dostrzec w gęstwinach buszu.

  • Druga połowa Października, Listopad, Grudzień ew. pierwsza połowa stycznia w Kenii to "lekka" pora deszczowa. Na wybrzeżu prawie codziennie występują obfite i gwałtowne deszcze, które trwają około 30 minut do godziny. Zazwyczaj są w nocy, wczesnym rankiem i po południu. W tym czasie trzeba spodziewać się błota do połowy samochodu, zalanych i zamkniętych dróg, ale też parki stają się nieprawdopodobnie zielone i pełne kwiatów!! Kilimanjaro częściej chowa się w chmurach. Trochę ciężej jest wypatrzeć zwierzęta w zielonym gęstym buszu. Mają jedzenia i wody pod dostatkiem więc nie chodzą po okolicy tak często jak w porze suchej, ale z pewnością tam są i da się je wypatrzeć! Trochę gorszy moment na Tsavo i okolice gdy jest zielono, gdyż mniej zwierzaków widać niż gdy jest sucho - ale cały czas ok🙂

Klimat się szybko zmienia. Można zaobserwować fatalne susze nawiedzające Kenię w ostatnich latach co skutkuje tym, że w okresie końcówki roku deszczu jest o wiele mniej niż powinno być. To rzutuje także na migrację zwierząt między parkami gdyż podążają one za deszczem w poszukwianiu wody. Niestety teraz naprawdę coraz ciężej jest określić dogodny czas na safari :(

Na ile dni jechać na safari w Kenii?

 

To jest najważniejsza rzecz! Od tego zależy tempo Twojej wyprawy - no i oczywiście miejsca, które zobaczysz!

Zastanów się czy Twoim celem jest doświadczenie samego safari - czyli poszukiwania i obserwacji zwierząt - czy poznania również kraju z całym jego bogactwem różnorodności krajobrazów i wielokulturowości i tak dopasuj sobie wstępnie ilość dni.

Jeżeli chcesz zobaczyć zwierzęta - starczy Ci kilka dni. Najlepiej wybrać kilka sąsiadujących ze sobą parków lub takich, które są w jednej części kraju, by nie musieć marnować czasu na długie przejazdy. Jeśli chcesz zwiedzić Kenię dogłębnie - odwiedzając miejsca ciekawe pod względem historycznym, kulturowym, ale i ciekawe geologicznie i przyrodniczno  - jednak niekoniecznie tylko pod kątem poszukiwania zwierząt zastanów się czy nie potrzebujesz więcej dni :) np. 10-14.

mapa kenii
poradnik 2

To gdzie zaczyna się safari jest bardzo ważne z punktu widzenia programu i tego, co planujesz zobaczyć. Jeżeli nie znasz topografii Kenii warto byś poznał kilka przydatnych wskazówek zanim zabierzesz się do wybierania programu safari i miejsc, które chcesz odwiedzić😊

Samoloty przylatują do Nairobi (stolicy) i do Mombasy. Każde z tych miast jest dobrą bazą wypadową do konkretnych parków narodowych i rezerwatów oddalonych od nich w przedziale od 2 do 7h jazdy. Jedynie Amboseli jest dość daleko od Mombasy - do ok. 8-9h jazdy.

 

Czartery dużych biur podróży z Polski przylatują do Mombasy. Samoloty rejsowe przylatują do obu miast, ale zdecydowanie więcej tańszych połączeń - szybszych - znajdziecie do Nairobi. Najczęściej turyści kupują bilety w obie strony pomiędzy tymi samymi lotniskami.

Między obydwoma miastami są liczne połączenia lotnicze lokalnymi liniami takimi jak np. 540 lub Kenya Airways, które latają średnio co 2h pomiędzy miastami. Przelot trwa od 45 min do 1,5h w zależności od rodzaju samolotu.

Pomiędzy Nairobi i Mombasą w linii prostej, jadąc autostradą samochodem jest niecałe 500km. Pomiędzy miastami kursuje również pociąg Madaraka, który stanowi też ciekawą atrakcję turystyczną gdyż kolej biegnie przez teren Parku Narodowego Tsavo East i Nairobi. Odjeżdża z każdego z obu tych miast dwa razy dziennie: rano ok. 8.00 i 15.00.

Ale spokojnie – to, na które lotnisko przylecisz do Kenii nie stanowi problemu w tym, byś zobaczył to, co chcesz! 😊 Programy safari można dopasować do miejsca, w którym lądujesz - jak i odwrócić kolejność istniejącego już programu, który wpadł Ci w oko.

 

  • Możesz zacząć i skończyć wyprawę w jednym i tym samym mieście odwiedzając okoliczne parki, na przykład: Nairobi - Masai Mara - Nakuru - Nairobi.
  • Można też zacząć w jednym mieście i „zjechać” kraj odwiedzając wybrane parki tak, by skończyć w drugim, czyli: Nairobi - Amboseli - Tsavo - Mombasa.
  • Możesz zacząć safari w jednym mieście, skończyć w drugim i wrócić pociągiem lub samolotem do pierwszego 😊 Nairobi - Amboseli - Taita Hills - Mombasa - Nairobi.

 

Ważne byś nie zatracił się w ilości miejsc, które chcesz zobaczyć w stosunku do ilości dni jakimi dysponujesz. "Odhaczanie" punktów programu nie ma zastosowania na safari i jest to tam jeszcze bardziej pozbawione sensu niż gdziekolwiek indziej na świecie. Na poszukiwanie zwierząt potrzebujesz czasu. Nie uda Ci się wpaść na 1h na sawannę i zobaczyć wszystkiego co byś chciał. Podróż ma byćprzyjemnością a stara mądrość każdego anrodu brzmi, że nic dobrego z pośpiechu nie wynika ;)

Planuj tak, by unikać całodniowego przejazdu z jednego miejsca do drugiego. Np. z Masai Mary do Amboseli gdzie podróż trwa przynajmniej 10-12h. Fakt tego, że kierowca tylko w trakcie samej tej podróży będzie za kółkiem o wiele za długo niż powinien (w Polsce i w Europie kierowca może jeździć maksymalnie 9h dziennie) wpływa negatywnie na jego zdrowie, koncentracę - a więc na Twoje bezpieczeństwo.

W ciągu na szybko wciśniętego, krótkiego, wieczornego game drive (które być może przy dobrych wiatrach uda Ci się spędzić na wieczornym safari - o ile zdążycie dojechać i o ile Twój kierowca zgodzi się na dodatkowe kilkunaste godziny pracy tego dnia) - nie zobaczysz tak wiele ile mógłbyś mając więcej czasu na eksplorowanie parku! I przede wszystkim czas na nacieszenie się chyba jednym z najpiekniejszych miejsc w Kenii. To samy tyczy się sytuacji odwrotnej z Amboseli do Masai Mary. Tak długi przejazd to po prostu zmarnowany cenny dzień, który mógłbyś spożytkować na zachwycanie się pięknem dzikiej przyrody w Amboseli czy w Masai Marze, które akurat są miejscami gdzie należałoby spędzić przynajmniej 2 dni, by faktycznie mieć poczucie satysfakcji z zobaczenia wszystkiego, co te miejsca oferują.

Warto takie długie odcinki rozkładać sobie na dwie części zatrzymując się gdzieś w połowie drogi np. w Naivashy i przy okazji zobaczyć i zwiedzić piękne otoczenie jeziora. To jeden dodatkowy dzień do programu, ale przynajmniej nadający sensu całej podróży. Z doświadczenia w pracy z turystami oraz w planowaniu autorskich wypraw safari, że podróż udana to ta, podczas której możemy nacieszyć się miejscem i czasem spędzonym w swobodny i relaksujący oraz w pełnowartościowy sposób.  Lepiej zobaczyć jest mniej miejsc, ale dokładniej i spokojniej niż więcej miejsc - ale nie mając wystarczająco czasu, by zobaczyć je choć w połowie.

 

 

Jaki program safari wybrać?

 

Pamiętaj, że Kenia jest o wiele większym krajem niż Polska i z o wiele mniejszą siecią dróg nadających się do użytku. Między parkami i rezerwatami są czasami ogromne odległości, które pokonuje się w o wiele dłuższym czasie niż pokazuje Google Maps ;)

Aby zobaczyć te miejsca, które sobie wybierzesz - musisz te odległości pokonać. Pamiętaj proszę, że daleka odległość od siebie niektórych parków - nie jest winą organizatora ;)

Tym bardziej, warto tak dopasować program, by zminimalizować do granic możliwości transfery między punktami A i B. 

 

Większość  turystów przylatujących czarterami dużych biur decyduje się na 2 dniowe safari ponieważ cenią sobie pobyt w hotelu i leżenie na plaży czy nad basenem. Pomyśl proszę, czy nie warto akurat w tym przypadku skrócić liczbę dni w hotelu na rzecz safari? Pięknych plaż na świecie jest całe mnóstwo! Są niemal na każdym kontynencie i w każdym momencie możesz pojechać na wczasy z plażowaniem.

Dobrze zaplanowane safari może być również odpoczykiem. Możesz w jednym miejsco zostać kilka nocy - a tym samym odchodzi kwestia przejazdów. Ponad to w wiekszości lodży jest basen i piekny ogród. Jeżeli tylko program jest tak dobrze ułożony, że jest w nim czas na odpoczynek i nacieszenie się miejscem - to nie zmęczysz się na tym safari i wypoczniesz :)

Miejsc na safari na świecie nie ma tak wiele (a przynajmniej nie tak dobrych jak Kenia :D ), a więc dlatego uważam, że warto to wykorzystać w pełni kosztem plaży, a gwarantuję, że wspomnienia będą piękniejsze niż te z leżaka pod palmą 😉 

 

Dla ułatwienia safari podzieliłam na:

- krótkie 1-4 dniowe skupiające się programem głównie na samym safari bez zwiedzania - w najpopularniejszych i najłatwiej dostępnych parkach i rezerwatach,
- długie 5 i więcej-dniowe wyprawy, które mogę nazwać wycieczkami objazdowymi po kraju. Łączącymi w sobie oczywiście safari jako fundament wyprawy do Kenii - ale i również zwiedzanie miejsc istotnych historycznie, kulturowo i przyrodniczo ale niekoniecznie pod kątem tropienia zwierząt wyłącznie. Kenia ma całe mnóstwo zachwycających miejsc do zobaczenia! Nie tylko sawanny ze słoniami i zebrami ;)

 

Krótkie Safari

To w moim rozumieniu te 1,2,3 i 4 dniowe. Startujące z Mombasy czy z Nairobi, których program opiera się najczęściej na:  

 

Park Narowodwy Tsavo East - najczęstrzy punkt docelowy Safari 2 dniowych, ale również punkt programu safari 3 i więcej dniowych 🙂 Znajduje się najbliżej wybrzeża.

  • Brama Bachuma, którą wjeżdżają zazwyczaj wycieczki jest oddalona około +/- 3 godziny jazdy od miasta Mombasa (Od Diani Beach 4-5h).
     

Park Narodowy Tsavo West - Najrzadziej odwiedzany i niedoceniany (a szkoda!!) park z tych okolicznych - i raczej w trakcie Safari minimum 3 dniowych.

  • Brama Tsavo River Gate, z której najcześciej korzystają wycieczki oddalona jest około 2 godziny drogi od bramy Baczuma do Tsavo East, którą wjeżdżają Safari 2 dniowe. Czyli od Mombasy +/- 5 godzin + postoje (od Diani Beach ok 6-7h).
     

Prywatny Rezerwat Taita Hills - odwiedzany dość często przez wzgląd na popularną lodżę "na palach". Jest punktem programu w trakcie trwania safari 3 dniowych, a czasami i również 2 dniowych jako jedyny punkt docelowy zamiast do Tsavo East.

  • Również oddalony około 2 godziny jazdy od bramy Bachuma do Tsavo East czyli +/- 5 godzin + postoje od miasta Mombasa (ok 6-7 od Diani Beach).

 

Park Narodowy Amboseli - Najdalej oddalony ze wszystkich. To tam właśnie mamy szansę zobaczyć masyw Kilimanjaro. Punkt programów minimum 3 dniowych.

  • Czas przejazdu to +/- 9 godzin + postoje od miasta Mombasa (ok 10-11h od Diani Beach).
  • Od bramy parku Tsavo West jeżeli zwiedzamy pod rodze Lawy Shetani przejazd trwa +/- 1,5 godziny.
  • Od rezerwatu Taita Hills +/- 3-4 godziny.
  • Od parku Tsavo East +/- 5-6 godzin.
  • Z Nairobi ok. 5-6 godzin.
  • Z Naivashy ok. 7-8 godzin.

 

Rezerwat Narodowy Masai Mara najczęściej wybierany jako cel podróży małym samolotem bezpośrednio z Mombasy czy Diani Beach na 2 dni i teoretycznie do zrobienia w 2 dni z Nairobi - ALE TO ABSLOUTNIE BEZ SENSU. Częsty wybór jako safari 3 dniowe lub w 4 dniowym jako jeden z punktów wycieczki, gdzie zostaje się na 2 z 3 nocy. 

  • Z Nairobi ok 5-6 godzin ( w zależności do której bramy).
  • Z Nakuru ok 4 godziny
  • Z Naivashy ok 4-5 godzin

 

Park Narodowy Jeziora Nakuru - rzadko cel podróży safari 2 i 3 dniowego. Częściej 4 dniowego na jedną noc.

  • Z Nairobi do najbliższej bramy ok 3-4 godziny.
  • Z Masai Mary 4 godziny.
  • Z Naivashy 1-1,5 godziny. 

 

Rezerwaty Narodowe Samburu i Buffalo Springs jako przystanek na 2 noce w trakcie safari co najmniej 4 dniowych. 

  • Z Nairobi ok 6-7 godziny
  • Z Ol Pejeta 1,5-2 godziny

 

Prywatny Rezerwat Ol Pejeta na równiku. Jako cel 2-3dniowych safari lub punkt dłuższej wycieczki na jedną lub dwie noce. Rezerwat nie jest duży ale ma bardzo wiele atrajci do zaoferowania :)

  • Z Nairobi 3-4 godziny
  • Z Samburu 1,5-2 godziny

 

 

Długie safari - 5-16 dni i dłuższe.

 

Organizacja takiej wyprawy to już wieksze przedsięwzięcie. Najbezpieczniej byłoby zorganizować ją przy pomocy kogoś kto się na tym zna i wie jakie miejsca warto zobaczyć np. na trasie przejazdu z parku do parku i co po kolei zobaczyć, by miało to ręce i nogi - i najważniejsze - by czasowo i logistycznie było to realnie możliwe do zrobienia.

Dłuższe wyprawy na safari są o tyle lepsze, że są spokojniejsze - jest więcej czasu na odpoczynek i nacieszenie się miejscem oraz poznanie go dokładniej - zamiast odhaczania punktów wycieczki po kolei. Podczas długiej wyprawy możesz zobaczyć szeroki wachlarz nie tylko różnorodnych krajobrazów - ale i kultur plemion, tego jak żyją, wczym się trudnią itd. Szeroka gama najróżniejszych gatunków zwierząt wystepujących w tych kilku miejscach jakie odwiedzisz w trakcie wyprawy pozwili Ci zobaczyć większość biobogactwa jakim pochwalić się może ten kraj :) 

 

 

 

poradnik

To jak będzie wyglądał Twój program zależy od skonretyzowanych potrzeb. Warto się wcześniej zorientować i określić atrakcji oraz aktywności jakich chcesz się podjąć (wspinaczka, kąpiel pod wodospadem, rejs łodziami, odpoczynke, dłuższy obyt w jakimś miejscu), do jakich parków i rezerwatów chcesz pojechać i to jakie zwierzęta masz szansę w nich zobaczyć.

Nie wszędzie występują te same gatunki i najczęściej żeby zobaczyć całą Wielką Piątkę - po prostu trzeba odwiedzić kilka parków i rezerwatów. Np. nosorożec jest rzadko występującym zwierzęciem przez małą liczbę osobników, które żyją tylko w kilku miejscach w Kenii. Żeby mieć szansę go zobaczyć i tym samym zaliczyć Wielką Piątkę musisz się zorientować, w kórych miejscach masz REALNĄ szansę na jego ujrzenie. Np. nosorożce zyją w Tsavo East i Masai Marze - jednak o ile w Masai Marze bardzo rzadko - ale jednak - można go zobaczyć tak w Tsavo East jest to praktycznie niemożliwe. Za to największą szansę masz na ich wytropienie w Nakuru lub na równku w Ol Pejeta. 

Tak samo nie wszędzie da się zobaczyć lamparta - albo krokodyla. O dziwo nie wszędzie ma się realną szansę na zobaczenie lwa! Np. w Tsavo West, gdzie lwy żyją - to zobaczenie takiego graniczy z cudem. (Mi udało się to raz w życiu). W Kenii żyją aż 3 gatunki żyraf i 2 zebr w tym jeden  - można je zobaczyć - ale znowu w różnych częściach kraju. 

Sugeruję zapytać się organizatora o to, które miejsca zaproponowałby Ci, aby zaspokoić Twoje potrzeby i oczekiwania co do safari. Być może w okolicach jednego z parków, lub po drodze z jednego do drugiego są jakieś ciekawe i mało znane rzeczy do obejrzenia/zwiedzenia/zrobienia - co może urozmaicić Ci podróż?:)

 

poradnik 2

 

Przykładowa trasa 14 dniowej wyprawy safari wraz z wypoczynkiem nad samym oceanem.

 

 

Pojedź z nami w niebagatelną i kameralną podróż po przepięknej Kenii!

Doświadcz w 100% piękna dzikiej przyrody, zachwycających krajobrazów, wielu barwnych kultur, pysznego jedzenia i zapachu sawanny o poranku!

Napisanie tego poradnika zajęło mi kilka dni. Mam nadzieję, że wskazówki i porady w nim zawarte pomogą Ci podjąć decyzję, które z oferowanych safari wybrać oraz jak je sobie samemu lub z biurem podróży zaplanować :)

Jeżeli te informacje w jakiś sposób Ci się przydały to będzie mi bardzo miło - jak podziękujesz mi za nie - kawą ;) Wszakże od dawna wiadomo, że dobra kawa pobudza do działania!

 

Kliknij:

logo-buycoffee-wide
IMG-20220128-WA0007
program

Jak zaplanować safari w Kenii? - Poradnik Safari dla dociekliwych cz. 1

Gdy zaczyna Ci świtać w głowie pomysł.. - „a może by tak wybrać się na safari do Kenii..?”

WOW! Szukasz wtedy wszędzie potwierdzenia słuszności i geniuszu naszego pomysłu. Wchodzisz na Instagrama, sprzeglądasz zdjęcia "lodży" w grafice Google, zapisujesz się do grup tematycznych na Facebooku czy przeglądasz blogi podróżnicze takie jak ten. Oglądasz filmy na YT, czytasz relacje i reportaże. Gdzieś z tyłu głowy świta Ci już wizja siebie samego przeżywającego przygodę życia w pędzącym przez sawannę samochodem z otwartym dachem - ścigającego się z żyrafami i łapiącego lwa za grzywę 😉

Żyrafom odpuść - i tak z nimi nie wygrasz. Prawdopodobnie mają więcej gracji od Ciebie i biegają szybciej niż samochód może faktycznie po tej sawannie jechać - a lwa i jego grzywę zostaw w spkoju :P Niech śpią leniwie pod krzakiem w pełnym, palącym słońcu ;) - za to w podziękowaniu pomogę Ci zaplanować Twoją podróż życia!

Bo mimo, iż lwia grzywa swobodnie będzie powiewać na głowie leniwego właściciela, a żyrafa nieświadomie poruszać się będzie jak modelka na wybiegu - to Ty zachwycać się nimi będziesz do granic możliwości swojego poczucia estetylki, a "achy" i "ochy" strumieniami będą wydobywać się z Twoich ust ;)

no to do dzieła!

No, ale w końcu przychodzi taki moment kiedy trzeba podjąć jakąś decyzję. Ta kwestia najczęściej wywołuje u Ciebie mdłości gdy pomyślisz o tym, że musisz ruszyć cztery litery i zorganizować sobie coś sam lub odrobinę łatwiej – powierzyć to organizatorowi turystyki, polskiemu czy lokalnemu – ale jego też trzeba wybrać.

Łatwo byłoby wziąć pierwszego lepszego organizatora, ale ponieważ chcesz, żeby safari wyszło po prostu idealnie zastanawiasz się, przeglądasz oferty każdego z biur i wnikliwie czytasz opinie o każdym z nich. Wszystko wygląda okej do momentu kiedy należy uzgodnić program i cenę, a Ty nie wiesz nawet co masz zobaczyć itd. I tutaj przychodzę Ci z pomocą pisząc poradnik dla dociekliwych.

poradnik 1

Czego się dowiesz w tej części poradnika?

 

  1. Jak wygląda standardowy dzień na safari?

  2. Od czego zależy cena za safari w Kenii?

  3. Kierowca - przewodnik na safari w Kenii

  4. Pilot wycieczki lub osoba pełniąca funkcję pilota i przewodnika na safari w Kenii.

  5. W jakim języku prowadzone jest safari? Safari w Kenii po polsku - czy w polskim języku?

  6. Jak wybrać organizatora safari w Kenii? Na co zwracać uwagę wybierając biuro na safari?

Fundamenty Doświadczenia

Niniejszy poradnik stworzyłam w oparciu o moje wieloletnie doświadczenie w organizowaniu i przeprowadzaniu safari jeżdżąc po sawannie i tropiąc zwierzęta dosłownie miesiącami! Od tego zaczęłam - od pracy na safari - samej przerabiając najróżniejsze trasy, odwiedzając miejsca turystyczne (te bardziej i mniej znane - a warte zobaczenia), sprawdzając hotele i lodże. Pełniąc funkcję przewodnika i mając najróżniejsze przygody i przerabiając problemy oraz sytuacje niestandardowe natury całkowicie odmiennej od tych, które mogłoby spotkać człowieka w Europie. To wszystko daje mi mandat do tego, by móc pochawalić się po prostu naprawdę szerokim doświadczeniem i wiedzą na temat tego o czym mówię i piszę - i z całą pewnością doradzać w tym zakresie innym :)

Obecnie, wraz z moim partnerem Paul'em organizuję autorskie, wielodniowe wyprawy do Kenii Safari Po Naszemu nie siedząc za biurkiem - ale jeźdżąc z klientami na safari i samej w wolnym czasie zwiedzając oraz odkrywając coraz to nowsze i ciekawsze miejsca w Kenii nieustannie poszerzając swoją wiedzę i doświadczenie w pracy w tym kraju - a tym samym ofertę. Co jest tutaj kluczowe :)

W trakcie dalszej lektury pamiętaj proszę, że moim celem nie jest obrażanie kogokolwiek tylko rozłożenie kwestii organizacji safari na części pierwsze, tak byś Ty – podróżny - zrozumiał czemu koszty, program i wszystkie pozostałe aspekty są takie, a nie inne - oraz po to, byś wiedział od czego zacząć planowanie i na co zwracać uwagę, by nie zostać wprowadzonym w błąd, naciągniętym, bądź by być pewnym, że oferowane safari jest ułożone w realny do przeprowadzenia sposób i że wszystkie świadczenia jakie wykupiłeś będą Ci zapewnione. 

Skoro tu trafiłeś to znaczy, że intensywnie myślisz o tego typu wyjeździe. Chcesz odbyć podróż niestandardową, przeżyć super przygodę i potrzebujesz zachęty oraz podpowiedzi na temat tego jak zorganizować safari możliwie jak najłatwiej, jak najciekawiej i jak najtaniej.

Otóż:

  • Żeby było łatwo należy dowiedzieć się czegoś o miejscu, w które jedziesz, jego specyfiki, geografii i poszukać kilku praktycznych informacji jak sobie z tym poradzić.
  • Żeby było ciekawie, wy również musisz włożyć w to trochę pracy i zaangażowania z Twojej strony, czym właśnie jest stworzenie lub uzgodnienie programu z organizatorem.
  • No i żeby było tanio.. wtedy niestety najczęściej może nie być ani łatwo ani ciekawie. Nie do końca 😉
poradnik 1

1. Jak wygląda dzień na safari?

Do planowania niezwykle ważna jest podstawowa wiedza o tym jak wygląda standardowy dzień na safari. Z tą wiedzą możesz dobrać sobie program do Twoich potrzeb i oczekiwań, by uniknąć rozczarowania w formie gnania, marnowania dni na przejazd, brak czasu na odpoczynek i faktyczne skorzystanie z miejsca, o którego zobaczeniu tak bardzo marzyłeś!

  • Podczas dobrze zaplanowanego safari do lodży dojeżdża się w południe lub zaraz po - w porze lunchu. Najlepiej jest dojechać między 12.00 a 13.30 tak, by mieć czas na odpoczynek i nacieszenie się lodżą, która w Kenii jest takim rodzajem hotelu, który satnowi atrakcję samą w sobie :) O tym w dalszej części poradnika.

  • Po obiedzie jest zazwyczaj czas wolny na relaks około 2-3,5 godziny (basen, drzemka, zimne piwko, spacer po ogrodach, obserwacja zwierząt przy wodopoju czy z własnego pokoju/namiotu). Wiadomo - im więcej czasu dla siebie - tym lepiej. taka przerwa po lunchu na odpoczynek w upalnej Kenii rozładowuje nam pęd wycieczki danego dnia i daje czas na regenereację i relaks :) Coraz więcej osób zapomina, że to niestety turbo ważne (!).

  • Od około 15.00/15.30 większość lodży udostępnia w restauracji, na tarasie czy w lobby termosy z popołudniową kawą i herbatą przed wyprawą na game drive (wyjazd na poszukiwanie zwierząt). Na bank spotkasz tam kierowców - to wszakże bardzo brytyjski nawyk ;) Swoją drogą całkiem komfortowy i przyjemny - szczególnie, że kawa i herbata kenijska (niezwykle aromatyczne) pobudzają zmysły i koncentrację po upalnym popołudniu w Keni :)

  • Wyjazd na wieczorny game drive - godzina wyjazdu zależy od tego czy Twoja lodża znajduje się na terenie parku/rezerwatu czy poza jego granicami - i jak daleko jest od bramy. Standardowo wieczorny czy poranny game drive powinien trwać ok 2-3h. 

    Jeżeli lodża jest na terenie parku - co jest najbardziej korzystne i wartościowe - to game drive zazwyczaj zaczyna się około 16.00 i trwa on do około 18.30 czyli do zmierzchu. Wyjeżdżasz za teren lodży - i już od razu rozpoczynasz safari!! Jest ono wtedy dłuższe, spokojniejsze i najczęściej nie wymaga wytracania czasu na dojazd do praku/miejsca gdzie są zwierzęta oraz co najważniejsze - nie powoduje utraty cennego czasu na sawannie na powrót z miejsca gdzie są zwierzęta - na bramę, by opuścić park przed jego zamknięciem. Nocując w lodży na terenie parku Twój czas na poszukiwanie zwierząt jest realtywnie dłuższy czasem nawet o 30 min, które (w zależności od parku) wraca się do bramy - i to w najciekawszym na sawannie momencie! To aż 1/4 lub 1/5 Waszego czasu na sawannie!

    Jeżeli lodża jest poza parkiem to game drive powinien zacząć się odpowiednio wcześnie np. o 15.00/15.30 tak, by dojechać do tego parku, kupić bilety na bramie, wjechać na jego teren i mieć przynajmniej te minimum 2h na sawannie - ponieważ i tak odpowiednio wcześnie trzeba z niej zacząć zjeźdżać do bramy, by wyjechać na czas z parku, co niestety jest pewnym ograniczeniem - i wytraca się czas na odpoczynek i korzystanie z udogodnień i atrakcji lodży.
    Nocowanie poza parkiem ma sens tylko i wyłącznie wtedy kiedy nocujesz w danym miejscu conajmniej 2 noce - a więc niezależnie od odległości - masz czas i zdążysz wieeele zobaczyć w odwiedzanym miejscu - lub kiedy po prostu kiedy ogranicza Cię budżet.

    Do niedawna władze części parków przymykały oko na spóźnialskich, którzy przedłużali safari klientom, którzy spali poza parkiem. Lecz gdy ci spóźnialscy gnali "na łeb, na szyję" potrącając zwierzęta po drodze, by tylko zdążyć na bramę na czas - słusznie zaostrzono przepisy w parkach - jednak skraca to rzeczywisty czas przebywania na sawannie. 

  • Następnie jest kolacja i czas dla Ciebie. Niektóre lodże zbudowane są w pobliżu podświetlonych wodopojów, inne zaś oferują odpoczynek przy ognisku, pokazach tańca Masajów czy przy spokojnej muzyce granej na żywo. Możesz po prostu rozsiąść się wygodnie z np. napitkiem w ręku, by obserwować zwierzęta, cieszyć się rozwgieżdżonym - jedynym takim na świecie -niebiem nad głowami i dźwiękami buszu nocą :) Potem, o grzecznej porze powinno się iść spać, by rano na safari przed świtem wstać!

  • Kolejnego dnia wcześnie rano pobudka - jeżeli jedziesz w kolejne miejsce - po wczesnym śniadaniu, pakowanie bagaży i wyjazd na poranny game drive.
    Jeżeli zostajesz drugą noc to najczęściej (przynajmniej ja robię tak w kilku miejscach w trakcie moich autorskich wypraw do Kenii) wyjeżdżasz na safari przed śnadaniem, by wrócić do lodży na pełen posiłek i odpoczynek. Następnie w zależności od programu jeden lub kolejne dwa game drive w ciagu dnia.

    W niektórych miejscach takich jak Masai Mara częstą praktyką jest wyjazd na wielogodzinne safari np. ok 9h. Wtedy zabieramy ze sobą lunch boxy i robimy sobie piknik na sawannie w cieniu rozłożystej robinii! (To też nasza praktyka :P ).

    W Samburu gdzie na obecną chwilę często nocuje się w rezerwacie Buffalo Springs, który od Samburu dzieli tylko rzeka będąca granicą między rezerwatami - wyjeżdża się na poranne safari z Buffalo do Samburu na ok 5h aż do lunchu, kiedy wraca z Samburu do Buffalo i wieczorne safari kontynuuje w Buffalo :)

Jak widzisz wszystko zależy od programu - czyli tego co masz w harmonogramie Twojej wycieczki i w sposobie ułożenia tego tak, by miało to ręce i nogi :)

 

 

2. Od czego zależy cena safari w Kenii?

poradnik 1

Safari w Kenii nie jest tanią imprezą. Wszelkie usługi - noclegi, transport, bilety wstępu dla obcokrajowców w Kenii są o wiele wyższe niż ceny np. w Polsce czy w Europie. Zdecydowanie większość kwoty jaką płacisz za safari to cena za nocleg, który to w Kenii jest naprawdę drogi - szczególnie w okolicach lub na terenie parków narodowych i rezerwatów. 

Poniżej po krótce opisuję Ci od czego zależy cena za safari, które sobie zaplanujesz lub które wybierzesz.

 

  • Sezon turystyczny - w Kenii większość lodży i hoteli wyróżnia 3-4 sezony turystyczne w ciągu roku kalendarzowego, które charakteryzują się mniejszymi lub większymi cenami za nocleg. Najwyższy sezon - a tym samym najdroższy - to okres Wielkiej Migracji w Masai Marze (lipiec-wrzesień/październik), co przekłada się na wyższe ceny w całym kraju oraz okres Świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocny i Sylwestra.

    Najtaniej jest wtedy kiedy pada deszcz w kwietniu i w maju aż do końca czerwca kiedy prawie nikt nie jeździ heh... ;) Uśrednione ceny są zazwyczaj na jesieni i trochę wyższe na początku roku kalendarzowego -  co roku zdecydowana większość lodży i hoteli podwyższa stawki za noclegi na kolejny rok.

    W obecnym roku (2022-2023) ceny za wejściówki - do parków narodowych i obszarów oraz obiektów będących pod opieką Kenya Wildlife Service (KWS) - też zależą od konkretnych miesięcy. Stawki KWS zmieniają się średnio co 1-2 lata.

  • Program Safari - odwiedzane praki/rezerwaty i ceny za wstęp do nich pomnożone przez ilość dni jakie tam spędzisz. Dodatkowe atrakcje - muzea, rejs łodzią, lecznice dla zwierząt itd. Im więcej atrakcji dodatkowych w programie, im więcej odwiedzanych miejsc - czyli im bardziej bogaty program - tym droższe będzie safari. Za każdą atrakcję dodatkową jest przecież opłata wstępu.

  • Ilość dni - im dłuższe safari tym wyższa cena. Lub inaczej - im więcej dni na safari tym wyższa cena.  Niektóre biura oferują wyjazdy do Kenii np. na 10 dni. Z czego tylko 2 lub 3 dni spędza się na safari a pozostała część wyjazdu skupia się na pobycie nad oceanem - co ZNACZNIE obniża koszty - ale faktycznie na safari spędzasz TYLKO 3 dni!

    Jak to działa:

    Za każdy dzień na safari płacisz za wstęp między 60 USD a 100 USD/os/dzień (!!!), za lodżę, która zazwyczaj jest droższa niż hotel nad oceanem, za transport i za usługę przewodnika + jego te same koszty co Twoje (lodża + wstęp do parku). Każdy dzień na safari kosztuje przynajmniej 2-3 razy więcej niż dzień w hotelu nad oceanem, gdzie poza kosztami noclegu i ew. wyżywienia nie ma innych dodatkowych. Może jakieś "drobne" w porównaniu za wstępy do parków narodowych - koszty lokalnych atrakcji na wybrzeżu.
      
    Jeżeli jedziesz na wyprawę, która skupia się głównie na safari i bez pobytu nad oceanem, lub krótkim na sam koniec na pewno zapłacisz więcej - ale za to i zobaczysz więcej ;)

    Nie można porównywać wyjazdu na tydzień do Kenii w celach wypoczynkowych w hotelu nad oceanem + ew. 2-3 dniowy wypad na safari - z wielodniową wyprawą po całej Kenii, której głównym celem jest obserwacja zwierząt i która ma zupełnie inną specyfikę

  • Ilość osób biorących udział w całej grupie oraz ilość osób w samochodzie - do samochodu wygodnie mieści się 6 osób. Wtedy każdy ma swoje miejsce przy oknie i potem w trakcie trwania safari pod otwartym dachem każdy ma swoją przestrzeń. Im mniej osób w samochodzie tym drożej. Podobnie z grupą. Przykładowo taniej będzie kiedy pojedzie pełne 12 osób w grupie w dwóch samochodach niż np. 7 czy 8 osób w dwóch samochodach gdyż w jednym z aut nie ma pełnego składu, co zawyża cenę wszystkim uczestnikom.

  • Od standardu lodży oraz od ich lokalizacji - im lepszy standard tym wyższa cena. Lodże na terenie parków i rezerwatów w większości przypadków są droższe niż te, które są poza ich obrębem - i zazwyczaj w większości w wyższym, droższym standardzie (z wyjątkami). Cena lodży bardzo zależy też od parku w którym, lub w pobliżu którego się znajduje. Przykładowo lodże w Tsavo West i East są o wiele tańsze niż lodże w Masai Marze lub w Ol Pejeta i Samburu.
     
  • Od rodzaju samochodu jakim się jedzie - na safari można jechać Land Cruiserem (BŁĘDNIE nazywanym JEEP'em !!! :P ) lub Vanem. Oba pojazdy opiszę w kolejnej części poradnika. Za transport Land Cruiserem cena jest wyższa niż za transport Vanem - przynajmniej powinna być. Niestety niektórzy organizatorzy i biura podróży zaniżają ceny LC co rzutuje na mniejszej ilości lub braku zleceń dla kierowców Vanów. Jest to nieuczciwa konkurencja, psucie funkcjonowania rynku turystycznego i zaniżanie wynagrodzeń ciężko pracującym kierowcom :(

  • Uczestnictwo i opieka pilota/przewodnika - jeżeli poprosimy dodatkowo o udział opiekuna grupy musimy liczyć się z tym, że cena za safari będzie powiększona o jego wynagrodzenie za każdy dzień pracy, koszt noclegu w każdej z lodży (a jego wysokość zależy od standardu lodży, którą wybraliście i jej ceny), koszt biletów wstępu do wszystkich parków i rezerwatów oraz dodatkowo odwiedzanych atrakcji jak np. muzea czy lecznice dla zwierząt. Czyli im więcej dni i im więcej odwiedzanych miejsc i atrakcji, lepsze lodże - a im mniej uczestników w grupie czy w samochodzie - tym cena będzie wyższa. Im więcej uczestników tym cena niższa.


    Pilot/przewodnik - a zwłaszcza mówiący naszym językiem polskim - to absolutna wartość dodana o cenne informacje, fakty, ciekawostki, opowieści, historie i w większym poczuciu bezpieczeństwa oraz komfortu!

Jak to funkcjonuje

Cena za safari zależy też od ilości osób, które wchodzą w skład grupy, która zajmuje się tym, by Twoja wycieczka się udała.

Jeżeli jest to mała, jednoosobowa/rodzinna firma to Twój organizator nie ma kosztów poza swoimi i Twoimi. Może podać Ci kwotę, na którą sam ceni swoją pracę. Ale pamiętaj - doświadczenie, które zdobywa się latami i profesjonalizm oraz wysoka jakość usług - zawsze jest w cenie. W każdej branży. Jeżeli jesteś przedsiębiorcą na własnej działalności - sam to dobrze wiesz ;)

Jeżeli jest to duże biuro mające kilku lub całą sieć pracowników takich jak: panią od rezerwacji, pana od promocji, od tworzenia produktu, kierowców, koordynatorów kierunku, przewodników czy pilotów i robi safari na większą liczbę osób niż 6 to mimo iż część kosztów się rozkłada na większą ilość uczestników to dochodzi wynagrodzenie większej ilości pracowników, by to wszystko miało ręce i nogi - oczywiście kwota powinna się raczej zwiększyć.

Cena w koncernach turystycznych zależy od wielu czynników m.in. od trendów, reklamowania i zainteresowania się danym kierunkiem potencjalnych klientów.
Bardzo duże biura i koncerny turystyczne bazują na hurtowej - a więc tańszej - sprzedaży operując od kilkudziesięciu do kilkuset pokojami w tygodniu na danym kierunku - dla jednego do trzech samolotów w ciągu 7 dni czyli dla nawet 600 osób, z których 1/3 zostaje na 2 tydzień wakacji czyli nawet dla 800 osób!
Przy takich ilościach biuro może pozwolić sobie na promocje itd. Ponieważ jeżeli biuro nie sprzeda wszystkich już i tak wykupionych na dany tydzień pokoi - a nie daj Boże miejsc w samolocie, na które biuro wydaje najwięcej pięniędzy - da promocję na last minute, by pokryć choć w połowie brakujące w budżecie pieniądze za bilety czy pokoje, by cokolwiek się zwróciło.
Tak samo im więcej turystów w grupie na wycieczce objazdowej tym niższe koszty więc i odrobinę można zejść z ceny - co i tak przy tak dużej liczbie osób będzie się opłacać. Stąd często różnica w cenie za tę samą wycieczkę nawet o połowę!

ALE!! UWAGA!

Wiele osób patrzy na ceny safari dużych koncernów turystycznych, nie zważając na FAKTYCZNĄ cenę safari, która w formie dodtkowo płatnych pakietów w gotówce na miejscu, które nie są zawarte w cenie podnej na stronie - zawyża cenę za safari nawet o kilka tysięcy złotych! Takie "pakiety" płatne w gotówce na miejscu nie ulegają obniżkom po obniżce ceny wycieczki.


Mniejsze biura podróży nie mają z góry wykupionych hurtowo, tańszych pokoi. Wszelka obniżka jest obniżką na własnym wynagrodzeniu - lub dopłacaniem z własnych pieniędzy do klienta.
Im mniej turystów obsługuje biuro tym rzadsze są promocje - jednak im mniejsza liczba turystów tym biuro bardziej nastawione jest na indywidualność oferty i obsługi klienta - a miej na turystykę masową. 


Porównanie:

  • Idziesz do Ikei i kupujesz meble. Są często promocje, a meble są o wiele tańsze. Jednak raczej w większości kiepskiej jakości, które używane starczają na kilka lat a po roku odchodzi laminat.
  • Idziesz do stolarza, a ten dobiera wysokiej jakości drewno, projektuje całą kuchnię pod Twoje potrzeby i montuje. Meble starczają na kilkanaście-kilkadziesiąt lat. Ale wszystko jest droższe i raczej bez promocji. Jednak wiesz za co płacisz. 

 

W ilu branżach jest podobnie? ;) Prawie w każdej. Znowu - doświadczenie i jakość się cenią!

 

z życia wzięte

Ponieważ klienci szukają jak najtańszych ofert - często last minute - to by zminimalizować koszty - jakość usług (lodże, hotele, samochody) raczej będzie gorsza/w niższym standardzie niż w przypadku nastawionych na klienta indywidualnego biur. Do tego często grupy są bardzo liczne, co fatalnie zaniża jakość wycieczki.

Pamiętam, że gdy pracowałam dla jednego z dużych biur podróży zdażyło mi się kilka razy mieć na safari grupę 36-37 osób, których upchnięto do 6 samochodów, którymi musiałam się opiekować. Byłam zmuszona rozdzielać czasami pary/małżeństwa na dwa różne samochody, co dla mnie samej było straszne (teraz podobno już tak na szczęście nie ma) ;( .

4 Samchody to bardzo dużo! Przy 6 nie byłam w stanie być we wszystkich autach jednego dnia i bywało, że jako pilot/przewodnik wsiadałam do samochodu klientów na pół godziny dziennie i to co drugi dzień. Więc klienci siłą rzeczy nie dowiedzieli się wiele o Kenii, a ja padałam ze zmęczenia 4-6 razy opowiadając to samo w kilku samochodach bez chwili wytchnienia.

Równiesz safari było czasami koszmarem. Zwłaszcza jak zjechało się więcej niż jedna grupa czyli w czasie game drive na sawannie mogło być nawet kilkanaście samochodów! Do tego trzeba dodać samochody innych biur podróży z całego świata. I nagle sygnał w radio, że pojawił się simba (lew) - i zaczyna się wyścig szczurów, bo każdy kierowca chce pokazać swoim klientom lwa, szczególnie, że dla krótkich safari ten lew mógł być jedynym w trakcie całej wycieczki! Wyobraź sobie jednego lwa i 30 samochodów próbujących się do niego "dopchać". Zamieszanie, hałas i niezadowoleni klienci gdy nie uda się stanąć wystarczająco blisko.

Ogromnym wysiłkiem dla mnie było sprawienie, że klienci finalnie byli zachwyceni podróżą, choć często właśnie powyższe sytuacje sprawiały, że czuli niedosyt lub niesmak i niezadowolenie. Duża ilość osób na jednego przewodnika/pilota jest w moim mniemaniu ogromnym minusem w całej podróży :(

Obecnie prowadzę własne, autorskie wyprawy do Kenii dla kameralnych grup i klientów indywidualnych. Wybieram miejsca ciekawe do zobaczenia i jednocześnie mniej uczęszczane przez turystów. Stawiam jak tylko się da na krótkie przejazdy tak, by zawsze być na (często wczesny) lunch w lodży w kolejnym parku, mieć czas na relaks i odpoczynek - i przede wszystkim stawiam na małą liczbę osób w grupie.

Odkąd się tego podjęłam mam tylko i wyłącznie zadowolonych, pełnych wiedzy i refleksji po podróży oraz zachwyconych pięknem dzikiej przyrody Kenii klinetów!! A ja nie wyobrażam sobie lepszej i bardziej komfortowej pracy :) Kosztuje to odrobinę więcej  - w teorii. Pomijając fakt, że za lepszej jakości usługi płaci się więcej - porównując jakość wszystkiego (bogaty program wyprawy, ilość atrakcji, najlepsze lodże, samochód, moja opieka i usługa przewodnicka) oraz przyjemność z satysfakcją z podróży - kosztuje to mniej niż powinno :)

Oferta Safari w Kenii

Pojedź z nami w niebagatelną i kameralną podróż po przepięknej Kenii! Doświadcz w 100% piękna dzikiej przyrody, zachwycających krajobrazów, wielu barwnych kultur, pysznego jedzenia i zapachu sawanny o poranku!

3. Kierowca - przewodnik na safari w Kenii

Bardzo ważna na wyjeździe jest osoba, która pełni rolę przewodnika. Oficjalnie jest to kierowca. To on dba o Twoje bezpieczeństwo na drodze i w parku, w otoczeniu dzikich zwierząt. To on tropi je dla Ciebie i w zasadzie ma obowiązek przekazania Ci wiedzy jaką na ich temat posiada. On Ci zapewnia całą tę otoczkę pozytywnych emocji, tworzenia miłej i wesołej atmosfery – on ma sprawić, że ten wyjazd zostanie niezapomniany!

Kilka lat temu wszedł w życie przepis nakazujący wszystkim kierowcom odbycie obowiązkowego, kilkutygodniowego kursu, którego ukończenie pozytywnie zdanym egzaminem przyznaje im licencję turystyczną na wykonywanie zawodu przewodnika-kierowcy na safari. Powstało to po to, by zwiększyć ich kompetencje, wiarygodność oraz bezpieczeństwo klientów - i by wyeliminować tych samozwańczych kierowców, którzy bez wiedzy o bezpieczeństwie i przepisach obowiązujących w parkach po kosztach organizowało safari dla turystów.

Teoretycznie każdy kierowca, chcący pracować na safari powinien odbyć taki kilkutygodniowy kurs. Znam kierowców, którzy odbyli jedynie weekendowy i to nie był kurs organizowany z ramienia państwa. Ciężko obecnie jest mi stwierdzić czy owi kierowcy, po tych kilku dniach kursu są lepsi w swoim fachu, czy nie. Akurat w tym zawodzie chyba najważniejsze jest doświadczenie. Jeżeli kierowca ma lata pracy na safari za sobą ten kurs niewiele wniesie mu nowego w jego pracę, a kierowca ten i tak będzie dobry w swym fachu. Natomiast komuś młodemu, lub kto zaczyna pracę w tym zawodzie taki kurs - i to dłuższy - bardzo by sie przydał bo przyspieszyłby zdobycie tej wiedzy, której przyswojenie w normalnych warunkach zajęłoby lata pracy. Myślę więc, że uprawnienia te będą weryfikowały następne pokolenia kierówców.

Inna kwestia jest taka, że wiem o kierowcach, którzy kupili sobie kurs i egzamin - lub tylko jedno z tych dwóch, by prowadzić safari. Czyli nie odbyli żadnego szkolenia i zrobili uprawnienia po kosztach, co jest nieuczciwe względem tych, którzy zrobili to we właściwy sposób. Niestety w Kenii korupcja jest obrzydliwe codzienną rzeczą. Ale karma wraca!

poradnik 1
poradnik
poradnik 1
poradnik 1
IMG_20210819_162737
poradnik 1
poradnik 1
fbt
poradnik 1

4. Pilot wycieczki lub osoba pełniąca funkcję pilota i przewodnika na safari w Kenii.

Często większe biura i organizatorzy wysyłają jeszcze pilota wycieczki lub opiekuna grupy, który zajmuje się pilnowaniem realizacji świadczeń, które Ty jako podróżny wykupiłeś, pomaga przy kwaterowaniu, instruuje jak się przygotować do kolejnych punktów wyjazdu, pomaga w kontaktach z obsługą, również zapewnia Ci rozrywkę oraz podtrzymuje miłą atmosferę, ramię w ramię z kierowcą i w przypadku polskich klientów tłumaczy przewodników-kierowców - lub sam staje się przewodnikiem, jak to było w moim przypadku.

Część klientów uważa, że piloci są zbędni, a część - że niezbędni. Myślę, że pilot jest zapewnieniem komfortu, że usługi i świadczenia jakie wykupiłeś będą należycie i w całości wykonane oraz jest komfortem tego, że o nic nie musisz się dowiadywać, planować, martwić, zastanawiać czy reagować kiedy coś się dzieje.

W zakresie moich obowiązków jako pilota (w rozumieniu polskich przepisów) jest również przekazywanie podstawowej wiedzy o odwiedzanych miejscach. Mimo iż nie moim, a przewodnika-kierowcy obowiązkiem jest przekazywanie tak obszernej wiedzy o swoim kraju, to ja, jak i również moi koledzy po fachu wkładamy naprawdę ogrom pracy by jakość naszych usług i tego, co Ci przekazujemy była naprawdę dobra. W większości jesteśmy pasjonatami danych krajów czy kultur i czystą przyjemnością jest dla nas dzielenie się z Tobą i pozostałymi turystami naszą wiedzą i doświadczeniem 🙂

Porównując swoją wiedzę jaką posiadam na temat Kenii oraz tę posiadaną przez moich polskich kolegów po fachu, a wiedzę przewodników na miejscu naprawdę uważam, że ja, jak i większość znanych mi pilotów, moglibyśmy się nimi nazywać . Ta praca naprawdę jest bardzo wymagająca, absorbująca przez co trudna. Wbrew powszechnej opinii nie pracujemy leżąc na basenie i z drinkiem z palemką w ręku każdego dnia. 😉

Na swojej drodze spotkałam kierowców, z którymi współpraca była dla mnie bardzo cenna, niezwykle wartościowa i przyjemna, gdyż wiele się od nich mogłam nauczyć, i na których mogłam polegać w kryzysowych sytuacjach. Spotkałam, też takich, których (nieskromnie mówiąc) prześcignęłam w wiedzy o zwierzętach - a i nawet w wiedzy o historii ich własnego kraju - już po dwóch tygodniach przebywania w Kenii.

Organizatorzy, którzy przykładają wagę do jakości oferowanych usług dbają o to, by mieć kompetentnych kierowców-przewodników, co naprawdę przekłada się na wrażenia z wyjazdu i kolejne zlecenia.

Obecnie częstą praktyką jest zatrudnianie przez niektóre, lokalne biura podróży kenijskich pracowników, którzy uczeni są - lub sami się uczą - języka polskiego (lub innych języków) i tak samo jako opiekunowie grupy jeżdżą z turystami również pełniąc rolę przewodnika. Bo tak jak ja i inni polscy przewodnicy - formalnie nimi nie są. Kierowcy są przewodnikami. 
Wszyscy jesteśmy opiekunami grup pełniącymi rolę przewodnika - teraz od Twojej wygody i potrzeb zależy czy wybierzesz kenijczyka mówiącego po polsku (w różnym stopniu) lub polaka mówiącego w Twoim ojczystym języku :)

 

5. W jakim języku prowadzone jest safari? Safari w Kenii po polsku - czy w polskim języku?

Tutaj wypowiem się na temat najbardziej mi bliski. Otóż zauważyłam, że większość turystów z Polski zwłaszcza osób z pokolenia moich rodziców i starszych, nie mówi i raczej nie rozumie języka angielskiego. Ta tendencja jest na szczęście malejąca, ale cały czas jest to dość spory problem na drodze komunikacji między organizatorem, a klientem. Już pomijając fakt ewentualnych nieporozumień podczas ustalania warunków usługi, lub potem podczas realizacji programu, to dla osób nieznających języka angielskiego - safari i cała podróż może wydać się pusta w rozumieniu tego, co mogliby się dowiedzieć o Kenii. Ciężko dla jest dla polskiego turysty - którego uważam, za bardzo świadomego podróżnego i chętnego dowiedzieć się więcej o danym kraju - pojechać do jakiegoś kraju i nie móc dowiedzieć się czegoś więcej o kulturze, o ludziach, historii, polityce czy o zwierzętach właśnie w tym przypadku.

Uważam, że nawet jeżeli zna się angielski na komunikatywnym poziomie, co starcza nam by się porozumieć, to obsługa w języku polskim jest naprawdę o wiele bardziej wartościowa i satysfakcjonująca. O ile więcej przekaże Ci cennych informacji osoba, która mówi biegle w Twoim języku niż osoba, która dopiero zaczęła w nim mówić lub mówi używając prostych słów i zwrotów?

Wyobraź sobie, że teraz Ty z Twoimi bardzo podstawowymi umiejętnościami mówienia po angielsku musisz opowiadać w tym języku o polskich zwierzętach, historii, tradycjach, potrawach, ubiorze, budownictwie, polityce, geologii, geografii i kwestiach społeczno-kultrowych właśnie Kenijczykom. Czy czułbyś, że wysłowiłeś się dobrze i wypowiedziałeś się do końca na jakiś temat i czy oni jako Twoi klienci byliby usatysfakcjonowani z takiej formy i ilości informacji?

To jest o tyle ważne, że pomijając długie przejazdy gdzie jest czas na opowieści o wszystkim, co dotyczy Kenii (a można opowiadać i opowiadać!), to na safari, nawet samo nazewnictwo w języku polskim poszczególnych gatunków zwierząt jest trudne dla Kenijczyków, a co dopiero rzetelny opis życia danego zwierzęcia i ciekawostki z nim związane. Nauczenie się nazw zwierząt to jedno, a opowiadanie o nich w języku polskim to drugie. Wiem, że niektórym klientom wystarczy jak dowiedzą się, że widzą słonia i ile on waży, albo ile lat żyje, za to większość moich klientów była niewymownie zaciekawiona i zszokowana umiejętnościami komunikacyjnymi i naprawdę złożonym umysłem oraz inteligencją emocjonalną jakie te zwierzęta posiadają!

Dopiero kiedy zabrałam na Safari swoją mamę i wujostwo, uderzyło mnie jak bardzo płynny język polski ze strony przewodnika umila i ubogaca podróż. Moja mama nie mówi w języku angielskim i rozumie zaledwie kilka słów i sformułowań. Podobnie jak moje wujostwo. Zrozumie, że elephant is big albo, że gazela run very fast and jump high. Jednak nie zrozumie że wildebeast to antylopa gnu, giant kingfisher to rybaczek żałobny, baboon to pawian czy fish eagle to bielik afrykański.

Nie zrozumie jak będzie się jej opowiadało po angielsku o tym, jak wygląda hierarchia i struktura stada hien (a tak w ogóle to krokut), o tym jak za pomocą infradźwięków komunikują się słonie, dlaczego zebra jest czarna w białe pasy i czemu to służy oraz czemu sierść lamparta pod ogonem jest biała oraz jak wyglądają jego preferencje żywieniowe - bo nie są typowe dla kotów!. Tej niezwykle ciekawej i zajmującej wiedzy jest naprawdę sporo, a słów po polsku często u niektórych za mało.

Zadaj sobie pytanie z czym będziesz się czuć wystarczająco komfortowo i co na jakim poziomie Cię usatysfakcjonuje - czy znasz język angielski na tyle, by zrozumieć te wszystkie informacje i móc ewentualnie tłumaczyć rodzinie czy współtowarzyszom? Czy język polski w stopniu podstawowym, komunikatywnym lub ze słownictwem opatym tylko na słownictwu "branżowym", dobrym ale rzadko płynnym ze strony lokalnego przewodnika Ci wystarczy? A może w ogóle nie potrzebujesz przewodnika mówiącego po polsku bo zwyczajnie Cię to nie interesuje? Albo jednak nie znasz kompletnie angielskiego i chcesz biegłego w mowie przewodnika polskojęzycznego?

Proszę nie zrozum mnie źle – moja powyższa wypowiedź nie jest to z mojej strony wyraz pychy i samouwielbienia. Pomyśl o tym na początku i dopiero wtedy, jak już będziesz znał swoje potrzeby zacznij wybierać organizatora.

 

6. Jak wybrać organizatora safari w Kenii?
Na co zwracać uwagę wybierając biuro na safari?

W Kenii jest kilka biur prowadzonych przez małżeństwa czy pary polsko - kenijskie (między innymi my - Safari Po Naszemu). Są też biura zarządzane przez Polaków pośrednio. Są też te kenijskie, w których kierowcy lub opiekunowie grup tzw. "przewodnicy" uczą się i starają się mówić po Polsku. Są i też takie, których pracownicy mówią tylko po angielsku i też robią świetną pracę! Jest też mnóstwo samotnie działających, miejscowych organizatorów, których spotkacie najpewniej na plaży - ale absolutnie w każdym przypadku warto sprawdzać ich licencję (!!).

 

 

Dlaczego? Dlatego, że przede wszystkim kilku organizatorów - proponujących safari dla polskiego klienta - nie ma zielonego pojęcia co oferuje. Ty jako potencjalny klient tego nie dostrzeżesz, ale ja jako osoba, która zna się na safari z racji wieloletniego doświaczenia w tej pracy - widzę i mówię do Boga, że widzi - a nie grzmi!!!

Jeszcze do niedawna jeden z "organizatorów" ogłaszał się z safari w Serena Sweetwaters, a następnego dnia z przejazdem do kolejnego rezerwatu Ol Pejeta. Ale niestety nie wiedział chyba, że Serena Sweetwaters to lodża NA TERENIE rezerwatu Ol Pejeta... ale by było zdziwko w trakcie safari! ;)

Tak samo inny "organizator", który dogadał się z plażowym sprzedawcą, z którym pojechał na safari na całe 2 dni - stwierdził, że już wie wszystko o Kenii, by organizować safari. Jeszcze do niedawna na stronie oferował safari w Masai Marze z - uwaga - noclegiem w Voi Safari Lodge, która jest na terenie Parku Narodowego Tsavo East. To "tylko" 600 km. Na bank zdążyliby przed zmierzchem.. - kolejnego dnia. 

Był też "organizator", który opisywał, że będzie jechał z Ol Pejeta do Amboseli przez Narok. Hm. Nie da się tak. To tak jakby napisać, że się jedzie z Warszawy do Krakowa przez Toruń. Ten sam "organizator" opisywał, że będą szukali na safari tygrysów.. których nie ma w Kenii. Ba! Nawet w Afrcye. To jest tak podstawowa wiedza jak to, że alfabet zaczyna się od litery A.

 

Licencja i legalna działalność. 

Licencja gwarantuje, że Twój organizator jest kompetentą osobą/firmą - znającą się na swojej pracy - wiedzącą, gdzie w Kenii znajdują się poszczególne parki i rezerwaty - i jakie lodże są na ich terenie lub w okolicy do wyboru oraz jakie atrakcje oferuje dany region. Zna zasady bezpieczeństwa i prawidłowego poruszania się po parku w sposób, który nie zagraża życiu i zdrowiu klientów, ale i również nie narusza spokoju zwierzętom. Poza tym jest w mocy zareagować i znaleźć rozwiązanie w nagłej sytuacji kryzysowej, uzyskać pomoc odpowiednich władz oraz ma narzędzia, kontakty i asy w rękawie dzięki, którym potrafi rozwiązać problem. Jest zawsze zorientowany w przepisach i w sytuacji w kraju. Czyli, że jak się pali - to wie jak ten pożar ugasić i ma o tego gaśnicę. 

Każde legalnie działające, kenisjkie biuro podróży będzie miało corocznie wydawaną przez państwowe Tourism Regulatory Authority licencję, która wygląda jak ta na kiepskiej jakości zdjęciu  obok - nomen omen ściągniętym ze strony TRA :P Będzie na niej numer licencji i data ważności oraz odpowiednie podpisy, pieczątki itd. Jeżeli biuro tego nie posiada - nie działa legalnie. 

Na każdym samochodzie zarejestrowanym jako samochód do przewozu turystów są odpowiednie naklejki na przedniej szybie oraz na tyle samochodu, które poświadczają wiarygodność kierowcy z ramienia właściciela auta/organozatora safari (nie zawsze kierowca jest właścicielem pojazdu, a jedynie go wynajmuje). Policja weryfikuje je za pomocą odpowiedniej aplikacji. 

Każdy kierowca posiadający licencję (jak na zdjęciu obok) ma prawo do przewozu turystów po Kenii i kenijskich parkach rezerwatach itd. w celu odbycia safari. Tylko on i tylko z taką licencją wydaną przez NTSA czyli National Transport and Safety Authority. Jest to plastikowa karta wielkości prawa jazdy czy dowodu. Jest na niej:

  • zdjęcie kierowcy,
  • imię i nazwisko,
  • data ważności licencji (na rok),
  • pracodawca (może być kierowca, który jest freelancerem więc w takim przypadku napisane jest N/A),
  • numer dowodu osobistego,
  • numer seryjny licencji.

ŻADEN inny papierowy świstek z pieczątką nie jest potwierdzeniem posiadania licencji!!

poradnik 1
wzory licencji
poradnik 1

 

Co sobą reprezentuje organizator safari

Czy jakkolwiek udziela się merytorycznie o Kenii? Czy udziela się w mediach i social mediach - nawet jeżeli sporadycznie - w sposób merytoryczny? Albo czy czy wstawia chociażby posty na Facebooka z treścią bardziej ambitną i inną niż serduszka czy inne kwiatuszki oraz że jest fajnie czy tanio - lub czy potrafi opisać proponowane przez siebie parki w szerszy sposób niż, że są tam zwierzęta i że jest "widok na wielką piątkę"? ;) Czy faktycznie widać, że posiada głębszą wiedzę na temat Kenii, w której organizuje i przeprowadza safari?

 

 

Zobacz do czego prowadzi wymuszanie na kierowcach niewłaściwych zachowań w pogoni za zdjęciem.

Przeglądając posty na Facebooku lub strony www innych organizatorów, u niektórych zdarzają się błędy merytoryczne takie jak pomyłki w informacjach na temat historii, kultury czy zwierząt - ale i również niestosowne postępowanie i łamiące zasady bezpieczeństwa zachowania, których zwykły turysta nie zauważy, bo skąd ma to wiedzieć, jeżeli jeszcze sam do Kenii nie przyjechał? Jednak ja czy inni pracujący w tej branży od lat widzimy, jakie głupstwa i niewłaściwe zachowania czasami są przekazywane turystom w trakcie safari.

Takie błędy jak wmawainie ludziom, że Mnazi (rodzaj napoju alkoholowego) nazywa się Mandazi (pączek) to akurat pikuś. Gorsze rzeczy takie jak:

  • Zachęcanie do karmienia ptaków chlebem i ciastakami, bo fajnie to wygląda na zdjęciach, co jest zabronione - bo SZKODZI ptakom (!!!),
  • wchodzenie na dach samochodu w trakcie safari na terenie parków i rezerwatów, co jest zabronione - bo niebezpieczne,
  • wychodzenie z samochodu w parku narodowym w miejscach dotego niewyznaczonych. 
  • wyjeżdżanie offroad poza wyznaczoną trasę "w teren" w parku czy rezerwacie bez odpowiedniego zezwolenia by np. zobaczyć lwa - czyli tym samym wjeżdżanie mu w ogon i zagłuszanie spokoju zwierzęcia tylko po to, by dać turyście zrobić selfie..
  • wchodzenie na termitiery, by zrobić sobie zdjęcie, przez co ulegają fatalnym zniszczeniom

- Jest karalne.

Ale niestety kary nie zawsze są egzekwowane. Mało tego, widząc takie zdjęcia w internecie - potencjalni turyści oczekują podobnych atrakcji myśląc, że to jest normalne, super i fajne tak bardzo, że ich oczekiwania stawiają w szachu profesjonalnych i trzeźwo myślących organizatorów i tym bardziej kierowców, którzy jeżeli odmówią - co byłoby najwłaściwsze - stają się tymi mniej wartymi zlecenia przeprowadzania safari - a jest przecież odwrotnie!

 

Fatalne zachowania tzw "organizatorów" safari.

Przeglądając "oferty safari" możesz spotkać się z nieprawdziwymi informacjami lub opiniami wynkającymi z subiektywnych odczuć osoby, która tylko i wyłącznie ocenia Kenię i ludzi w niej żyjących przez pryzmat być może własnych, złych doświadczeń. Na dodatek opinie nieoparte są w żadedn sposób na doświadczeniu - zwłaszcza w odniesieniu do innych części tego kraju i innych plemion - z racji tego, że taka osoba najpewniej, nigdy nie była dalej niż znane jej otoczenie, ludzie oraz ich mentalność, w miejscu w którym mieszka.

Wśród tzw "organizatorów" są osoby, które obrażają kenijczyków (wśród których żyją), nazywając ich złodziejami i nierobami. To tak jak powiedzieć, że wszyscy Polacy to złodzieje samochodów :P Tu nasuwa mi się pytanie - po co taka osoba siedzi w Kenii i co pokazuje turystom skoro ta Kenia jest dla niej taka obrzydliwa, straszna i śmierdząca? To jaka to w takim razie turystyka? Patoturytyka. To po co w ogóle do tej Kenii jeździć i marnować pieniądze na wycieczki i safari...? 

Wśród tzw "organizatorów" są też osoby, które kradną cudzy content, którzy kradną słowo w słowo treści ze stron i postów oraz zdjęcia i grafiki czego ofiarą padłam ja sama ze strony trzech innych "organizatorów"! Widać moje treści są tak dobre i poprawne, że każdy chce być ich autorem ;)

Są też organizatorzy, którzy już na wstępie rozmawiając z potencjalnym klientem "ostrzegają" przed innymi organizatorami wymieniając ich z nazwy czy nazwiska, kłamiąc, szerząc fałszywe informacje i Tworząc z magicznego kapelusza wyjęte straszne historie na ich temat czego ja również padłam ofiarą kilkukrotnie. Obgadywanie inncyh na wstępie nie zawsze  przynosi korzyści, a karma się odpłaca ;)

Na szczęscie większość turystów myśli samodzielnie. Pamiętam, że 3 lata temu jeden z naszych obecnych rok w rok jeżdżących na safari klientów W. po rozmowie ze mną na temat oferowanego safari, w podziękowaniu za rzetelne informacje i profesjonalne podejście - zdradził mi, co opowiada o mnie turystom właścicielka jednego z lokalnych biur podróży ;) No cóż... Dzięki jej "gadaniu" i straszeniu mną innych - ja zyskałam stałego klienta od 3 lat :D

P.S. dzięki! ;)

 

Umowa i zaliczka za safari

Zaliczka to kwestia indywidualna dla każdego z biur. Ja ją zawsze pobieram nawet w przypadku 2 dniowych safari gdyż zdażyło mi się, że osoba, która się zadeklarowała na wyjazd, od której zależała ustalona cena dla wszystkich - dostała ofertę 10 USD tańszą i zrezygnowała w ostatniej chwili pozostawiając mnie w sytuacji, w której na 15 godzin przed wyjazdem informuję chętnych turystów:

a) że cena jest wyższa, bo nie jestem w stanie znaleźć w ciągu 15h chętnego na miejsce osoby, która właśnie zrezygnowała co rzutuje na moją wiarygodność i profesjonalizm

b) albo jak w tam tym przypadku, zostawiam klientom ustaloną cenę, a sama jadę do pracy za darmo i mało tego - jeszcze do niej dopłacam z własnej kieszeni, bo za punkt honoru postawiłam sobie utrzymanie ceny chętnym osobom.

Dlatego teraz ZAWSZE biorę zaliczkę i podpisuję umowę z Tobą jako moim klientem. To jest moja i Twoja obustronna gwarancja bezpieczeństwa.

Bardzo wielu turystów "łapie" się na bezzaliczkowe safari - bo dla nich jest to gwarancja tego, że mogą bez konsekwencji zrezygnować z umówionej usługi nawet w ostatniej chwili. Z usługi, na którą ktoś zarezerwował już swój czas, zainwestował pieniądze (w powyższym przypadku kupiliśmy już bilety do parku Tsavo dla osoby, która zrezygnowała) lub zatrudnił kierowcę - który znowu, zarezerwował już swój czas. 

Jeżeli decydujesz się jechać na safari z konkretnym organizatorem to on -  ale i przede wszystkim Ty - powinniście uznawać to za pewnik. "Decydowanie się, ale nie do końca" jest zaprzeczeniem podjęcia decyzji :)

Skoro podjąłeś decyzję o wyborze safari - to jako dorosły, świadomy i odpowiedzialny człowiek zobowiązujesz się do czegoś wobec organizatora, którego uznałeś za najlepszego do zrealizowania Twojego marzenia o sfafari! Więc wpłacenie zaliczki w zamian za podpisanie umowy - powinno być tylko elementem oczywistej formalności i nie powinno wcale Cię dziwić i niepokoić - wręcz odwrotnie - zapewnić Cię, że ta osoba/organizator/biuro bierze na poważnie zrealizowanie dla Ciebie tej usługi i reprezentuje legalnie działającą firmę. :)

 

Umowa - tak naprawdę bardziej dla Ciebie, drogi podróżniku jest ważniejsza niż dla mnie - gdyż jest gwarancją, tego że organizator zobowiązuje się w ramach umówionej ceny na zrealizowanie poszczególnych świadczeń. Zajmuję się organizacją głównie wielodniowych  5-14 dniowych wypraw safari - i nie wybrażam sobie bym ja z ramienia naszego kenijskiego biura podróży, nie miała podpisanej umowy na niemałe pieniądze. 

Umowa to bezpieczeństwo dla obydwu stron. Wiem, że jej podpisywanie może stresować, bo zobowiązujesz się do czegoś (głównie do zapłaty i przestrzegania terminów) i to w świetle prawa kenijskiego - jednak pomyśl, jakie konsekwencje mogłyby się pojawić w razie braku takiej umowy jeżeli coś ze strony organizatora nie zostałoby spełnionie. Na jakiej podstawie miałbyś dochodzić swoich roszczeń i kto ewentualnie miałby zapewnić Ci śwadczenia w trakcie tego safari? Np. jeżeli w ramach safari wykupiłeś noclegi w lodżach - to żadna lodża bez odpwoiedniego dokumentu/gwarancji/vouchera ze strony organizatora nie da Ci pokoju. 

Słyszałam o wielu przypadkach turystów, którzy pojechali na safari umawiając się na nie bez umowy, jednak albo nie spotkali się nigdy z domniemanym organizatorem, który zniknął z pieniędzmi, albo nie zostały przez niego dopłenione umawiane świadczeńia albo program całkowicie uległ zmianie. Dwa lata temu spotkaliśmy w Nakuru innych Polaków podróżujących z tzw. "organizatorem". Po 4 dniach zadzwonili do mnie (znajdując po naszej nazwie namiar na nas w internecie) z prośbą o pomoc, bo ich "przewodnik" niestety nie ogarniał tego, co ma robić, nie znał miejsc, do których pojechali i razem z kierowcą musieli radzić sobie sami choć zapłacili kupę pieniędzy za te safari. To bardzo przykre :((

Są też takie biura, które nie wymagają zaliczek, nie podpisują umów ani nie wydają żadnego innego dokumentu jak voucher, który potwierdza ich wiarygodność. Zazwyczaj stosują taką formę w przypadku krótkich safari. To jest teoretycznie ich i Twoja decyzja. Jeżeli w ich przypadku się to sprawdza, a klienci są zadowoleni, w internecie jest nienaganna opinia, co może być rzeczą, która poświadcza o ich rzetelności w tym aspekcie - tym samym nie ma podstaw do tego, by im nie wierzyć. Zostawiam to już Twojej decyzji.

Stara polska prawda głosi przezorny zawsze ubezpieczony. 

 

Dokładność oferty safari

Zwróć uwagę na to co oferują organizatorzy i w jaki sposób. Niektóre świadczenia są oczywistą oczywistością i sugerują, że potencjalny klient jest idiotą np. " tylko u nas darmowy internet w lodżach" (ŻADNA lodża w Kenii nie pobiera opłat za korzystanie z internetu - może go co najwyżej nie mieć, ale to prawdziwa rzadkość). Zakłamaniem same w sobie np. opisywanie, że jest się jedynym spośród organizatorów, którzy lecieli balonem, a zdjecia pod postem są kradzione z przeglądarki Google... - czemu nie własne? Tak samo raczej nie znam biura, które organizowałoby "niebezpieczne" safari ;) - szczególnie jeżeli ma licencję. 

Zwróć też uwagę na formę komentarzy i postów polecających (w identycznej formie i budowie jak posty autora-organizatora) i profile osób te posty lajkujących, z których w wielu przypadkach są to fake konta na Facebooku. Założone niedawno (np. w przeciągu ostatnic 2-3 lat), ze zdjęciami z internetu, które w aplikacji google zdjęcia łatwo zweryfikować. Forma w jakiej opisane są świadczenia oraz ich treść powinna przykuć Twoją uwagę.

 

W ofercie - czyli w opisie dnia zwięźle, ale konkretnie i dokładnie powinna znajdować się informacja na temat tego:

  1. Gdzie i po co danego dnia jedziemy.

  2. O której pobudka? To ważna informacja - która jest dla Ciebie wyznacznikiem i daje Ci zarys tego w jakim tempie będzie płynął dzień zgodnie z dalej opisanym planem. Możesz po wyznaczonych godzinach kolejnych punktów programu mniej więcej oszacować czy taki harmonogram na dany dzień Cię satysfakcjonuje - czy wiele zobaczysz i ile na to będziesz mieć czasu. Czy będzie momemnt na odpoczynek i ile godzin spędzisz w samochodzie.

  3. Ile trwa przejazd z miejsca na miejsce lub ile kilometrów dziennie pokonasz tego dnia (ale to w Kenii jest mało miarodajne). Większość biur niestety tego nie pisze - tym samym często nie informuje potencjalnego klienta o tym, że tego dnia poza 2 godzinnym, porannym safari spędzi cały boży dzień w samochodzie na 12 godzinnym przejeździe z miejsca A do miejsca B, bo w programie jest tylko napisane, że "transfer do Amboseli, kolacja i nocelg". Warto przeliczyć sobie dystanse do pokonania samochodem na spokojnie - i określić, czy aby na pewno nie będzie to zmarnowany dzień.
     
  4. Ile czasu mają trwać poszczególne safari/game drive po parkach lub wizyty w obiektach muzealnych czy innych miejscach. Czy to 2-2,5h czy więcej - a może krócej? Jeżeli w ogóle nie ma takiej informacji w programie (czyli bez widełek, które jakkolwiek określałyby ilość czasu) to w zasadzie, możesz nie zauważyć, że Twoje safari finalnie potrwa tylko jedną godzinkę zamiast dwóch - bo być może na więcej nie ma czasu.

  5. Jak opisane są posiłki - ponieważ czasami organizatorzy w świadczeniach informują, że posiłki "zgodnie z planem" a Tobie może wydawać się ich za mało, lub za dużo - lub nie wiesz, które są dodatkowo płatne.

  6. Czy są jakieś dodatkowo płatne atrakcje?

  7. W krórej lodży dokładnie śpisz - sprawdź jaki jest jej standard, jaka jest jej lokalizacja oraz czy jak to wpłynie na długość przejazdów z lodży do parku i odwrotnie.

 

W świadczeniach powinna być zawarta informacja co cena zawiera:

1. Gdzie nocleg - w lodżach czy w hotelach, o jakim standardzie i konkretnej nazwie.
2. Ilość posiłków - od którego posiłku zaczyna się świadczenie i na jakim się kończy.
3. Czy napoje są wliczone w cenę - jak tak to które?
4. Czy jest woda w samochodzie
5. Czy wstępy do parków i do atrakcji są wliczone w cenę
6. Jaki środek transportu - jaki rodzaj i ile miejsc w środku? Kiedy jest pierwszy przejazd (czy np. safari zaczyna się od transferu z lotniska i czy jest on w cenie).
7. Czyja usługa jest wliczona w cenę? Tylko kierowca czy też opiekun grupy/pilot?
8. Ile osób uczetsniczy w safari w podanej cenie
9. czy jeżeli program to zakłada jest wliczony transfer innym środkiem transportu?

Co zazwyczaj nie jest wliczone?

1. wydatki własne
2. napoje butelkowane
3. dodatkowe usługi, z których skorzystałeś w lodżach np. telefon, pralnia, siłownia itd
4. obyczajowe napiwki
5. wioska masajska i inne dodatkowo płatne wycieczki/atrakcje (tutaj różnie biura robią - niektórzy z góry zakładają, że klienci będą chcieli taką wioskę odwiedzić - inni pozostawiają ten wybór turystom).
6. ubezpieczenie podróżne
7. wszelkie testy na covid-19

 

Uczciwa konkurencja i cena za safari w Kenii.

„Jak najtaniej” to wielce niefortunne i problematyczne sformułowanie. Niewiele osób lubi temat pieniędzy jeżeli przychodzi do momentu płatności - jednak wszystkich to interesuje, bo od tego zależy bardzo często jakość Waszego wyjazdu. Każdy w Internecie szuka odpowiedzi na pytanie ile kosztuje safari lub ile powinno kosztować, żeby było w „dobrej cenie”, za „zdrowe pieniądze” lub nie „za miliony monet”.

Stojąc po drugiej stronie barykady - jako pilot wycieczek/organizator wiem, że jest to praca - w którą w wkłada się czas, z którego wynika doświadczenie, a te wynika z poświęconej nań naprawdę wieloletniej nauki i praktyki, na co z kolei znowu potrzebny był czas - za co należne jest proporcjonalne wynagrodzenie.

Ty też masz pracę, w której być może jesteś te 8 godzin dziennie lub masz firmę, dla której działalności też wkładsz OGROM czasu, doświadczenia i pieniędzy właśnie. Jeżeli tak jest to wiesz najlepiej jak się cenisz i czy pieniądze jakie otrzymujesz w zamian za tę pracę są warte wkładu jaki dajesz od siebie. Być może uważasz, że to co zarabiasz nie jest proporcjonalne i uczciwe w stosunku do tego ile i jak pracujesz.

W organizację safari wchodzi najczęściej kilka osób, których praca polega właśnie na tym, by to safari odbyło się pomyślnie, bezpiecznie i satysfakcjonująco na tyle byś Ty, podróżnik i nasz klient wrócił zachwycony i zechciał przyjechać jeszcze raz lub polecił nas organizatorów swoim znajomym.
Konsultacje, promocja, rozmowy z klientami, rezerwacje, anulacje, planowanie logistycznie programu, realizacja safari, zatrudnienie sumiennych, rzetelnych kierowców i przewodników, z których też każdy powinien otrzymać adekwatne do jego wkładu wynagrodzenie, dbanie o stan techniczny pojazdów i reagowanie w nieprzewidzianych sytuacjach problemowych oraz odpowiedzialność poniesiona w ich skutek oraz wiele, wiele innych obowiązków to naprawdę masa pracy i obciążenia.

Wyobraź sobie, że piszesz z organizatorem, wymieniasz uwagi, ustalasz szczegóły – ile czasu Ci to zajmuje? Pomnóż ten czas razy minimum 6 innych osób (nawet do kilkudziesięciu) dziennie i znowu pomnóż przez np. dwa rodzaje imprez jakie się odbywają w tygodniu. Dodaj teraz pracę nad pozostałymi aspektami organizacji turystyki i pomnóż tak samo. Sporo się tych godzin robi prawda?

Drogi kliencie,

Jako pilot wycieczek i organizator pragnę byś spróbował zrozumieć, że jeżeli Ty kupisz safari nadzwyczaj tanio, to NIE jest tak dlatego, że wstęp do parku zmalał w danym tygodniu o połowę, paliwo kosztuje nagle mniej, lub hotel niespodzianie sprzedał pokój po mniejszej cenie o 1/3.

Po prostu mniej zarobi za swoją pracę i poświęcony czas albo organizator albo realizatorczyli kierowca czy przewodnik. Ci sami, których nierzadko pytasz o ich życie w Kenii - czy godnie mieszkają, czy mają wystarczająco dużo pieniędzy, by utrzymać rodzinę i opłacić dzieciom szkołę.

Jeżeli Cię naprawdę to interesuje i martwisz się o to, to daj im szansę zarobienia pieniędzy własnymi siłami i w godny sposób.

Jeżeli kupujesz safari od lokalnego organizatora np. beach boy'a na plaży i targujesz się o każdy dolar poniżej wartości rynkowej tego typu wyjazdu, to pozbawiasz go zarobku - prawdopodobnie jedynego w tygodniu lub nawet miesiącu. On schodzi z ceny po to tylko, by zarobić cokolwiek i mieć klienta. Czy kilkanaście dolarów naprawdę jest tego warte? Ten człowiek w życiu nie zabrał i najpewniej nigdy nie zabierze na wakacje swojej rodziny. Te wakacje w Kenii są dla Ciebie i dla Twojej rodziny być morze kolejnymi wakacjami w tym roku - a on chce zarobić najpewniej na jej utrzymanie, szkołę dzieci lub na lepszy samochód safari - by ulepszyć swoje usługi itd.  

Jaka byłaby Twoja reakcja na informację od pracodawcy, że dostaniesz mniejsze wynagrodzenie tylko po to, by pracodawca zyskał klienta? Przecież Twoja praca i wkład się nie zmienia.

Bardzo częstą, fatalną praktyką jest płacenie mniej realizatorowi - kierowcy czy opiekunowi=przewodnikowi za pracę. W Kenii w sektorze turystycznym przyjęte są stawki w konkretnych widełkach za poszczególne usługi turystyczne. Profesjonalni przedsiębiorcy turystyczni i pracownicy tegoż sektora, głównie w Nairobi bardzo się tego trzymają nie pozwalając sobie wzajemnie na zaniżanie cen usług, gdyż niszczy to rynek. To znaczy, że nieuczciwą konkurencją jest wycenianie tej samej usługi na mniejszą kwotę tylko po to, by zyskać klienta.

Wyobraź sobie sytuację, w której prowadzisz przedsiębiorstwo budowlane. Masz świetną ekipę pracowników i remontujecie domy z najwyższą precyzją. W tej samej wsi otwiera się druga firma, która zatrudnia obcokrajowców za bezcen i oferuje o połowę niższe ceny za te same usługi. Jednak Ty już nie masz klientów, bo wszyscy poszli tam gdzie taniej. Nie ważne, że ta druga frima płaci swoim pracownikom też o połowę mniej niż powinni dostawać, co też urąga ich godności, ale nie mając szans na lepszą pracę jako osoby nowo przybyłe do Polski i nieświadome rynku - pracują tam gdzie się da i za ile się da. O tym już mało kto myśli - tak jest w wielu przypadkach w Polsce i w Kenii niestety.

 

Płacenie kenijskiemu opiekunowi/przewodnikowi na safari tygodniowo stawkę, którą powinien zarabiać dziennie lub obniżanie wynagrodzenia kierowcom wiedząc, że i tak będą jeździć by mieć pracę - czy oferowanie safari Land Cruiserem w cenie safari Vanem, co pozbawia kierowców Vanów pracy, a właściceli Land Cruisera w istocie faktycznych zarobków z eksploatowania samochodu tylko po to, by zdobyć klienta - jest nieuczciwą konkurencją (!!!), która zyskiem zleceniodawcy czy pracodawcy obniża wysokość wynagrodzeń w kraju trzeciego świata gdzie akurat turystyka jest takim sektorem, który winien napędzać Kenijską gospodarkę. 

Pamiętaj o tym, by dać szansę zarobić uczcziwe pieniądze swojemu kierowcy i przewodnikowi. Szczególnie jeżeli widzisz, że profesjonalnie podchodzi do swojego zadania. Jeżeli jednak zdecydujesz się na najtańsze z możliwych safari, pomyśl czy nie zrobić przysługi swojemu kierowcy i daj mu duży napiwek - bo moim zdaniem na bank nie dostanie od swojego pracodawcy pieniędzy wystarczająco uczciwych za ilość godzin jakie pracował.

Na zakończenie

Mam nadzieję mój miły czytelniku, że rozjaśniłam Ci chociaż część kwestii i zagadek związanych z organizacją Safari 🙂 Liczę na to, że moja poufałość, w niektórych momentach oraz szczere komentarze płynące z doświadczenia nikogo nie uraziły, bo nie było to moim zamiarem - a Tobie pokazały prawdziwy w moim mniemaniu obraz organizacji, płac i wszystkiego, co dotyczy przeprowadzania safari dla Ciebie, klienta.

 

poradnik 1
Mam nadzieję, że te wskazówki pomogą podjąć Ci decyzję, które z oferowanych safari wybrać oraz jak je sobie samemu zaplanować. Jeżeli te informacje w jakiś sposób Ci się przydały - będzie mi bardzo miło - jak podziękujesz mi kawą ;)
logo-buycoffee-wide
promyk (1)

Promyk dobra dla Kenii

Projekt "Promyk dobra dla Kenii"

Projekt "Promyk dobra dla Kenii" to inicjatywa podróżniczki i pilotki wycieczek Agnieszki Królikowskiej, która swe serce i życie podzieliła między dwa kraje Polskę i Kenię. Projekt polega na spotkaniach z osobami (głównie polakami), którzy związali swe losy z Kenią i robią dla niej - jej mieszkańców i dzikiej przyrody - coś dobrego 🙂 "Promyk dobra dla Kenii" ma na celu pokazanie wielu inicjatyw i przedsięwzięć jakich podejmują się Polacy mieszkający w Kenii i pokazanie płaszczyzn w działalnościach, problemy oraz zagadnienia, które są być może mało oczywiste dla osób, które tam jeszcze nie były - a planują, oraz dla tych, którzy byli - ale szukają więcej punktów odniesienia do własnych refleksji i działalności. Poniżej sukcesywnie będę dodawać poszczególne rozmowy po ich nagraniu :) Zapraszam!

Kopia kobieta w kenii

Promyk dobra dla Kenii Cz. 1.
Przemyślana pomoc w Kenii. Rozmowa z Robertem Bauer.

Rozsądna pomoc potrzebującym jej mieszkańcom Kenii niekoniecznie jest oczywista dla wszystkich. Jadąc w podróż do Afryki warto poznać niuanse kultury mieszkańców danego kraju, by wiedzieć w jaki sposób nawiązać z nimi kontakt oraz ewentualnie jak im pomóc, by ta pomoc nie była szkodą, z czego możemy sobie nawet nie zdawać sprawy - a realnym i być może daleko idącym wsparciem!

Podczas rozmowy dowiecie się:

  • Jakie są realne potrzeby i problemy ubogich mieszkańców Kenii?
  • Jak pomagać by było to rozsądne, praktyczne i nieszkodliwe?
  • Jakich błędów nie popełniać by nie pogłębiać kryzysu i swoją nieprzemyślaną pomocą nie spowodować pojawienia się innych problemów i dylematów - a wbrew pozorom o to nie trudno 🙂

Posłuchajcie mojej rozmowy z Robertem Bauer, który wraz z żoną Magdą opiekuje się mieszkańcami kilku kenijskich wiosek wspierając ich usamodzielnianie się, edukację i podnoszenie jakości życia na wielu płaszczyznach w ramach założonej przez nich fundacji Kenya Asante Sana Polska http://pomagamywkenii.org.pl/

Robert i Magda przez wiele miesięcy w roku mieszkają razem z kenijczykami i są członkami ich społeczności dzieląc radości i smutki na równi z nimi - nawet przebywając w Polsce. Przepiękna opowieść o Kenii może być opowiedziana tylko z ust osoby, która Kenią żyje każdego dnia 🙂
Zapraszam!

Kopia Kopia kobieta w kenii

Promyk dobra dla Kenii Cz. 2.
Rozmowa z Anną Krzewniak. System edukacji w Kenii i pomoc szkole oraz życie między Kenijczykami - ich tradycje i obrzędy.

Ania Krzewniak to niezwykle mądra, silna i wrażliwa osoba. Po kilku latach regularnego jeżdżenia do Kenii na kilka miesięcy, pomagania miejscowej ludności w najpilniejszych potrzebach mieszkając razem z nimi w okolicach Malidni na połnocnym wybrzeżu - zdeydowała się tam wyprowadzić.
Ania od wielu lat wspiera kenijskie rodziny dbając o to, by dzieci miały możliwie jak najlepszą edukację, opiekę medyczną i wpsarcie we właściwym rozwoju. Nie prowadzi fudacji - opiera się na własnych działaniach i zrzutkach jeżeli potrzebuje wsparcia finansowego do pomocy.
Warto zajrzeć na jej stronę na Facebooku - i poznać jej działalność przed rozmową :) 
oraz jedną z jej obecnych działalności: TUTAJ

 

W czasie rozmowy dowiecie się:

  • jakie są różnice kulturowe między Europejczykami a Kenijczykami
  • zalety i wady mieszkania w Kenii
  • ciekawostki o przybrzeżnych plemionach, ich tradycje i obrzędy oraz codzienne życie
  • jak wygląda kenijski system edukacji
  • jak wygląda praca w szkole i warunki nauczania dzieci
  • jakie są zalety edukacji kenijskiej - a jakie wady i problemy i ewentualnie jak można pomóc?
  • jakie przełożenie na dorosłe życie kenijczyka ma wykształcenie?
kobieta w kenii (2)

Promyk dobra dla Kenii cz.3
 Silna, niezależna kobieta w Kenii. Rozmowa z Mają Kotala.

W dzisiejszym odcinku rozmowa z silną i charyzmatyczną Mają Kotala, która w ramach autorskiego projektu Sewing Together uczy kenijskie kobiety fachu - szkoli je w projektowaniu i krawiectwie. Ponadto poprzez swoje social media uświadamia ludzi o objętym tabu problemie wykluczenia i ubóstwa menstruacyjnego kenijskich - oraz w ogóle afrykańskich - kobiet. Postawiła sobie za cel uszycie sporej ilości podpasek wielorazowego użytku, do czego skurpulatnie - i często z pomocą turystów - dąży, rozdysponowując je wśród potrzebujących kobiet w Keni. Warto wejść na jej stronę gdzie zobaczycie efekty pracy jej oraz jej podpiecznych uczennic oraz na Instagram gdzie dzieli się bierzącymi informcjami z życia i pracy w Afryce!

Z rozmowy dowiesz się:

  • z jakimi problemami zmagają się współczesne kenijskie kobiety
  • w jaki sposób nauka szycia i projektowania może pomóc im w poprawie standardu życia?
  • czym jest ubóstwo menstruacyjne, jakie są jego konsekwencje dla życia, bezpieczeństwa i zdrowia kobiety w Kenii - i jak mu przeciwdziałać?
  • życie i praca w Afryce - jakie są tego zalety a jakie wady?
PROMYK DOBRA DLA KENII MAGDA MZUNGU VS KENIJCZYK

Promyk dobra dla Kenii Cz. 4. Kenijczyk vs Mzungu. Rozmowa z Magdą Bauer - stereotypy i uprzedzenia.

"Kenijczycy to złodzieje i oszuści!" - vs - "Biali nas wykorzystywali, wykorzystują i wykorzystywać będą!" Jadąc do Kenii w internecie czytamy i słyszymy bardzo wiele krzywdzących opinii. Nie wszystkie są prawdziwe lub wynikają z personalnych złych doświadczeń osoby, która takie negatywne opinie głosi. Warto zastanowić się z czego to wynika?
Rozmowa z Magdą Bauer, która od wielu lat conajmniej pół roku spędza mieszkając między Kenijczykami na wsi a codziennie kontaktując się z nimi telefonicznie i wspierając w ramach fundacji Kenia Asante Sana Polska, którą [rowadzi wraz z mężem Robertem - która dzieli z kenijczykami radości, smutki i znoje - i która doświadczyła skrajnie różnych sytuacji i zachowań z ich strony.

Z rozmowy dowiesz się:

  • Skąd biorą się takie stereotypy i uprzedzenia?
  • Jak się objawiają?
  • Jakie są ich konsekwencje?
  • Jakie są niuanse rasizmu czarnego i białego?
  • Jak walczyć ze stereotypami?
Projekt bez tytułu
dzieci główne

Rzecz o afrykańskich dzieciach

Niniejszy artykuł powstał w 2019 roku. Niestety w wyniku utraty całego bloga w marcu 2022r. straciłam go bezpowrotnie wraz ze wszystkimi pięknymi komentarzami od czytelników. Odtworzyłam go więc i trochę zmodyfikowałam :) Mam szczerą nadzieję, że skłoni on Was do refleksji i pojawią się nowe komentarze pod spodem, za które z góry dziękuję :)

 

 

Dlaczego dzieci? Dlaczego afrykańskie dzieci?

Jak wielu podróżników i turystów będących w podróży, których teraz oprowadzam na co dzień w pracy – ja również zachwycam się dziećmi. Gdziekolwiek nie pojadę, czy to Wietnam, czy Kuba, Maroko, Kenia, Tanzania.. Małe dzieciaki są po prostu rozkoszne. Serdeczne i bezpośrednie choć często nieśmiałe. Są śliczne, zabawne w swojej niewinności i ciekawości nas – turystów – obcych z innych krajów. Czysta fascynacja nowo spotkaną osobą, zjawiskiem dla nich tak niecodziennym – jak my biali. Z naszymi białymi skórami, blond czy rudymi, bujnymi włosami jasnymi (najbardziej lubianymi, niebieskimi) oczami. Będąc w Kenii jesteśmy dla nich atrakcją – my -„Mzungu” czyli biali.

Uważam ten temat za niezwykle skomplikowany zważywszy na zróżnicowanie ludzkich temperamentów, warunki życia oraz kulturę w jakiej zostało się wychowanym i wiele innych czynników, które mają wpływ na to jak zachowują się ludzie więc i oczywiście dzieci. Jest tego za dużo, bym potrafiła ująć to w całość w jednym artykule. Myślę też, że wiele rzeczy jakich nie opowiem i nie przedstawię tutaj – dopowiem w kolejnych publikacjach przy okazji innych tematów. Część z publikowanych tu zdjęć, robiona była telefonem, dlatego z góry przepraszam za jakość poszczególnych fotografii.

Przytoczę wam historię tego jak zaczynałam pilotaż w Kenii i jakie były moje odczucia względem ubogich dzieci na początku mojej pracy, w kompletnie nowych dla mnie warunkach – na nowym kontynencie – i jak ewaluowały w trakcie kolejnych miesięcy i lat. Opiszę wam sytuacje jakie przydarzały mi się w trakcie pracy jako pilot wycieczek w Kenii i Tanzanii oraz te, które przydarzyły się moim kolegom z pracy. Co wyjdzie z tego artykułu na koniec? Zobaczymy. Chyba nie ma na ten temat właściwej odpowiedzi i jedynej dobrej, właściwej teorii. Jednak myślę, że są aspekty, które trzeba wyjaśnić, omówić by brać je potem pod uwagę, gdy jedzie się do kraju, w którym ludzie żyją biedniej – niekoniecznie tylko w Kenii. Mądrość, pojmowanie i rozumienie funkcjonowania świata oraz opinie przychodzą wraz z doświadczeniem – niestety nie od razu.

 

Intensywne w doznania początki

Na początku byłam jak "turystka". Moje pierwsze zdjęcie z Kenii jakie wrzuciłam na Instagrama i Facebooka było „Takie Tam - selfie z Masajami”. Selfie z chłopakami z wioski, do której pojechałam z turystami – podobnie jak oni – pierwszy raz w życiu. Dla zdziwionych: Tak – każdy pilot wycieczek był też gdzieś „pierwszy raz” 😛 Uzbierałam pod zdjęciem chyba z 250 lajków. To było takie egzotyczne – TAKIE COŚ udało mi się w końcu osiągnąć jako pilotowi - i jako podróżniczce! Jestem w Kenii! U Masajów! Jak i 99% turystów, z którymi pracuję ekscytowało mnie dosłownie wszystko co „afrykańskie”. Każdy, kto był tego dnia ze mną w wiosce zrobił sobie takie samo zdjęcie. Starałam sobie dawkować zdjęcia skupiając się na pracy i było to dość ciężkie, bo nowych bodźców było tak dużo! Ale potem pojawiły się one. Małe „watoto”.

 

dzieci

 

Jak tylko przyjechaliśmy do wioski z okolicy zbiegły się dzieci w mundurkach szkolnych. Część z tych dzieci nie mieszkała nawet w wiosce, którą odwiedziliśmy. Niektóre trzymały plastikowe talerzyki z suchymi ziarnami kukurydzy, co - jak dowiedziałam się później od kierowców - stanowiło ich lunch. Mnożące się z sekundy na sekundę rączki machały do przybyszów i wyciągały dłonie po „sweet”.

Masajowie przywitali nas w swojej wiosce. Wcześniej dużo uczyłam się o ich kulturze i obyczajach, by móc wiedzieć co tłumaczę i przekazać klientom rzetelne informacje. Wszystko było dla mnie nowe i egzotyczne. Najbardziej jednak moją uwagę przykuły dzieci. Dzieci wszędzie i od samego początku, aż do końca wizyty.

 

Dzieci z masajskiej wioski

 

Dzieciaki wyglądały na strasznie zaniedbane. Chodziły w starych, brudnych, zakurzonych okoliczną, pomarańczową ziemią ubraniach, często za dużych lub porwanych czy miejscami postrzępionych. Niektóre dziewczynki miały na sobie podniszczone lub za duże "księżniczkowate" sukienki rodem z Disneya, takie jak na bal przebierańców (z czasem zauważyłam, że zwyczajnie panuje w Kenii moda na takie ubieranie małych dziewczynek). Były też takie 1-3 latki, które biegały tylko w samej koszulce bez majteczek i oczywiście pieluszek. Niektóre starsze dziewczynki nie miały bielizny pod spódniczkami – podobnie jak chłopcy których okolice intymne widać było poprzez porwane spodenki.

Każde dziecko było brudne. Całe utytłane kurzem i pyłem, który unosił się wszędzie dookoła. Do zasmarkanych buzi przyklejał się brud. Kąciki ust, dziurki w nosie wraz z zasmarkaną górną wargą oraz kąciki oczu tych dzieci oblepiały muchy. Wypalone na policzkach krążki (wedle plemiennej tradycji), które jeszcze nie zdażyły się zagoić "ruszały" się same.

Muchy były absolutnie wszędzie. Dziesiątkami na każdej pięknej dziecięcej buzi, które były aż czarne od owadów. I widać było, że tym dzieciom to nie przeszkadza. Czasami machnęły ręką lub roztarły już zabrudzony nosek, ale jakby nie zwracały na to uwagi. Dzieci nie miały włosów lub miały nieduży meszek na głowach. Prawdopodobnie niektóre grupy etniczne mieszkające w tej części Afryki nie mają bujnego owłosienia czy zarostu, co wynikać może najpewniej z gorącego klimatu w którym żyją. Jest tak gorąco, że włosy, brody itd. po prostu nie rosną im tak gęste i długie jak nam „Mzungu”. Poza tym - długie włosy są tu niepraktyczne. W bardziej ucywilizowanych kręgach np. w stolicy - nie eleganckie.

Dzieci były chudziutkie. Miały patykowate nogi i ręce. Niektóre maluchy miały wielkie brzuszki. Starsze dzieciaki, również chude jak patyki, lecz wyglądały na zdrowe i sprawne. I dosłownie wszystkie starsze zajmowały się młodszym rodzeństwem czy kuzynostwem. Już siedmiolatki nosiły na plecach i rękach najmniejsze dzieci bo ich matki były zajęte pracą. Zajmowały się nimi z niezwykłą troską i dojrzałością. 

W trakcie wizyty zwracałam klientom uwagę na wszystkie te detale, bo jednocześnie sama przeżywałam to wszystko tak bardzo intensywnie jak oni. Jestem dość ekspresyjną osobą więc moje reakcje były dużo bardziej „widoczne i słyszalne” 😊 Miałam taki odruch, by te dzieci przytulić, pobawić się z nimi. Nie odrywałam od nich wzroku, ale jednocześnie poza tą chęcią integracji i opieki – wstyd mi to powiedzieć – miałam takie momenty kiedy odczuwałam duży dyskomfort, gdy łapały moją dłoń lub coś ode mnie brały. Nie widziałam nigdy tak brudnych dzieci. targały mną bardzo silne, sprzeczne emocje.

Potem w trakcie dalszego oprowadzania po wiosce moja głowa zaczęła produkować tysiąc pomysłów jak im pomóc, co przywieźć, co dać itp. Po zakończeniu wizyty, po obejrzeniu pierwszych masajskich skoków, domów, biżuterii – tego wszystkiego, co zawsze pragnęłam zobaczyć w otoczeniu akacji parasolowych na tle majestatycznego Kilimanjaro – wyjechałam z wioski bardzo przejęta, podekscytowana - i z misją naprawiania świata.

 

 

Podzieliłam się tymi odczuciami z Paulem, moim kenijskim kierowcą-przewodnikiem (obecnie moim partnerem, z którym organizujemy autorskie wyprawy do Kenii), który nie podzielał mojego entuzjazmu, ale też nie wyprowadzał mnie z mojego – jak teraz uważam – błędnego przeświadczenia, że pomoc w postaci zabawek, słodyczy, ołówków, butów, kosmetyków – prezentów – to konieczność i mój obowiązek jako mzungu, jako osobie, której się lepiej powodzi.

Z czasem co tydzień, kiedy pracowaliśmy razem na safari, jeździliśmy do wiosek Masajów, a potem wiosek innych plemion, nabierałam nowych doświadczeń i wyrabiałam sobie opinie na temat tego, co widzę. Paul zadawał mi tylko pytania, takie które podważały moje teorie i misję ratowania afrykańskich dzieci. Wkurzałam się na niego za to, jaki jest nieczuły na takie sprawy! Jestem mu teraz za to wdzięczna bo bardzo otworzył mi oczy na „rzeczywistość”, w której on sam żyje (muszę też oddać zasługę wpływu na moje pojmowanie tej sytuacji mieszkającym tam i pracującym Polakom, z którymi temat dzieci i wiosek przewijał się między nami nadzwyczaj często).

 

143dziecidzieci

Pierwsze "ale" i "dlaczego"

W trakcie jednego z pierwszych safari kiedy w dalszym ciągu byłam nakręcona na dawanie tym dzieciom wszystkiego, by im tylko nieba uchylić zdarzyła się nieprzyjemna sytuacja. Przejeżdżając trasę już enty raz, zauważyłam inne wsie i osady plemion Masajaów, Kamba i Taita, które znajdowały się wzdłuż drogi, którą przejeżdżaliśmy z turystami z parku do parku. Poprosiłam klientów, by nie dawali wszystkich giftów jakie mieli dać dzieciom w wiosce masajskiej, ale zostawili część dla tych, które spotkamy po drodze, na co klienci chętnie się zgodzili. Następnego dnia poprosiłam Paula i drugiego kierowcę by zatrzymali samochód w jednej z wiosek przy drodze, która składała się z lepianek i mizernie wyglądających chatek. Była to osada zamieszkała przez ludzi Kamba - grupy etnicznej, z której pochodzi Paul. Nie znaczy, że była to dosłownie wioska Paula. Plemię Kamba jest jednym z najliczniejszych w Kenii.

Już jak zwalnialiśmy zbiegły się chyba wszystkie okoliczne dzieci. Ubrane tak samo niedbale, ale nie aż tak brudne na buziach jak te masajskie. Moi klienci wyszli z samochodu. Dzieciaki skakały i biegały dookoła nas domagając się słodyczy. Paul ustawił dzieci „w kolejce” próbując je okiezłnać. Wszystko wyglądało uroczo. Do czasu gdy jedna z pań otworzyła torebkę z cukierkami i jak na sygnał – na dźwięk rozdzieranego plastiku – dzieci rzuciły się na moją klientkę chcąc złapać cokolwiek i jak najwięcej. Wywróciły panią, pozabierały wszystkie cukierki i uciekły w cztery strony świata bez „dziękuję” ani „do widzenia”. Moja klientka wstała w lekkim szoku lecz uśmiechnięta, otrzepując ubrania z kurzu.

W samochodzie uśmiech szybko zgasł z jej twarzy. Myślę, że odczuwała zawód i konsternację. Lecz nie wiem czy większą od mojej. Na początku obie obróciłyśmy to w żart, że te dzieci takie żywotne, że nic nie mają… Ale pojawiło się ogromne rozczarowanie. Ta kobieta chciała dać tym dzieciom słodycze, a została osaczona przez małe, zachłanne rączki i można powiedzieć – okradziona z tego co i tak chciała im podarować. Pani spodziewała się wdzięcznych uśmiechów, podziękowań, radości na buziach dzieci z podarowanego prezentu, a otrzymała coś kompletnie odwrotnego.

Potem jadąc już dalej spojrzałam zszokowana na Paula, a ten uniósł brwi i wysłał mi znaczące spojrzenie. Odniosłam wrażenie, że jemu też było głupio. Teraz wiem, że jemu i wielu kierowcom, z którymi pracowałam leży na sercu dobro dzieciaków - ale fakt tego, że są miejscowymi i praca z białymi turystami "z zachodu" sprawia, że takie sytuacje są dla nich codziennymi. Oni sami, w większości byli takimi dziećmi, nie posiadającymi niczego. Zwyczajnie po ludzku im tak samo jest ich szkoda - tak samo jak prawie każdemu, z moich turystów - i mnie. Ale też po wieloletniej pracy na sawannie - z naprawdę wieloma kierowcami już wiem - iż oni są w większości świadomi tego, że tą drogą „dawania” niewiele się zmieni i że na dłużsżą metę jest to szkodliwe. 

upór

Jednak nie poprzestałam wtedy na zatrzymywaniu się przy dzieciach po drodze. Po prostu nie wysiadaliśmy z samochodu. Watoto było ich tam TAK strasznie DUŻO! W każdej niewielkiej wiosce czy osadzie na trasie naszego przejazdu jest szkoła. Dzieci są tam dosłownie wszędzie. Cały czas usilnie wierzyłam w to, że te dzieci potrzebują pomocy.

Kierowcom coraz mniej podobało się zatrzymywanie po trasie. To komplikowało długi, trudny przejazd po wertepach, w upale i w kurzu, który i tak już zajmował nam za dużo czasu w stosunku do ilości kilometrów jakie mieliśmy pokonać, by zdążyć na koniec obiadu w lodży w następnym parku, lecz mi i moim turystom wciąż „dobro dzieci” leżało na sercu i to by im sprawić przyjemność – by „pomóc”.

 

 

Kreowanie się świadomości

Dopiero po naprawdę długim czasie zaczęłam rozumieć pretensje kierowców. Pamiętajcie drodzy czytelnicy, że opowiadam historię wielu tygodni jeżdżenia na safari i bycia na tych samych trasach non-stop prawie każdego dnia tygodnia.

Rozdawanie prezentów przy drodze podbiegającym dzieciom, czy rzucanie im cukierków przez okno powodowało, iż te dzieciaki stawały się coraz bardziej śmiałe, odważne, bezmyślne, żądne prezentów, roszczeniowe i zuchwałe. Nie wiem już czy przejawiały one takie zachowania wcześniej - czy tylko ja tego nie dostrzegałam - a jedynie pobłażliwie śmiejąc się z biegnących do aut i machających wyciągniętymi po prezent rękami małolatów.

Niestety grupy dzieci wypasających kozy czy krowy potrafiły wpędzać stada zwierząt na drogę prosto pod pędzące samochody z turystami, by je zwolnić, przyblokować i podejść pod okna, dostać słodycz lub jakiś gadżet - lub same wbiegały pod koła naszych pędzących samochodów, co skończyć się mogło tragicznie!

 

Zaczęło być to niebezpieczne i dla nas i dla dzieci. Moja koleżanka pilotka miała zderzenie samochodu z krową, która została wpędzona pod auto przez dziewięciolatka. Dziecko nie dostało nic i samo na szczęście uniknęło potrącenia. Jednak wywiązała się awantura między kierowcą - a ojcem chłopaka - i właścicielem krowy, która w Kenii ma ogromną wartość. Krowa jest pieniądzem samym w sobie. Daje darmowe jedzenie – mleko. Za krowę kupuje się żonę dla syna i krowa rodzi kolejne krowy mnożąc majątek! Dużo krów to „bogactwo” i prestiż w niektórych plemionach.
Awantura niepotrzebna i na oczach klientów. Kierowca o bezpieczeństwie klientów, dziecka i zniszczonym samochodzie - a ojciec o krowie i pieniądzach. Gorzej być nie mogło.

 

130

 

Kolejne wycieczki, kolejne safari, kolejne wioski. Nowe obrazki po drodze pobudzające moje poczucie troski o watoto. Dzieci chodzące z 10 litrowymi baniakami wody na głowach, z kilogramami drewna na opał na plecach. Nastolatki pracujące w polu w pełnym słońcu, 4-5 latki wypasające kozy w buszu, 2-latki biegające przy drodze lub chodzące po wiosce same bez opieki nawet 2 km od domu (czy wy wyobrażacie sobie, że wypuszczacie swojego dwulatka samego z mieszkania chociażby na klatkę schodową!?). Dzieci myjące się w błotnej kałuży w Mombasie albo takie, które podnoszą papierek po cukierku z ziemi i palcem ściągają resztkę czekolady i oblizując go.

Widzę też nastolatków lat 14-16 w mieście, żebrzących i zaczepiających na równi mzungu jak i bogatszych Kenijczyków, pokazujących na usta „Mama – something to eat, please” pod centrum handlowym w Mombasie. Chłopcy, którzy najpewniej nie chodzą do szkoły. Tacy którzy mogliby już teoretycznie pracować zamiast żebrać. I tu pojawia się kolejne pytanie bez odpowiedzi. Czy są nauczeni dostawania czegoś za darmo - czy faktycznie jest im tak ciężko i muszą to robić, by przetrwać?

Dalej widzę dzieciaki bawiące się samochodzikami zrobionymi z plastikowych butelek i zakrętek. Widzę małych chłopców, którzy płaczą na widok jedynego samochodzika z jajka niespodzianki, który przywiozła klientka do wioski, bo tak pragną wszyscy go mieć - a jest tylko jeden do podziału. Taki najpiekniejszy, jaki dotąd widzieli! Wszędzie w każdej wiosce widzę też dzieci bawiące się oponami (o! – opony – to jest ciekawy temat, o tym za chwilę).

I cały czas myślę: „Boże jakie te bidulki biedne! Nie mają nic. Jak tu im nie dawać słodyczy by je uszczęśliwić?!”

Moje odczucia potęgował od czasu do czasu widok dzieci zadbanych, z bogatszych rodzin. Piękne czekoladowe buzie o bielutkich jak śnieg uśmiechach, migdałowych oczach, w warkoczykach w różowym czy żółtym kolorze. Widok dzieci w nowiusieńkich modnych ubrankach w The Hub – nowoczesnym centrum handlowym z mini parkiem rozrywki w środku w Nairobi – bawiących się na karuzeli. Ten widok uderzał zwłaszcza, kiedy przyjeżdżałam tam z klientami na obiad po tygodniu spędzonym w trasie, w afrykańskim buszu i mając za oknami głównie lepianki i blaszane barako-domy. Wtedy każdego uderzał ten kontrast.

 

Mijały tygodnie i miesiące, a ja dalej nie potrafiłam ich tak po prostu sobie odpuścić i znieczulić siebie samą na obrazy jakie migały mi przed oczami. Klienci też od nas - pilotów i kierowców - tego oczekiwali. Większość z nich miała coś dla dzieciaków. Zdecydowaliśmy z kierowcami, że lepiej będzie zatrzymywać się w szkołach zamiast przy drodze.

Szkoły są w zatrważającej większości strasznie ubogie. Często drewniane czy blaszane z wyciętymi otworami okiennymi i drzwiami. Co lepsza placówka jest murowana, ale często  podniszczona, lub nawet nie wykończona z pwoodu braku środków. Powybijane szyby, wystające gwoździe, surowe podłogi czy brak szkolnych ławek i sanitariatów oraz kuchni. W środku materiały dydaktyczne w postaci szmat zawieszonych na ścianach na dwa gwoździe z namalowanym farbami alfabetem, powiewają na wietrze i w pyle.

 

dziecidzieci

 

Nie wszystkie dzieci chodzą do szkoły mimo, iż od ładnych kilku lat jest już w Kenii obowiązek edukacji. Okazuje się, że nie wszystkie rodziny mogą sobie na taki luksus pozwolić. Niektóre dzieci zostają więc w domu, by zajmować się młodszym rodzeństwem bo mama czy tata idą do pracy w polu. Inne dzieci same pracują razem z rodzicami, by mieć na obiad dla młodszych na dany dzień. Są takie co opuszczają lekcje i wypasają krowy, bo tata złapał jakąś dorywczą robotę tego dnia.

Największym problemem są jednak pieniądze. Niektórych rodzin zwyczajnie nie stać na to, by wysłać całą, często liczną gromadkę swoich pociech do szkoły, bo nie mogą zakupić wymaganych rzeczy jak mundurek, buty, wyprawka, lunch czy na opłatę administracyjną lub na „łapówkę”, którą czasami trzeba płacić, by dziecko zmieściło się w przeludnionej już klasie (o edukacji w Kenii rozpiszę się jeszcze obszernie przy okazji kolejnego artykułu).

 

Zła pomoc w Afryce. Patoturystyka.

 

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się w przydrożnych szkołach, bo cukierków i ołówków było już tyle, że dzieci z wioski masajskiej przestawały się interesować powtarzającymi się podarkami. Chętnie przyjmowały prezenty, ale miały preferencje i chętniej sięgały do słodyczy niż do tych mniej interesujących, acz bardziej przydatnych rzeczy - o które zaraz po otrzymaniu - przestawały dbać.

Niektóre zeszyty i ołówki jak najbardziej się przydawały. Więc dawaliśmy je dorosłym Masajom i nauczycielom w przydrożnych szkołach. To oni sami sugerowali, że tak będzie lepiej – by te podarki trafiły do szkoły i były użyte zgodnie z przeznaczeniem. Moje smutne przypuszczenie było takie, że Masajowie zasugerowali takie rozwiązanie między innymi po to, by turyści nie widzieli sytuacji kiedy dzieci rzucają się na wręczających, albo gdy widząc cukierka w innej dłoni odwiedzającego nie porzuciły właśnie otrzymanego ołówka na ziemię w pogoni za słodyczem u sąsiada.
Brutalne? Ale prawdziwe i częste.

W każdej ze szkół ja i moi klienci nie dowierzaliśmy i zwracaliśmy uwagę na kolosalne różnice w zaopatrzeniu szkoły i w standardzie pomieszczeń. Staraliśmy się z kierowcami jeździć do różnych szkół. Nauczyciele zbierali dzieci, które w podziękowaniu przez nauczycieli były stawiane w rzędzie i śpiewały nam piosenki. A my je wszyscy nagrywaliśmy i robiliśmy im setki zdjęć. Często dzieci były brane na ręce. Klienci z czułością i sympatią bawili się z maluchami i żartowali ze starszymi dzieciakami. Nauczyciele czy dorośli pozwalali robić im i z nimi sobie zdjęcia – tym biednym dzieciom z Afryki. Dzieci chyba nie rozumiały za bardzo o co chodzi – zwłaszcza te najmłodsze.

Biedne, słodkie (ba! Prześliczne!), niewinne i bezbronne, szukające uwagi maluchy kleiły się do moich podróżnych - a oni do nich. Niektórym dzieciom się to podobało - zwłaszcza tym najmłodszym - ale te starsze często były znużone i wydawać by się mogło, że z obowiązku brały udział w tych "przedstawieniach". Większość turystów - w tym i ja na początku - chciała takie zdjęcia mieć. To była niemal obowiązkowa fotka z ezgotycznej podróży! Nie piszę tego z sarkazmem. Jestem przekonana, że podobnie jak w moim przypadku wśród moich turystów w większości wynikało to ze szczerej sympatii i współczucia. Chociaż miałam przypadki zachowania turystów gdzie stawiająca do pionu i przyzwoitości uwaga była jak najbardziej na miejscu! Uważam jednak, że dla kogoś nieświadomego, a o dobrym sercu i chęci pomocy takie spotkanie z maluchami czy nawet to zdjęcie z nimi jest przeżyciem ważnym i silnym.

Z czasem jednak mając już swoje zdjęcia zaczęłam poświęcać ten czas „wręczania prezentów” w szkołach, na obserwację najmłodszych zainteresowanych. Zobaczyłam, że niektóre dzieci były wesołe, zafascynowane turystami, ale zdarzały się też takie, które nie wiedziały co się dzieje i gdy ktoś nagle brał je na ręce to zaczynały płakać z przerażenia. Sama w końcu zasugerowałam dawanie prezentów nauczycielom, by dzieci nie dostawały nic do rąk, bo zaczęłam zauważać, że to wszystko jednak nie jest takie - jakie być powinno.

 

 

Momenty, które warto pamiętać!

 

Muszę oddać jeszcze rację tym pięknym i wzruszającym sytuacjom jakie się zdarzały przy okazji obdarowywania. Kiedyś zatrzymaliśmy samochód w jednej z wiosek i do auta żadne z dzieci nie odważyło się podejść same. Dopiero zachęcana przez rodziców do auta podeszła dziesięcioletnia dziewczynka. Dostała od mojej klientki koszulkę, t-shirt z misiem. Całym busem wpatrywaliśmy się w to piękne dziecko, które pokazało wszystkie bielusieńkie zęby w szerokim uśmiechu gdy otrzymało prezent. Dziewczynka odchodząc od auta i trzymając bluzkę uśmiechała się tak szczerze i tak radośnie jak tylko moglibyśmy tego oczekiwać i pragnąć! Wszystkim serca cieszyły się tak samo na widok szczęśliwej małej Kenijki z tak nieistotnej dla nas rzeczy jaką jest t-shirt.

Pewnego razu również kierowca zobaczył po drodze idącą do szkoły nauczycielkę. Zatrzymał się obok i zapytał czy mamy jakieś przybory szkolne i czy możemy jej je dać? Jedna z klientek wyciągnęła paczkę kilkudziesięciu zeszytów, worek ołówków, ekierki, linijki, cyrkiel, piłkę do nogi i pompkę do kompletu i wręczyła w ręce zszokowanej kobiety, która wybuchła płaczem. Ucałowała klientkę i pobłogosławiła, życząc jej wiele szczęścia.

Pamiętam sytuację gdy dzieciaki ze szkoły żegnały nas odjeżdżających spod szkoły safari busem, podeszła do mojego okna nastolatka z bobaskiem na plecach. Nie wiem czy było to jej dziecko – miałam nadzieję, że nie bo wyglądała na 14 lat – i zapytała się mnie czy jestem pilotką. Odpowiedziałam, że tak. Na co zwierzyła mi się, że marzy o biustonoszu, bo jej dwie koleżanki mają, a ona nie, że bardzo jej się podoba jak one mają je na sobie, bo ładnie to wygląda i czy mogłabym dać jej swój bo widzi, że mam. Zamurowało mnie to pytanie. Odparłam po chwili, że dzisiaj nie mogę tego zrobić, ponieważ sama go potrzebuję, ale że za dwa tygodnie będę tu przejeżdżać raz jeszcze. Poprosiłam by mnie wypatrywała. Jak się spotkamy to dam jej biustonosz. W międzyczasie pojechałam na święta do domu do Polski. Kupiłam dwa ładne biustonosze dla dziewczynki, wzięłam do Kenii i woziłam je jeszcze przez długi czas, lecz niestety jej już nie spotkałam. 

 

 

Wiele było szczerych uśmiechów, podziękowań, czystej radości, zabawy, oglądania zdjęć i bajek na smartphonach, przytulania się i rozmów. Zdrowe ludzkie odruchy jak pomoc i szczery uśmiech – relacje jakie się przy tym zawiązują – są dobre 🙂 Temu nie zaprzeczam.

 

 

Zabawy oponami.. ;)

 

Kilka lat temu będąc w Kenii zostałam oficjalnie przedstawiona jego rodzinie na wsi. W wiosce, z której pochodzi spotkali się w tym czasie wszyscy członkowie licznej familii, przyjeżdżając specjalnie na ten weekend z Nairobi i okolic, gdzie pracują w korporacjacjach i mają własne firmy - w pełnym składzie – z dziećmi włącznie, tylko po to, by mnie poznać. Weekend w wiosce był cudowny – tak normalny jak tylko mogłabym sobie to wymarzyć i przenieść w realia polskie u siebie w domu😊

Siostrzeńcy i bratankowie w wieku od 2 do 12 lat biegali wszędzie po podwórku, bawiąc się, ganiając i tarzając po ziemi. Łapały jakieś proste przedmioty, które nie były zabawkami stricte, co nie przeszkadzało tym dzieciom, by stały się nimi na czas zabawy. W pewnym momencie od jednego z wujków każde dostało oponę od motocykla czy samochodu i całe bite dwa dni biegały za nimi po podwórku i pchając je od jednego krańca wioski na drugi i robiąc sobie z nich tor przeszkód. OPONY!!! Dzieci z dobrych, nie narzekających na biedę rodzin, chodzące do prywatnych przedszkoli i szkół bawiły się OPONAMI.

Kurtyna.

 

 

Kilka rzeczy trzeba wyjaśnić

 

I teraz moi drodzy czytelnicy przejdę do podsumowania tych historii w jedną całość. Dzieci są dziećmi. Wiemy od zawsze, że lubią zabawki, a jeszcze bardziej łakocie. Zabawką dla dwulatka w Polsce może być widelec, czy korek od wanny więc czemu patyk i butelka ma nie być tym samym dla malucha w Kenii? JA TEŻ bawiłam się oponami na wsi u prababci, o czym najwyraźniej zapomniałam przez tyle lat „dorosłego życia”. Opony są super! Okrągłe i szybkie. Świetna zabawa dla każdego dziecka, niezależnie od statusu społecznego. Dzieci kenijskie jak i inne na całym świecie rozwijają się praktycznie tak samo jak nasze polskie więc skoro jesteśmy rodzicami to pamiętajmy, że niektóre rzeczy, które wręczamy czy zachowania z naszej strony względem maluchów powinny być dopasowane dla poszczególnego wieku oraz stadium rozwoju dziecka. W innym razie kolejne maluszki z Afryki będą krztusiły się kredkami pastelowymi 🙂

U nas w Polsce mówi się, że dzieci dzielą się na te brudne i te nieszczęśliwe. Dzieci utytłane w kurzu i w pyle to dzieci, które czas spędzają aktywnie – bawiąc się ze sobą i wtedy kiedy pracują. Zwłaszcza w Kenii gdzie jest sucho i pył osadza się wszędzie, ubrań nie pierze się po każdym jednym przybrudzeniu i na pewno nie w pralce, których ludzie tam zwyczajnie - nie posiadają. Piorą ręcznie, co jest ciężką pracą – więc praktyczniej jest robić to jak najrzadziej. Ubrań nie ma się za wiele więc oczywiście są tam bardzo potrzebne. Najczęściej jest to jednak jeden lub dwa zestawy na co dzień … i jeden dodatkowy, ten czysty na niedzielę do kościoła, o którego czystość dba się szczególnie mocno by oszczędzać siły i nie marnować cennego czasu na pranie - jak i również by odświętne ubranie zachowało swój dobry wygląd jak najdłużej i na kilka pokoleń.

Po co dzieciom nowiutkie ubrania, skoro zaraz z nich wyrosną? Jeżeli są zużyte i podniszczone – trudno, trzeba zużyć do końca. Prawo praktyczności i selekcjonowania rzeczy najbardziej niezbędnych do przeżycia. W moim mniemaniu ubrania, mimo, że jest ich tam niewiele i większości używane, są potrzebne, ale to dość mało istotny problem w stosunku do braku odpowiedniej edukacji, higieny, opieki medycznej i prawidłowego wyżywienia.

Muchy, muchy, muchy

Co do higieny, to czy pamiętacie o muchach? Poznałam w Kenii pewną miłą kobietę, Polkę, która organizuje i przeprowadza różne projekty edukacyjne i projekty z zakresu opieki medycznej we współpracy Lekarzy Bez Granic, wspierające lokalną ludność w Kenii. Opowiedziała nam kiedyś o masajskich dzieciach z wiosek w okolicy Amboseli, którym to od wielu lat matki w desperacji obcinały całe palce lub ich fragmenty, gdyż pewien rodzaj muchy składał pod delikatną skórą małych paluszków jajeczka, które powodowały olbrzymie obrzęki i ból u tych dzieci. Matki nie mogąc sobie z tym poradzić obcinały spuchnięte okolice, by nie wynikło z tego coś poważniejszego. Według opowieści tej pani, w trakcie projektu jeden z lekarzy rozpoznał, co jest przyczyną opuchlizny i wyposażył Masajki w agrafki i igły, by mogły te jajeczka wydłubywać i tym samym oszczędzać palce swoim pociechom. Nie udało mi się potwierdzić tej historii więc nie wiem czy jest prawdziwa.

Jednak kolejne pytanie, które być może Wam się nasuwa to czemu te dzieci, zwłaszcza te masajskie, aż kleją się od tych much? Myślę, że odpwoiedzią są warunki, w których żyją. Fakt mieszkania w wioskach, w obrębie których, między domami, a czasami nawet i wewnątrz nich trzymane są najcenniejsze dla Masajów krowy albo kozy i osły, które robią pod siebie tam gdzie stoją – dzieci, które bawiąc się na podwórku siadają i kładą się wszędzie na ziemi lub pracują przy tych zwierzętach, brudząc się tą mieszanką kału i ziemi. Zwierzęta hodowlane są tam wszędzie, a tam gdzie są zwierzęta są i muchy. Ponadto przez wzgląd na oszczędność drogocennej wody Masajowie (ale i wiele innych grup etnicznych) nie korzystają z codziennego prysznica. Nie myją rąk przed każdym posiłkiem. Gdy wchodzimy do wioski z klientami muchy oblepują nas również od góry do dołu, więc oczywistym jest to, że dzieciaki utytłane ziemią i obcierające zasmarkane buzie brudnymi rączkami przyciągają je właśnie w takich ilościach.

 

dziecidzieci

 

W czym tkwi problem?

 

Prawie codziennie do wiosek masajskich przyjeżdżają turyści z całego świata i dają dzieciom prezenty. W okolicach hoteli krążą dzieci i również dorośli, którzy również dostają prezenty i dostają pieniądze. Wszędzie gdzie jeździmy – dajemy coś tym ludziom. Tak – dzielenie się i pomoc jest dobra. To jest świadectwo tego, że mamy dobre serce, że mamy chęć ofiarowania wsparcia osobom, które tego potrzebują. Jednak uważam, że pomoc powinna być mądra i przemyślana. Takie zwykłe dawanie – mimo iż od serca – zwłaszcza dla małych dzieci jest jednocześnie lekcją tego, że w łatwy sposób, od obcokrajowcy, który jest bogatszy, można dostać coś za darmo, dostać bez okazji, bez zasłużenia sobie na to, nie zapracowując sobie na to, nie w nagrodę – tak po prostu – wszystko, po co tylko dziecięce rączki sięgną.

 

To jest nie tyle rozpuszczanie dzieci, a uzależnianie ich od pomocy, od osób trzecich - a wtym przypadku wyłacznie białoskórych, co generuje niepotrzebne stereotypy. Takie dzieci już jako dorośli będą coraz częściej przejawiać roszczeniową postawę oczekiwania od nas pomocy, która im się należy, co kreuje nieciekawy obraz białych, którzy nic nie robią, a mają – i nie dają tyle ile powinni.

Dawanie pieniędzy dzieciom w małe rączki nie pomoże im nauczyć się tabliczki mnożenia, nie nauczy, że żeby coś posiadać, trzeba na to zapracować. Państwo jako instytucja opiera się na tym, że ludzie pracują, zarabiają, utrzymują swoje rodziny, wydają pieniądze i tak nakręcają gospodarkę. Jak przyszłe pokolenie obecnie małych dzieci, które się uniesamodzielnia, pokazując, że nie muszą się uczyć i chodzić do szkoły, bo dostaną coś przy drodze od turysty - za darmo - mają mieć szansę na to, by wspólnie sprawić, by ogólny dobrobyt, gospodarka i funkcjonowanie społeczeństwa się polepszyły? 

 

Skutki dobrej i złej pomocy

 

To co w moim mniemaniu może pomóc tym dzieciom to edukacja i wspomaganie rozwoju ukierunkowanego na rozwój zawodowy i przedsiębiorczość  - oraz pomoc medyczna. Dziecko, które odbędzie edukację – nawet w podstawowym zakresie jak liczenie, pisanie i czytanie  - już posiądzie najważniejsze i najprzydatniejsze umiejętności!

Takie dziecko, może nie będzie znało się na kosmosie, chemii czy nie pozna zagadnień związanych z historią szerszą niż historia jego własnego regionu, ale jak ukończy szkołę podstawową będzie potrafiło przeczytać gazetę, w której znajdzie ogłoszenie z ofertą pracy np. na kasie w markecie. Zgłosi się tam i ponieważ potrafi pisać i liczyć - nauczą go obsługi kasy fiskalnej - będzie miało pracę, dzięki której już jako dorosły będzie potrafiło utrzymać rodzinę i być może zapewnić jej godny byt i edukację swoich już dzieci – które zajść mogą jeszcze dalej niż rodzic!

Takie dziecko, które skończy szkołę i spotka kogoś kto ukierunkuje go na pracę, wesprze jego biznes i zainwestuje w jego pomysł - osiągnie dużo większy sukces i usamodzielni się. Dziecko, które zostanie nauczone, że wszystko dostaje od bogatszych od siebie - do końca życia pozostanie uzależnione od kogoś innego (od czyjejś łaski lub nawet niestety bez), niesamodzielne oraz nie radzące sobie w życiu. Rodzinę, którą ewentualnie założy - być może czeka tułaczka, a dzieci będą mieć mniejszy dostęp do edukacji z powodu braku pracy dla rodziców, a tym samym braku pieniędzy na godne życie dla całej familii.

To są oczywiście skrajne scenariusze. Jednak myślę, że część z Was może przyznać mi rację patrząc przez pryzmat historii Afryki i warunków w jakich żyją tam ludzie, które główną przyczynę mają właśnie w dziejach tego kontynentu. Nie zmienimy życia całej części społeczeństwa w czasie jednego pokolenia. To są lata pracy i rozwoju – i w tym właśnie MY MOŻEMY pomóc.

 

Jak podróżować i pomagać etycznie w Kenii?

 

Reasumując uważam, że jadąc w podróż na inny kontynent, gdzie ludziom, żyje się ciężej warto wcześniej zapoznać się dogłębnie z historią tego miejsca i warunkami życia ludzi. Oczywiście jak wspomniałam wyżej - wiedza przychodzi wraz z doświadczeniem więc w trakcie podróży dowiecie się i doznacie wszystkiego dużo intensywniej i dogłębniej.

Jeżeli odczuwacie chęć pomocy zajrzyjcie na strony fundacji lub misji działających na terenie danego kraju. Zobaczcie, co piszą i w jaki sposób o ludziach, którym pomagają. W jakich warunkach żyją i zastanówcie się czego Wam brakowałoby na miejscu tych ludzi, by w perspektywie dłuższego czasu zapewnić godne życie i lepszą przyszłość swoim dzieciom i jak sami sobie byście pomogli. Czy chcielibyście, by Wam dawano cukierki (w sytuacji gdy nie stać Was na jedzenie, a co dopiero na sztoczekę do zębów i dentystę, którego w pobliżu i tak nie ma) i nie potrzebne w takich, masowych ilościach każdego dnia w roku? Czy jednak wolelibyście, by ktoś w Was zainwestował, wsparł w zdobyciu umiejętności, wiedzy - ukierunkował, pomógł znaleźć pracę?

Fundacji i misji w Afryce jest od groma i ciut, ciut. Myślę, że warto się na nich oprzeć. Poczytać opinie i projekty jakie realizują. Czy faktycznie są to takie, które wspierają miejscowych w sposób, który pozwoli im usamodzielnić się i uniezależnić finansowo? Warto wczytać się w statuty i regulaminy – są długie i nużące, ale można czasami się naciąć i zobaczyć, że dana fundacja nie wydaje otrzymanych pieniędzy DOKŁADNIE tak jak wy rozumiecie to z ich ogłoszeń. Warto poobserwować relacje z działań na stronach na Facebooku.

Od czego zacząć gdy się nie wie gdzie zacząć?

 

Kilka lat temu nawiązałam kontakt z przemiłą panią Anną Krzewniak, która nie posiada fundacji jednak żyje w Kenii w okolicach Malindi - która to może z mniejszym rozmachem - ale bardzo wytrwale i opierając się na swoim wieloletnim doświadczeniu, mądrości i wiedzy na temat tego, co jest największą potrzebą w dłuższej perspektywie dla okolicznych rodzin, którymi się zajmuje - pomaga realizując po kolei projekty, które możecie znaleźć TUTAJ - takie jak renowacja, czy budowa szkoły oraz opłacanie dzieciom school fees. Pani Ania prowadzi obecnie zbiórkę Paka dla Dzieciaka - świąteczne wsparcie:) Pani Ania próbuje też teraz ukończyć szkołę dla dzieci - warto ją wspomóc w tym projekcie! Dzięki jej działaniom już jedna z pierwszych dzieci, którymi się zaopiekowała kilka lat temu - Esha - dostała się właśnie na Uniwersytet w Nairobi, a kolejna dziewczynka wybiera sie do colleage w grudniu! Dzięki temu te dzieci będą w stanie znaleźć pracę (może i nawet dobrze płatną) i wspomóc swoje młodsze rodzeństwo lub zapewnić sobie i swoim przyszłym rodzinom godne i komfortowe życie :)

 

306453715_400839145530326_8161065122527721433_n

 

Miałam przyjemność „sprawdzić” również jedną z polskich fundacji Kenia Asante Sana Polska działających w okolicach Galu koło Diani Beach w Kenii. Małżeństwo Magda i Robert Bauer - którzy ją prowadzą zaimponowało mi właśnie tym „mądrym działaniem”. Poza wspieraniem edukacji dzieci, pilnowaniem, by każde chodziło do szkoły i miało co jeść wspierają ich rodziców poprzez inwestowanie pieniędzy, czasu, swojego własnego doświadczenia do promowania wśród turystów i Kenijczyków ich małych przedsięwzięć i biznesów, dzięki czemu ukierunkowują na pracę i nakręcają lokalną mikro gospodarkę. Uświadamiają ich w ich własnych prawach ale i obowiązkach jako obywateli Kenii. Pomagają wyrabiać niezbędne dokumenty, takie jak dowód osobisty czy akt urodzenia, którego często nie mają zarówno dzieci jak i dorośli. Z tego co wiem, organizowane są też róże wydarzenia kulturalne w wiosce jak maratony filmowe, których wcześniej nikt tam nie organizował – ba! Niektórzy miejscowi nigdy w życiu nie widzieli filmu! Dzięki temu mogą zobaczyć jak wygląda życie w innych krajach. Jest też drużyna piłkarska 😊

 

xlogo.png.pagespeed.ic.otFoiv42GN

W Mombasie mieszka również niezwykle silna i charyzmatyczna Maja Kotala, która w ramach autorskiego projektu Sewing Together uczy kenijskie kobiety fachu - szkoli je w projektowaniu i krawiectwie. Ponadto dzięki swoim kontom w social mediach uświadamia ludzi o objętym tabu problemie wykluczenia menstruacyjnego kenijskich - oraz w ogóle afrykańskich - kobiet. Postawiła sobie za cel uszycie sporej ilości podpasek wielorazowego użytku, do czego skurpulatnie - i często z pomocą turystów - dąży, rozdysponowując je wśród potrzebujących kobiet w Keni. Maja obecnie otworzyła zrzutkę na nowe maszyny do szycia! Postawisz Majce i jej podopiecznym kobietom przysłowiową "kawę"  ;)

 

mkotala

 

W Nairobi mieszka też Polak - Radosław Malinowski, który od wielu lat w ramach fundacji Haart Kenya zajmuje się opieką, zapewnianiu azylu, rehabilitacją oraz wspieraniem rozpoczynania nowego życia ofiarom handlu ludźmi. Jest to kolejna rzecz w Kenii i na świecie objęta tematem tabu. Nie mówi się o tym tak często jak się powinno - a problem istnieje. Jest to o tyle ciężkie działanie, gdyż nie pozwala ono na promowanie działań fundacji w sposób w jkai inne to robią z powodu bezpieczeństwa jej podopiecznych. To bardzo trudne przedsięwzięcie i naprawdę, NAPRAWDĘ warte wsparcia!! To wspieranie - tylko i aż - czyjejś wolności.

 

HAART_Logo-01-scaled

 

W końcu są jeszcze Maciej Sobczak i Magdalena Borowska, którzy w ramach utworzonej fundacji Podzielmy się Afryką (która pozsyskuje środki ze sprzedaży ABSOLUTNIE PRZEPYSZNEJ intensywnej kawy i herbaty z Afryki) razem z miejscowymi kenijczykami wspierają utrzymanie i edukację dzieci oraz wszystkie inne, lokalne przedsięwzięcia natury charytatywnej, o które zostaną poporszeni - i których zasadność i wiarygodność wpierw weryfikują. Dlaczego uważam, że jest to rozsądne i dobre? Dlatego, że każda z powyższych osób, o których napisałam - mieszka i żyje z Kenijczykami. Właściciele fundacji wiedzą, że najlepiej pomogą kenijczykom kenijczycy - lub inni ludzie, którzy razem z nimi żyją, codziennie dzielą smutki, trudności - i najlepiej rozumieją istotę problemów, z którymi próbują się zmierzyć i którym zaradzić. Jako osoby, która na codzień mieszkają w Polsce - zbierają środki i wspierają wszystkie te miejscowe przedsięwzięcia, których inicjatorzy zwrócili się do nich o wsparcie. Mądrzej i rozsądniej jest gdy realizuje to ktoś, kto się na tym po prostu najlepiej zna i cały swój czas temu poświęca. Maciek i Magda mają w planach, w niedalekiej przyszłości sami się zaangażować w pewnym naprawdę świetnie zapowiadającym się projekcie - ale to na razie tajemnica :) Jeżeli byliście już w Kenii - i chcielibyście pomóc z daleka - kupcie od fundacji oryginalną kawę i herbatę z Kenii oraz innych krajów, z zakupu których wszystkie środki przekazane zostaną na działania charytatywne. Wielu ludzi uważa kenijską kawę za jedną z najlepszych na świecie. Ja uważam, że w tym przypadku to herbata... Nie ma lepszej!! ;)

podzielmy_sie_afryka_logo

 

W Meru i w Samburu działają misje katolickie, a w nich conajmniej dwie siostry zakonne z Polski, które żyjąc z najbiedniejszymi i najbardziej potrzebującymi kenjczykami wspierają w ramach różnych projektów, a środki satarają się pozyskiwać między innymi na swoich social mediach pokazując w mediach surową codzienność i problemy z jakimi mierzą się wspólnie z podopiecznymi - bez słodzenia. Warto podejrzeć! Siostra Alicja Kaszczuk orionistka stacjonująca w Laare w Samburu oraz stacjonująca w Kithatu w Meru siostra Dariana Jasińska.

 

dzieci

 

Myślę, że warto sledzić działania takich fundacji i osób, które działają w charytatywny sposób - dłuższy czas. Napisać do nich przed podróżą do Kenii. Odwiedzić na miejscu, jeżeli jest to możliwe i jeżeli przekonacie się co do zasadności ich działań - wspierać finansowo – nawet w najdrobniejszy sposób. 15 Zł miesięcznie przelewane na konto fundacji czy misji jest wyżywieniem dla dziecka na tydzień, lub wkładem w zakup motora boda-boda dla miejscowego ojca trójki dzieci, który wożąc ludzi tym motorem jako taksówkarz zarabia na swoją rodzinę. 15 Zł to jest mała kawa mniej, którą kupicie jednego dnia w miesiącu idąc do pracy w Costa Coffe. To naprawdę niedużo, a może zdziałać więcej cudów, niż 2 kg cukierków za tę samą kwotę rozdanych dzieciakom, po których zostaną tylko plastikowe papierki i zepsute zęby.

Szczoteczki do zębów, buty, wybrane przybory szkolne (nie wszystkie polskie przybory przydają się w Kenii) - tak! TAK! Są bardzo potrzebne  – ale zanim je rozdacie lub wyrzucie przez okno jadącego safari busa zastanówcie się, zapytajcie kogoś bardziej doświadczonego jak pilota, przewodnika – lub kogoś z takiej fundacji, misji czy po prostu miejscowego Kenijczyka o poradę. Gdzie i komu to zanieść czy wręczyć. Może do szkoły, nauczycielowi, przedszkolance, lekarzowi? Matce, która mieszka w lepiance za murem waszego 5* hotelu z szóstką dzieci na utrzymaniu. Dawajcie to osobom, które lepiej będą wiedziały, co z tym zrobić niż watoto. Osobom, które zadbają o to, by prezenty zostały użyte zgodnie z przeznaczeniem.
A NAJLEPIEJ - kupćie takie rzeczy na miejscu po przyjeździe i to w małych, prywatnych sklepikach/straganach. Większość z nich nie będzie droższa od tego co jest w Polsce - a wesprzecie drobnych przedsiębiorców w Kenii dając im samym zarobić na siebie :)

Skoro wytrzymaliście ze mną do końca mojego długiego wywodu to właśnie tutaj chciałam Was prosić o rozwagę. Ostatnimi czasy panuje moda na podróże w biedne miejsca, której początkowo uległam i ja sama. Slumsy, bieda, choroby i głód – tak dla nas różne, że aż egzotyczne. Nikt mi nie powiedział w prost, że to jest złe. W moim przypadku był to wielomiesięczny proces - więc, jeżeli w jakiś sposób odpowiedziałam na Wasze pytania, których brakowało Wam do objęcia jakiegoś stanowiska w tym temacie - to warto było :)

Jesteśmy empatyczni. Czujemy, że pragniemy pomóc – i ZACHĘCAM WAS DO TEGO Z CAŁEGO SERCA! Ale pamiętajcie proszę, że miejscowi, choć biedni – czasami mniej świadomi świata niż wy – są takimi samymi ludźmi, z uczuciami, z poczuciem moralności, godności i honoru. Branie czyjegoś dziecka na ręce bez pytania się samego zainteresowanego czy jego mamy po to, by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z biednym murzynkiem z Afryki jest moim zdaniem moralnie złe i nieetyczne.

Gdybym miała dziecko, nie chciałabym, by jakiś obcy turysta podjechał mi pod bramę mojego domu, wszedł doń nieproszony, wziął w ręce mojego synka, zrobił sobie z nim zdjęcie i wstawił na fejsa, dał mu lizaka i wyszedł. Myślę, że wy też nie.

Gdzie prywatność tych osób - często nieświadomych tego dokąd trafiają Wasze zdjęcia? Czy ktoś z Was kiedyś zrobił sobie zdjęcie z biednym dzieckiem na polskiej wsi? Albo pozwolił za 5 zł zrobić takie zdjęcie obcokrajowcy i wstawić na FB?

Zapoznajcie się z tymi ludźmi najpierw, spytajcie jak im się żyje – nawiążcie relację. I jeżeli dalej będziecie odczuwali chęć zrobienia sobie z nimi zdjęcia to myślę, że warto o to zapytać bo będzie to już miało dla obu stron zupełnie inny, wynikający ze szczerej sympatii wydźwięk i znaczenie.

 

Nie zniechęcam do odwiedzania wiosek masajskich ani wszystkich innych. Podróże są wtedy najpiękniejsze kiedy spontaniczne spotkania z ludźmi sprawiają, że jesteśmy mile zaskakiwani ich serdecznością i gościnnością - i to nam określa piękno podróży - miłe niespodzianki i nowe, doświadczenia zmuszające nas do refleksji co poszerza nasz ogląd na świat. 

 

Odwiedzanie wiosek

 

Co do wiosek masajskich - tak, ich społeczności żyją ztego, że przyjmują turystów. Pokazują swoje domy, to jak gotują, jak się ubierają i czym leczą. Dają pokaz swojego tańca i opowiadają o swoich tradycjach i codziennym życiu. Cała wizyta ma często swój "scenariusz", który nadaje całej wizycie porządku i sensu. Ale czy to od razu przykleja im metkę "atrapy" i komercji? Przecież to my - turyści sprawiamy, że to w ogóle funkcjonuje. Jeżeli jest potrzeba odwiedzenia wioski - to pojawiają się takie, które się na to świadomie godzą mogąc na tym zarobić kosztem swojej prywatności.

Moi klienci często nie wierzyli, że ludzie żyją w "takich" warunkach określając wioskę "sztuczną". Ale potem, jadąc do Masajów widzieli po drodze dosłownie dziesiątki innych - takich samek wiosek - plemion Kamba, Taita, Meru, Masai, Samburu, Rendille.. Za płotem ich hoteli nad oceanem były wioski ludzi Digo, spośród których też wielu żyje w lepiankach - z tą róznicą, że nie pod akacją - a pod palmami. Takie też są atrapą? Nie. Kenijczycy po prostu mają różne zajęcia i różną pracę. Niektórzy akcpetują turytstów - inni nie życzą sobie tłumów i pstrykających aparatów u siebie w domach. W inny sposób zdecydowali się zarabaić na siebie i swoje rodziny.

Jeżeli Masajowie znaleźli sposób na zarabianie pieniędzy (najczęściej w mejscach, gdzie poza nielicznymi wakatami w lodżach nie ma innych możliwości zarobkowych) - to czemu mieliby tego nie robić? Jeżeli wspieramy ich biznes odwiedzinami to jest to wspieranie ich "przedsiębiorstw". Tylko róbmy to w sposób ich szanujący. 

Przyszło mi ostatnio na myśl, że Masajowie funkcjonują "biznesowo" jak np. nasi górale z Zakopanego (ocho! Może mi się oberwać ;P) - albo mieszkańcy każdego innego miejsca popularnego w Polsce - np. Ślązacy, Łemkowie czy Kaszubi. Oni też zarabiają pieniądze na owocach swojej kultury. Kultywują ją i jednocześnie na niej zarabiają zapraszając nas do siebie i pokazując tańce, stroje i obyczaje - sprzedając wyroby regionalne i bizuterię. Serwują nam dania regionalne w restauracjach o regionalnym, najczęsicej folklorowym wystroju wnętrza i grają oraz śpiewają swoją muzykę😊
Czym Masajowie różnią się tutaj od polskich przedsiębiorców tej samej "branży" i czemu oskarża się ich o brak autentyczności?

Jest to dla Was drodzy zwiedzający. Pamiętajcie proszę, że jadąc na zorganizowaną, wycieczkę w licznej grupie z konkretnym programem do zrealizowania -raczej nie będziecie pierwszymi i ostatnimi turystami, którzy odwiedzają dziewiczą wioskę na trasie Waszego przejazdu.

Myślę, że skoro tak konserwatywne plemiona jak Masajowie czy Samburu, które tak bardzo trzymają się swoich tradycji znalazły sposób na utrzymanie swoich rodzin poprzez turystykę – i zarabiają, a nie żebrzą – to nie ma w tym nic złego. Obie strony na tym zyskują. Większość z turystów z racji intensywnego programu safari, nie ma sposobności by odwiedzić inną wioskę, więc wizyta u Masajów czy w każdej innej wiosce, do której turyści są zapraszani - też będzie satysfakcjonująca :)

 

dzieci

 

Zwyczajne wioski, których mieszkańcy nie trudnią się w przyjmowaniu turystów i osady są również warte odwiedzenia, ale w tym przypadku sugerowałabym przemyślenie formy odwiedzin. Czy powinna być to jedynie jednorazowa wizyta, obejście dookoła i wręczenie prezentów? A może zakup czegoś, co pracując na rodzinę mieszkańcy tego miejsca wytworzyli własnoręcznie? – Kupcie, a nie dawajcie. A może wspólny spacer, ugotowanie posiłku razem jeszcze innego dnia? Nawet na kuchni polowej. Kontakt z nimi na tej samej linii: człowiek = człowiek zamiast bogaty-biedny. Nawiązanie relacji z obu stron 😊 To najlepsza droga do poznania kultury miejscowej ludności!

 

NA zakończenie

Mam nadzieję, że skłoniłam Was do refleksji nad tym tematem. Jeżeli w toku swoich przemyśleń kogoś uraziłam – nie zrobiłam tego celowo. Jak wspomniałam wcześniej z Kenią wiążą mnie silne więzi prywatne. Przez media społecznościowe możecie zdobyć kontakt do osób, które podobnie jak ja związały swe losy z tym krajem, kulturą i rzeczywistością. Ja, choć trwa to już kilka lat – dopiero zaczynam ten rozdział z zakładką na Afryce. Jest wiele innych Polaków żyjących w Kenii i mogących wam udzielić informacji i porad dotyczących zagadnienia Afrykańskich Dzieci. Myślę, że ich opinie mogą być inne od moich, co dać Wam może większy spektrum tego zagadnienia.

 

Zachęcam do komentowania, mailowania i dyskusji. Obyśmy spotkali się kiedyś na sawannie i mogli porozmawiać przy zachodzie słońca ozłacającego zbocza Kilimanjaro w Amboseli!

Zdjęcia, które widzicie zrobiłam głównie w trakcie podróży prywatnych i w trakcie przeprowadzania safari, na które serdecznie zapraszam ze mną jako z pilotem pełniącym funkcję polskiego przewodnika na Safari Po Naszemu. 

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam w podróż po Kenii!

Agnieszka
Wasza „Sungura”

dzieci
targi mobilności

Kenia - pośród traw w cieniu Kilimanjaro

Prelekcja "Kenia – pośród traw, w cieniu Kilimanjaro"

Większość z Was kojarzy ten kraj z safari, Masajami i Kilimanjaro – które niestety Kenijskie nie jest - ale stanowi nieodłączny element krajobrazu jednego z najpiękniejszych parków narodowych – Amboseli – który widzicie na zdjęciu powyżej 😊 Kenia ma jednak w,ięcej do zaoferowania a moim zadaniem jest Wam to przedstawić - w pigułce. :)

Wioski Masajskie - Prawda czy Fałsz?

Czy wioski Masajów to atrapa dla turystów? Czy warto jechać? Porozmawiamy o moralnej stronie tego rodzaju turystyki.

Mądre pomaganie

Porozmawiamy również o pomocy Kenijczykom – i ogólnie Afrykańczykom – a zwłaszcza afrykańskim dzieciom. Pomaganie to piękna inicjatywa jednak pod warunkiem, że robi się to mądrze i z głową, żeby nie zaszkodzić. elit.

Miasta w Kenii

Architektura, ludzie w nich mieszkający - to zlepek co najmniej różnych kultur – wschodnioafrykańskiej, Europejskiej, Arabskiej i Hinduskiej! Dużych miast jest niewiele – i każde jest naprawdę inne od pozostałych!

Safari w praktyce

Jak je zorganizować i jak się przygotować do takiej wyprawy. Dowiecie się jakie miejsca warto zobaczyć w stosunku do ilości dni i budżetu jakie posiadacie na ten cel😊 Wielbicieli pięknych plaż również połechtam wizją odpoczynku nad oceanem Indyjskim 😊

world mate